Reklama

Olga Kurylenko i jej droga do sławy

Najbardziej pamiętamy ją jako dziewczynę Bonda w filmie "Quantum of Solace". Olga Kurylenko nie chce być jednak kojarzona jedynie z tą rolą. Urodzona na Ukrainie aktorka i modelka stopniowo podbija Hollywood. Niebawem zaskoczy nas w nowym filmie Terrence'a Malicka, twórcy głośnego "Drzewa życia".

- Terrence był przy mnie przez cały czas. Ani przez chwilę nie przestawał do mnie mówić - wyznaje Olga Kurylenko. Niektórym aktorom przeszkadzają szczegółowe wskazówki udzielane im przez reżyserów, ale najwyraźniej Kurylenko - którą już niedługo zobaczymy w najnowszym filmie Terrence'a Malicka, "To the Wonder" - ma na ten temat inne zdanie.

Byłam gliną w jego dłoniach

Reklama

- Sposób, w jaki Malick prowadzi aktora, sprawia, że czujesz się bezpiecznie - mówi 33-letnia ukraińska gwiazda. - Taki model pracy sprzyja autentyczności, w przeciwieństwie do sytuacji, w której obowiązują cię pewne wytyczne. Terrence potrafi wpaść na jakiś pomysł w ostatniej chwili i pokierować tobą tu i teraz. Praca z nim była czystą radością. Można powiedzieć, że byłam gliną w jego dłoniach. Byłam tym, czym chciał, żebym była.

Malick mógł wyjątkowo swobodnie komunikować się ze swoimi aktorami (oprócz Kurylenko, w obsadzie filmu znaleźli się m.in. Ben Affleck, Javier Bardem i Rachel McAdams); także wtedy, kiedy kamera poszła już w ruch - a to dlatego, że w "To the Wonder" praktycznie nie ma dialogów...

- W ogóle nie czytałam scenariusza - zdradza Kurylenko, którą telefon ode mnie zastał w Paryżu (aktorka przygotowuje się tam do światowej trasy promocyjnej innego filmu ze swoim udziałem, superprodukcji "Niepamięć", w której gra u boku Toma Cruise'a). - Nie wiedziałam, jak rozwinie się opowiadana przez nas historia, i jak się zakończy. Spędziłam na planie całe dwa miesiące, ale kiedy po raz pierwszy miałam obejrzeć końcowy efekt naszej pracy, zupełnie nie wiedziałam, czego mam się spodziewać.

- Praca na planie i oglądanie zmontowanego filmu - to były dwie zupełnie różne rzeczy, nie mające ze sobą nic wspólnego. Tę historię można interpretować na wiele sposobów. Ja sama, bazując na moich doświadczeniach z planu, wyobrażałam sobie coś zupełnie innego.

Ona ma niestabilną osobowość

W dużym uproszczeniu - "To the Wonder" opowiada o związku, w którym przestaje się układać.

- Cud (ang. "wonder" - red.), o którym mowa w tytule, to miłość we wszystkich jej przejawach - mówi Kurylenko. - Miłość to coś boskiego; to sam Bóg - i to jest właśnie ten cud. Miłość to najcudowniejsza rzecz, jaka istnieje. Osobiście uważam, że bez niej nikt nie może być szczęśliwy, i nie ma tutaj znaczenia, czy mówimy o miłości do kochanka, rodzica, dziecka czy przyjaciela.

Dwukrotnie rozwiedziona Kurylenko jest obecnie związana z aktorem Dannym Hustonem.

- Bez miłości człowiek nie jest w stanie przetrwać - dodaje. - Moja bohaterka, Marina, bardzo tej miłości pragnie. Chce doświadczyć tego "cudu" - i powoli umiera na naszych oczach, ponieważ wymyka się jej on z rąk.

Kurylenko, której międzynarodowy rozgłos przyniosła rola "dziewczyny Bonda" w "Quantum of Solace" (2008), przyznaje, że granie Mariny było dla niej bardzo wyczerpujące pod względem emocjonalnym.


- Marina ma niestabilną osobowość - wyjaśnia. - Wpędza się w ciemność, w psychiczne piekło, zmierzając w kierunku totalnego samounicestwienia. Terrence pokazuje nam jednak głównie te momenty, w których znajduje się ona w ekstazie, pomijając epizody depresyjne. Wiem, że wiele scen zostało ostatecznie wyciętych - ważne jest jednak, by widz dostrzegł także tę drugą stronę i zrozumiał, że Marina - kiedy tańczy - robi to nie dlatego, że jest szczęśliwa, ale dlatego, że odczuwa nieustanny ból.

Kurylenko, która profesjonalną karierę aktorską rozpoczęła osiem lat temu, możliwość współpracy z Malickiem (i tym samym, jak mówi, pełnego wyrażenia siebie) przyjęła z ogromną radością.

- Bardzo mocno odczuwam rzeczywistość - mówi. - Wystarczyło, że Malick spojrzał na mnie, a ja już wiedziałam, że ten człowiek zna moją historię. "Boże, on wie o mnie wszystko" - pomyślałam. To nie żart, on naprawdę ma w sobie coś z medium.

Być może Malick dostrzegł gotowość ukraińskiej aktorki do psychicznego obnażenia się przed kamera. Nie zmienia to jednak faktu, że nigdy nie domyśliłby się, jakie kręte ścieżki przywiodły ją z jej ojczystej Ukrainy do Hollywood.

Zaczęło się, gdy miała 13 lat

Podróż Olgi do sławy rozpoczęła się, kiedy przyszła gwiazda miała zaledwie 13 lat. To wtedy została zauważona w moskiewskim metrze przez pracownicę agencji modelek.

- Po raz pierwszy w życiu doświadczyłam wówczas czegoś nierealnego. Był to dla mnie dowód, że cuda się zdarzają - opowiada Kurylenko. - Razem z mamą spędzałyśmy wówczas wakacje w Moskwie. Właśnie wysiadłyśmy z pociągu metra i miałyśmy zamiar udać się do mieszkania przyjaciółki mamy, gdzie od kilku dni spałyśmy na materacu na podłodze, bo nie stać nas było na hotel. Musiałyśmy się spakować, ponieważ tego wieczora wracałyśmy do domu. Przed nami była 25-godzinna podróż koleją z Moskwy do Berdiańska, mojego rodzinnego miasta.

- Zagadnięte, odpowiedziałyśmy tej kobiecie, że nic z tego nie będzie; że nie mieszkamy na co dzień w Moskwie i nie możemy pozwolić sobie na ciągłe dojazdy. A ona na to: "Żaden problem. Pokryjemy wszystkie koszty. Wierzymy w nią".

Po tej rozmowie matka Olgi wysłała do agencji kilka portretowych zdjęć swojej córki, tak, jak prosiła o to spotkana na stacji metra kobieta.

- Pamiętam, że oddzwoniła do nas i powiedziała, że w ocenie specjalistów z agencji mam potencjał, ale jestem jeszcze bardzo młoda - wspomina aktorka. - "Dziewczyny w jej wieku wyglądają słodko, ale z wiekiem bardzo się zmieniają. Zaczekajmy rok" - tak powiedziała.

Nastoletnia Olga ciężko zniosła ten zawód.

- Bycie modelką to zawód, którego wykonywanie uzależnione jest od czyjegoś wyglądu. Nie mogłam nic zrobić; mogłam tylko czekać. Moja przyszłość była w rękach matki natury. Zadawałam sobie pytanie, czy wyrośnie ze mnie jakiś potwór... Czułam się bezradna.


Ostatecznie jednak wszystko ułożyło się pomyślnie. Starsza o kilkanaście miesięcy Kurylenko spodobała się decydentom z agencji modelek. W wieku 16 lat przeprowadziła się do Paryża, gdzie podpisała swój pierwszy kontrakt. Wkrótce jej zdjęcia trafiły na okładki tak prestiżowych magazynów, jak "Elle" czy "Vogue". Po kilku latach Olga biegle posługiwała się już francuskim i angielskim. Bardzo dobrze opanowała też hiszpański. To właśnie wtedy zaczęła coraz częściej wracać myślami do swojego marzenia jeszcze z czasów szkoły podstawowej - marzenia o tym, by zostać aktorką.

- Już jako mała dziewczynka wiedziałam, że chcę grać w filmach - mówi. - Któregoś dnia przyglądałam się próbie naszego szkolnego teatru. Od razu pobiegłam do mojej mamy, która w tej samej szkole uczyła przedmiotów związanych ze sztuką, i oznajmiłam jej, że chcę robić to samo, co uczniowie na scenie.

Ale i w tym przypadku okazało się, że jest jeszcze za wcześnie...

- Od nauczyciela opiekującego się naszym kółkiem teatralnym usłyszałam, że jestem za mała. Musiałam poczekać, aż skończę dziesięć lat. Pamiętam, że zaraz po moich dziesiątych urodzinach dołączyłam do szkolnego teatru. W tamtym okresie to było po prostu hobby.

Bohaterka kina akcji?

Kiedy Kurylenko ugruntowała już swoją pozycję w świecie modelingu, zdobywając przy okazji francuskie obywatelstwo, zaczęła szukać dla siebie miejsca w przemyśle filmowym nad Sekwaną. W swoim pierwszym filmie, "L'Annulaire" (2005), zagrała pracownicę fabryki napojów, która na skutek wypadku traci opuszek serdecznego palca. Ten z pozoru błahy incydent zmienia jej dotychczasowe życie.

- W pełni utożsamiałam się z tą bohaterką - wspomina aktorka. - W całej mojej karierze przydarzyła mi się jeszcze jedna tak bliska mi rola - Mariny w "To the Wonder". Gra u Malicka była dla mnie niczym haust świeżego powietrza. Jeśli chodzi o "dziewczynę Bonda", to tamta postać nie przypominała mnie w żadnym stopniu, podobnie jak Galia, płatna zabójczyni z "Kirot. Ceny wolności". Oglądając siebie na ekranie w tym filmie, byłam nieźle przerażona.

Ostatnimi czasy Kurylenko należy do najbardziej zapracowanych aktorek w Hollywood. W serialu "Miasto cudów", którego akcja toczy się w 1959 r. w Miami Beach, gra żonę głównego bohatera Ike'a Evansa, byłą tancerkę rewiową. A już w maju zobaczymy ją na ekranach kin u boku Aarona Eckharta w thrillerze "Erased", jako agentkę CIA.

Wcześniej jednak będzie miała miejsce premiera "Niepamięci", zrealizowanej z ogromnym rozmachem superprodukcji spod znaku science fiction, gdzie Olga i Tom Cruise wcielają się w połączonych przez niezwykły zbieg okoliczności ludzi ocalałych z długoletniej wojny mieszkańców Ziemi z obcymi. Praca z Cruisem, zapewnia Kurylenko, była dla niej doświadczeniem wyjątkowym.

- Tom będzie powtarzał coś aż do momentu, kiedy będzie wykonywał to perfekcyjnie. Na planie tryska entuzjazmem, którym zaraża wszystkich. Jest absolutnym przywódcą. Masz poczucie, że jeśli tylko będziesz się go trzymać, na pewno nie zginiesz. Bardzo wiele się od niego nauczyłam. Nawet podczas kręcenia najbardziej wymagających pod względem fizycznym scen, siedząc w dziwnej konstrukcji, która miała za chwilę obrócić się o 360 stopni, myślałam sobie: "Tom Cruise jest obok mnie. Nie ma się czego bać".


"Niepamięć" to kolejny film, w którym Olga Kurylenko daje się poznać jako bohaterka kina akcji. Jak sama mówi, jest zaskoczona częstotliwością, z jaką filmowcy składają jej propozycje tego rodzaju ról.

- Jakoś tak się dzieje, że sprawiam wrażenie silnej osoby - śmieje się - ale tak naprawdę daleko mi do tego. Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem słaba... Jestem po prostu człowiekiem. Nie różnię się niczym od innych ludzi. Mówiąc najprościej - jestem normalna.

© 2013 Nancy Mills

Tłum. Katarzyna Kasińska

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Na co do kina?

The New York Times

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje