Reklama

Karlowe Wary 2022: Czułość w sandałach

Karlowe Wary 2022: Ceremonia zakończenia festiwalu /materiały prasowe

Karlowe Wary mają swój rytm. Nietypowy, zdecydowanie wyróżniający tę dużą, międzynarodową imprezę na tle innych. W Karlowych mniej się spieszy, nie ma gonitwy za wywiadami, wejściówkami, bankietami. A może każdy wybiera takie Karlowe Wary, na jakie ma ochotę? Niektórzy debatują, pitchingują, inni balują, albo oglądają filmy. Nie ukrywam, że zaliczam się do tej ostatniej kategorii, i bardzo doceniam, że na festiwalu naprawdę udaje się nadrobić zaległości, czyli filmy, których nie zobaczyło się w Cannes, Wenecji, Sundance czy w Berlinie. Prestiżowa sekcja "Horyzonty" zawiera większość najbardziej poszukiwanych międzynarodowych hitów festiwalowych, które również w polskiej dystrybucji znajdą się dopiero za wiele miesięcy.

Mel Gibson strzela, Del Toro przemawia

W Warach nie ma multipleksu, większość projekcji odbywa się w dosyć architektonicznie paskudnym hotelu  o nazwie "Thermal", gdzie mieszczą się liczne sale kinowe, z największą i najbardziej prestiżową "Wielką Salą", liczącą ponad tysiąc dwieście miejsc. Podczas festiwalu filmowo zwiedzałem jednak całe miasto. Kina stacjonarne, ekran w przepięknym Teatrze Miejskim, kinowa salka w karlowarskich Łaźniach, a wreszcie w luksusowym hotelu "Pupp", wyglądającym jak naturalne atelier przygód Jamesa Bonda (rzeczywiście kręcono w "Puppie" "Casino Royal"). I wszędzie, niezależnie czy mówimy o kameralnej salce w "Thermalu", czy liczącym kilkaset miejsc  kinie "Čas", tłumy widzów, ale tłumy cierpliwie czekające na swoją kolejkę, uśmiechnięte, zadowolone, że są we właściwym miejscu i właściwym czasie, na filmie, na którym powinni być.

Reklama

Całe miasteczko żyje zresztą festiwalem, wielotysięczny tłum wymachuje akredytacjami, na ramionach charakterystyczne torby ze świetnie zaprojektowanym logo. Idąc z "Thermalu" do "Puppa", wymija się dudniący, roześmiany, cieszący się własną obecnością tłum. W niezliczonych kawiarenkach, na trotuarach, w bistrach, salwy śmiechu, rozmowy o kinie, żywe gestykulacje.

Wieczorem, w nocy, Karlowe Wary stają się zaś jednym wielkim klubem muzycznym, tak jak  wcześniej, w ciągu dnia, były gigantyczną salą kinową. Festiwalem żyją Czesi, żyją nim również przyjezdni. I w mieście zakochują kolejne światowe gwiazdy. Takich delegacji możemy tylko Czechom pozazdrościć. Hollywood pokochał ten festiwal, i chyba z wzajemnością. W Polsce tylko "Camerimage" udaje się się czasami ściągnąć tak duże nazwiska, tymczasem w Karlowych Warach to jest najzwyczajniejsza rzecz pod słońcem.

Tegoroczni goście: Geoffrey Rush opowiadający z zapałem o historii kina australijskiego i zapraszający na jego debiut i zarazem aktorskie opus magnum, czyli "Blask" Scotta Hicksa, czy Benicio Del Toro, występujący z płomienną przemową na temat wojny w Ukrainie, wpisują się w bogatą listę gości, przyjeżdżających do Karlowych Warów każdego roku.

Te wizyty można sobie przypomnieć zresztą codziennie, przed każdym seansem, ponieważ jakiś czas po opuszczeniu festiwalu, laureaci nagrody za całokształt twórczości mają obowiązek nagrać czarno-biały filmik, obśmiewający tę nagrodę. Tak właśnie, obśmiewający. I te filmiki pokazywane są przed wszystkimi seansami. Oto John Malkovich wrzeszczący na taksówkarza, Mel Gibson zaskakujący złodziei próbujących ukraść mu Crystal Globe, albo Jude Law wykorzystujący zmaltretowaną statuetkę do ozdoby samochodu. Czesi świadomie czynią swój festiwal tematem do żartów. Czy wyobrażacie sobie coś podobnego w Polsce?

Konkurs a sprawa polska

Karlowe Wary to konkurs, a nawet dwa konkursy. Konkurs główny oraz nowość - Proxima - zastępujący od tego roku sekcję "East of the West". O ile jednak w przypadku samego festiwalu, organizacji i oferty programowej, do głowy przychodzą same komplementy, o tyle konkurs główny oraz "Proxima", tradycyjnie nie stały na wysokim poziomie. To zresztą problem nie tylko Karlowych Warów, ale większości mniejszych festiwali kategorii "A", wymagających od producentów międzynarodowej premiery. Tymczasem, co widać doskonale po sekcji "Horyzonty", najlepsze filmy pokazywane są dzisiaj jednak u tak zwanych "majorsów": w Cannes, Wenecji, Locarno, Rotterdamie czy w Berlinie.

W konkursie w Karlowych Warach pojawiają się zatem albo tytuły przypadkowe, albo zupełnie poronione (to już na pewno wina selekcji), a przecież, pamiętajmy, w Karlowych Warach właśnie odkryto urok "Amelii" Jeuneta, a także "Mojego Nikifora" Krzysztofa Krauzego. Konkurs jednak w tym roku nie zachwycił - z konkursu głównego zwróciłbym uwagę na pominiętą przez jury "Amerykę" Ofira Raula Graizera, rozgrywającą się na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych opowieść o męskiej przyjaźni, a w sekcji "Proixma" - na "Zoo Lock Down" austriackiego reżeysera, Andreasa Horvatha, subtelną, wyciszoną, kontemplacyjną opowieść o zoo w Salzburgu w czasie lockdownu.

Tymczasem Grand Prix - Kryształowym Globem - nagrodzono banalny irańsko-kanadajski dramat "Lato z nadzieją" w reżyserii Sadafa Foroughi. "Żyjemy w świecie pełnym przemocy i dyskryminacji. Mam nadzieję, że nasze historie przyniosą spokój i ciszę" - powiedziała wyraźnie wzruszona reżyserka Sadaf Foroughi podczas finałowej gali.

Nagrodę Specjalną Jury otrzymał hiszpański komediodramat "Musisz przyjść i zobaczyć" w reżyserii Jonása Trueby. Nagrody aktorskie trafiły zaś do aktorek udanego gruzińskiego filmu "A Room of My Own" - Mariam Khundadze i Taki Mumladzei. Pierwszym w historii zwycięzcą nowego konkursu festiwalu Proxima został dokumentalny czeski film "Art Talent Show" w reżyserii Adeli Komrzý i Tomáša Bojara opowiadający o  egzaminach do Akademii Sztuk Pięknych.

W tym roku wyróżniali się także Polacy. Nie znaleźliśmy się wprawdzie w głównym werdykcie (poza nagrodami dla mniejszościowej czesko-słowacko-polskiej koprodukcji "Słowo" w reżyserii Beaty Parkanovej), ale jak za najlepszych lat byliśmy obecni we wszystkich niemal sekcjach, a także w składach jurorskich, podczas pitchingów, spotkaniach branżowych.

Delegacja była w tym roku tak szeroka, że nie sposób napisać o wszystkich. Bardzo spodobała się dobrze w Polsce "Sonata" Bartosza Blaschkego, pokazana w sekcji "People Next Door". W sekcji debiutantów, "Kino przyszłości" (Future Frames: Generation NEXT of European Cinema), wyróżniała się krótkometrażowa "Kołysanka", film nominalnie austriacki, ale wyreżyserowany przez Polkę, Magdalenę Chmielewską z piękną rolą główną Magdaleny Żak. Szkołę Filmową z Łodzi w tym zestawie reprezentował Maciej Jankowski z udaną etiudą "Warzywa i owoce". Dwie polskie koprodukcje zaprezentowano we wspomnianej, prestiżowej sekcji "Horyzonty", prezentujące najwybitniejsze tytuły sezonu.

Trudno było dostać bilety zarówno na przepiękny film "EO" Jerzego Skolimowskiego, jak i na anglojęzyczny debiut Agnieszki Smoczyńskiej, "Silent Twins". Polacy i polonika to także oba konkursy główne. "Fucking Bornholm" Anny Kazejak, reprezentujący nasze kino w konkursie głównym, znamy już z polskich ekranów - ta ciekawa obyczajowa historia, opisujące skomplikowane małżeńskie relacje, ze świetnymi rolami Agnieszki Grochowskiej i Macieja Stuhra, otrzymała pozaregulaminową nagrodę Europa Cinemas Label.

Nowościami były natomiast filmy: "Borders of Love" Tomasza Wińskiego oraz "Głupcy" w reżyserii Tomasza Wasilewskiego.

"Borders of Love" jest filmem nominalnie czeskim (tytuł oryginalny to "Hranice lásky"), polski udział koprodukcyjny jest symboliczny, ale reżyser jest za to Polakiem. To zresztą  intrygująca biografia. Tomasz urodził się w Polsce, skończył FAMU, wrócił na chwilę do Polski, współpracował z Krzysztofem Krauze, ostatecznie osiadł w Czechach, i właśnie tam nakręcił swój pełnometrażowy debiut, który okazał się jednym z najżywiej komentowanych obrazów tegorocznego festiwalu. "Granice miłości" poruszają bowiem nośny temat - bohaterami filmu są swingersi, albo ci, którzy zastanawiają się nad relacjami tego rodzaju. Wiński idzie jednak dalej, nie obawiając się posądzeń o moralizowanie, w tym atrakcyjnym, obsadzonym gwiazdorsko filmie, wskazuje na cenę hedonizmu, daje też smutną w gruncie rzeczy diagnozę czasów, których signum jest udawanie, kreowanie samych siebie na bardziej wyzwolonych, otwartych, intelektualnie pobudzonych, bo przecież nie wypada inaczej. Powstał gorzki film o pikantnych sprawach, słusznie wyróżniony nagrodą krytyki międzynarodowej Fipresci.

Jeszcze większe nadzieje wiązałem z filmem "Fools" - "Głupcy" Tomasza Wasilewskiego. Jeden z najciekawszych  twórców młodego pokolenia w polskim kinie jest, można zaryzykować takie stwierdzenie, "dzieckiem Karlowych Warów". To właśnie ten festiwal odkrył Tomasza i jego fenomenalny, niskobudżetowy film "W sypialni", to właśnie tutaj wygrał sekcję "East of the West" swoim drugim filmem, "Płynące wieżowce", a "Zjednoczone Stany Miłości" prezentował w sekcji "Horyzonty".

"Fools" był filmem bardzo wyczekiwanym  i może te oczekiwania były właśnie nadmierne. Powstało kino wysokiego ryzyka, i wcale nie mam na myśli wyłącznie tematyki seksualnych tabu, chodzi bardziej o ryzyko wykorzystania języka filmowego, czerpania z dziedzictwa przeszłości, a także szukania własnego stylu. Chcę wierzyć, że dla zdolnego Tomasza Wasilewskiego, właśnie "Głupcy" - film z mocnymi, ofiarnymi rolami Tomasza Tyndyka, Doroty Kolak i Łukasza Simlata - będą przełomem. Że ten niespełniony film otworzy mu drzwi na nowe rejony, nową wizję kina.

Karlowe Wary: Czułość

Korespondencję piszę dla państwa w niedzielę, 10 lipca, kilka godzin po zakończeniu festiwalu, i z hotelowego okna widzę, jak wszystkie przestrzenie festiwalowe, wczoraj jeszcze tętniące życiem, uśmiechami, muzyką (raczej niestety dyskotekową) natychmiast się wyludniają. Ekipy porządkowe zdejmują plakaty, trwa wielkie sprzątanie miasta.

Karlowe Wary znowu poczekają na swoje wielkie dni aż do przyszłego roku. Ten tydzień spędzony w Czechach wspominał będę jednak z czułością. Gdybym bowiem miał jednym słowem podsumować klimat tego festiwalu, byłaby to właśnie czułość. Czułość do kina, czułość do ludzi.

Na koniec opiszę jedną historię. Ludzką historię, idealnie pasującą do klimatu festiwalu. Po zaproszeniach ekip i laudacjach gwiazd, a przed rozpoczęciem każdego seansu na "Wielkiej Sali" w Hotelu Thermal, sali liczącej, przypominam, tysiąc dwieście miejsc i niemal zawsze wypełnionej w stu procentach, na scenę wychodzi mocno starszy pan, w wysłużonym tużurku, w sandałach, lekko zgarbiony, ale uśmiechnięty. Jego zadanie jest proste: ma położyć mikrofony na scenie, tak żeby nie przeszkadzały w trakcie seansu. Utarło się, że ten pan dostaje podczas tej czynności wielką owację. Nie jest tym zakłopotany, przeciwnie, przyjmuje to za oczywistość, kłania się pięknie i schodzi.

Niezmienność tego rytuału wydawała mi się zawsze piękna i wzruszająca, wyrażająca stosunek Czechów do ludzi i do świata. Laura Dern, Mel Gibson, Helen Mirren - proszę bardzo, należą im się owacje, ale nasz pan jest najważniejszy. Pan w sandałach. W tym roku był znowu. Nie widzieliśmy się kilka lat, wiadomo - pandemia, ale pojawił się ponownie. Ten sam tużurek, sandały, spodnie, koszula w kratę, ta sama mina. Tyle że mniej ma już siły. Już nie przewraca mikrofonów na scenę, robią to wolontariusze, ale wciąż jest prowadzony na podium, pod rękę z asystentką, wchodzi  tylko po to, żeby się do nas uśmiechnąć. I dostaje owacje.

I to jest w Karlowych Warach najpiękniejsze. Uśmiech tego starszego, chorego, ale tak bardzo kochanego przez widzów. Czułość w sandałach.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL