Reklama

Reklama

Jerzy Kawalerowicz: Uśmiech egipskiego Sfinksa

Jerzego Zelnika wybrał do "Faraona" ze względu na "egipską urodę", Franciszka Pieczkę jako Żyda do "Austerii", chociaż wszyscy mu doradzali coś innego. W środę przypada setna rocznica urodzin Jerzego Kawalerowicza. Przypominamy jego największe dokonania, sylwetkę, ale i mniej znane fakty oraz anegdoty z jego życia i twórczości.

Jerzy Kawalerowicz

"Kawalerowicza można nazwać ojcem 'polskiej szkoły filmowej', bo w jakiś sposób dopomógł w powstaniu jej filmów. Był dla nas mistrzem kina i bardzo pilnował, żebyśmy byli rzeczywiście profesjonalną kinematografią" - tak Andrzej Wajda mówił o Jerzym Kawalerowiczu. Zrealizował siedemnaście pełnometrażowych filmów fabularnych, wśród których kilka - na pewno "Faraon", "Austeria", "Matka Joanna od Aniołów"  i "Pociąg" - zapisało się w historii polskiego i światowego kina. Ale to nie wszystko.

Jako wieloletni - aż do śmierci - kierownik artystyczny Zespołu Filmowego Kadr Jerzy Kawalerowicz przyczynił się do powstania najwybitniejszych dzieł Andrzeja Wajdy, Andrzeja Munka, Wojciecha Jerzego Hasa, Kazimierza Kutza, Sylwestra Chęcińskiego, Jerzego Antczaka, Juliusza Machulskiego i wielu, wielu innych. To w Kadrze powstały "Kanał", "Popiół i diament", "Eroica", "Nocie i dnie", "Seksmisja", a także "Dom" i "07 zgłoś się". Jako współzałożyciel i pierwszy prezes (potem prezes honorowy) Stowarzyszenia Filmowców Polskich zjednoczył rodzime środowisko filmowe i nadał mu pewien etos, przeprowadził przez najtrudniejsze dla branży okresy, pomógł w zachowaniu wolności twórczej w czasach, kiedy politycy tak bardzo starali się ją ograniczać. Był też jednym z inicjatorów Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych - do dziś najważniejszego wydarzenia polskiego kina.

Reklama

Chłopak z Galicji

Jerzy Kawalerowicz urodził się 19 stycznia 1922. "Chciałbym się zatrzymać na jednej istotnej informacji. Pozwoli ona, moim zdaniem, lepiej zrozumieć to zjawisko w naszej kulturze, jakim jest Jerzy Kawalerowicz" - mówił Janusz Majewski w laudacji poświęconej reżyserowi, wygłoszonej z okazji przyznania mu tytułu honoris causa w Szkole Filmowej w Łodzi w roku 2000, a przywołanej w albumie "Jerzy Kawalerowicz. Malarz X Muzy".

"Urodził się on w Gwoźdźcu, a więc gdzieś na kresach wschodnich, w Galicji, w tej mitycznej krainie, która rodziła gigantów sztuki. Na tamtej glebie wyrosły takie zjawiskowe rośliny jak Bruno Schulz, Joseph Roth czy Józef Wittlin, tam w wielonarodowym tyglu stapiały się najlepsze rudy polskie, żydowskie, ruskie (nikt wtedy nie mówił ukraińskie), niemieckie, węgierskie i ormiańskie. Jerzy Kawalerowicz pochodził z polskich Ormian" - mówił Majewski. Później, w wielu rozmowach, sam Jerzy Kawalerowicz podkreślał, że to właśnie miejsce urodzenia ukształtowało go, jego wrażliwość i patrzenie na świat - niemal w równym stopniu co późniejsze spotkania z takimi myślicielami, jak Roman Ingarden czy Władysław Tatarkiewicz, których poznał dzięki nauce na Kursie Przeszkolenia Filmowego w Instytucie Filmowym w Krakowie. Trafił tam, równolegle studiując w Akademii Sztuk Pięknych.

Pasja malarska przegrała ostatecznie z ruchomymi obrazami. Jerzy Kawalerowicz zakochał się w nich jeszcze jako dzieciak, uczeń gimnazjum w Stanisławowie, który nie przegapił przed wojną żadnego seansu w kinie Mars w Kołomyi. Pierwszy film, który zapamiętał, to "Nibelungi" Fritza Langa. Drugi to... "Quo vadis".

Na planie stanął bardzo szybko, już w 1946 roku asystował Leonardowi Buczkowskiemu przy filmie "W chłopskie ręce". Niedługo potem pomagał na planach Wandy Jakubowskiej - przy słynnym "Ostatnim etapie" (1947), Stanisława Urbanowicza - przy "Stalowych sercach" (1948) i Jerzego Zarzyckiego - przy "Zdradzieckim sercu" (1947) według opowiadania Edgara Allana Poe. Jednocześnie zaczytywał się w amerykańskiej książce "Films and Directors", wespół z przyjacielem, niejakim Spitzlem, który niedługo potem wyjechał do Indii. Kawalerowicz nie opuścił kraju, zaczął za to kręcić własne filmy. Przeżył też krótką przygodę jako... aktor.

Epizod aktorski

W 1949 roku twórca znalazł się jako asystent reżysera na tatrzańskim planie filmu "Czarci żleb", dramatu sensacyjnego o powstrzymanej próbie przemytu. Sam był doskonałym narciarzem, a w czasie wojny niejedno widział i robił. Znal temat doskonale, lepiej pewnie niż główni reżyserzy: Aldo Vergano i Tadeusz Kański. W wywiadzie-rzece z Waldemarem Chrostowskim i Mirosławem Słowińskim "Nie powtarzałem siebie" (rozmowa ukazała się już po śmierci Kawalerowicza) wspominał: "Nigdy nie grałem jako aktor, ale w tym filmie jest jedna scena, w której gram przemytnika. To był przypadek. Któregoś dnia przyjechali wopiści i jednego z aktorów, który grał u nas przemytnika, aresztowali... za przemyt. No i został zamknięty. Po różnych interwencjach, z pomocą ministerstwa i armii, sprowadziliśmy naszego przemytnika z powrotem na plan. Przyjechał zakuty w kajdanki. Wyobrażasz sobie faceta w górach, który jest skuty i każą mu jeszcze grać. W końcu jednak nie udało się. Kański mówi do mnie: 'Jerzy ubierz się, będziesz grał tego przemytnika'. I zagrałem przemytnika. To było jedyne moje zdjęcie jako aktora".

Z realizacją filmu wiąże się jeszcze jedna anegdota, którą Jerzy Kawalerowicz podzielił się na łamach książki "Więcej niż kino", opracowanej przez Seweryna Kuśmierczyka i Stanisława Zawiślińskiego. "W sumie pięć miesięcy spędziliśmy w górach, w towarzystwie zawodowych narciarzy. Ciaptak Gąsienica, Bachleda, Roj - wszyscy oni byli zaangażowani przy tym filmie" - opowiadał reżyser. "Moim pomocnikiem do kontaktów z góralami był Tadeusz Giewont. Spośród nich mieliśmy wytypować wopistów i przemytników. Nabór był prowadzony w kinie... Giewont w Zakopanem. Wszedłem i tak, jak oni stali, mówię: 'Ty będziesz przemytnikiem, ty wopistą, ty przemytnikiem, ty... i tak dalej....'. Doszedłem do połowy i widzę, że pękają ze śmiechu. Spytałem: 'Co jest?'. A Tadzio mówi: 'Coś pokozoł, toś trafił'! Pamiętam, że zima tamtego roku była wyjątkowo ciężka. Jeszcze w końcu maja zjeżdżaliśmy z Kasprowego na nartach. Reżyserowałem samodzielnie, ile dusza zapragnie, nawet bliskie plany. To była dla mnie wspaniała praktyka. Nakręciłem wtedy jakieś sześćset metrów filmu jako reżyser. I dzięki temu mogłem się już starać o debiut".

Świat sztuki filmowej całkowicie Jerzego Kawalerowicza pochłonął - nigdy nie chciał realizować filmów byle jakich, odpowiadających chwilowym modom i gustom, komercji, fascynował go włoski neorealizm, szukał sztuki właśnie, formy, większego tematu i bohatera. W "Nie powtarzałem siebie" czytamy: "Wtedy nie było aż tak wielu fachowców w dziedzinie filmowej (...). Moim atutem było zetknięcie się z malarstwem, ze sztuką. To myślenie przeniosłem na film. To oczywiście była moja kalkulacja. W pewnym momencie zrozumiałem, że malarstwo nie da mi zawodu i pieniędzy. A mnie nie było stać na to, żeby po pięciu latach okupacji męczyć się dalsze pięć lat. Chciałem dorwać się do czegoś, co jest wartością. (...) Gdy zetknąłem się z bardzo ważnymi producentami, z poważnymi filmami, to było takie niezwykłe. To był taki zawód, jak żaden inny".

"Mężczyzna wybiera przedział, w którym siedzi piękna kobieta"

W 1951 roku stanął na planie "Gromady". Miał współreżyserować film z Kazimierzem Sumerskim, większość pracy spoczęła jednak na jego barkach. Potem przyszły "Celuloza" (1953) i jej druga część - "Pod gwiazdą frygijską" (1954) oraz "Prawdziwy koniec wielkiej wojny" (1957). Wreszcie - ceniony do dziś "Pociąg" (1959) z Lucyną Winnicką i Leonem Niemczykiem w rolach pasażerów Marty i Jerzego, którzy spotykają się w pociągu jadącym z Warszawy na Hel. Składem podróżuje też zakochany w Marcie Staszek - Zbigniew Cybulski. Historię zainspirowało życie...

"Dużo w życiu podróżowałem, rozmawiałem z różnymi ludźmi i zastanawiało mnie, że właściwie każdy człowiek jadąc pociągiem podświadomie czeka na jakąś przygodę. Wierzy, że właśnie podczas podróży stanie się coś niezwykłego" - przypominał Kawalerowicz na stronach "Więcej niż kino". "Nie mając często żadnych określonych bliżej zamiarów np. na nawiązanie flirtu, mężczyzna wybiera przedział, w którym siedzi piękna kobieta, ona zaś stara się na tę okazję ubrać jak najstaranniej. Dlatego tak często ludzie w pociągu nawiązują łatwo znajomości, chętnie słuchają wynurzeń sąsiadów; obserwują swoich współtowarzyszy i właściwie cały czas czekają, że się coś stanie... Pociąg przyjeżdża do celu, ludzie wysiadają z uczuciem lekkiego zawiedzenia i oczywiście nic się ciekawego nie zdarzyło... Bywa jednak inaczej. I to właśnie pasjonowało mnie przed realizacją tego filmu w sposób niemal obsesyjny" - wspominał reżyser.

Bezpośrednim impulsem była nocna podróż Kawalerowicza między Warszawą i Szczecinem. "Znalazłem się w sytuacji, kiedy nie było już miejscówek, więc konduktor postanowił umieścić mnie w przedziale, który wydawał się pusty. Właścicielka biletu na to miejsce zjawiła się w ostatniej chwili, kiedy ja już się zagospodarowałem. Zaczęła się dziwna noc - przegadałem z tą panią parę dobrych godzin. Opowiadała mi swoje życie, a ja głównie słuchałem prawie nie mówiąc nic o sobie. I z tego powstał pomysł 'Pociągu'" - słowa Kawalerowicza przytaczają Bartosz Michalak i Łukasz Figielski w książce "Prywatna historia kina polskiego".

"Pociąg" dojechał nie tylko na Hel, ale i do Wenecji, gdzie przyniósł nagrodę Lucynie Winnickiej. Zdobył też statuetkę Premio Evrotecnica im. Georgesa Méliès i zwrócił uwagę Amerykanów. Chcieli, żeby Kawalerowicz nakręcił remake. Nie zgodził się. W Polsce przygotowywał już kolejny film, dzieło, którego powstaniu starał się zapobiec Episkopat. Mowa o "Matce Joannie od Aniołów", dla której punktem wyjścia jest opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza. Po raz pierwszy o ekranizacji Kawalerowicz zaczął myśleć jeszcze przed zrealizowaniem "Prawdziwego końca wielkiej wojny".

"Zrobiłeś film obrazoburczy"

"Jemu film się bardzo podobał" - w "Nie powtarzałem siebie" Kawalerowicz odpowiedział na pytanie o reakcję Iwaszkiewicza na ekranizację. Po chwili dodał. "Powiedział: 'Zrobiłeś film obrazoburczy.' A jak miała być premiera, wyjechał do Rzymu". O swoich założeniach co do dramatu mówił: "Wiedzieliśmy od razu, że tego rodzaju film musi wywołać szeroką dyskusję, zwłaszcza w Polsce, gdzie jest sprawa celibatu księży i zakonnic, celibatu, który zawsze był na piedestale. W końcu doprowadziliśmy do tego, że zrobiliśmy film o głodzie uczuć. Zarówno mężczyzna, jak i kobieta są pod wpływem rozmaitych doświadczeń. Ale przede wszystkim oni muszą ze sobą żyć jakiś czas...".

"Przystępując do realizacji 'Matki Joanny od Aniołów' zdawałem sobie sprawę, że wkraczam w tę sferę spraw ludzkich, które są drażliwe, zakłamane i rzadko poruszane w sztuce. Spodziewałem się reakcji i chęć sprawdzenia jej była dla mnie dodatkowym bodźcem dla zrealizowania tego filmu" - pisał z kolei o swoim zamyśle w książce "Więcej niż kino". "W założeniu chciałem, żeby to był film dyskusyjny, walczący o materialistyczne, jak to wtedy określano, rozumienie psychologii człowieka, demaskujący zafałszowaną prawdę o losie ludzkim. Chciałem, żeby to był film o naturze człowieka i o jej samoobronie przed narzuconymi ograniczeniami i dogmatami. Główną rolę w tej dyskusji przeznaczyłem uczuciu, które nazywamy miłością. (...) Nie pragnąłem, żeby film wyjaśnił, udowodnił czy dawał rozwiązanie, chciałem tylko stworzyć widzowi warunki dla jego własnych refleksji".

Dziś dzieło czytane jest nie jako antyreligijne, raczej jako traktat o człowieku, o naturze ludzkiej, "o jej immanentnych atrybutach: wielkości i małości", jak zauważył w przywołanej już wyżej laudacji Janusz Majewski.

"Matka Joanna od Aniołów" trafiła do Cannes, była o włos od Złotej Palmy, ale przegrała z "Viridianą" (1961) Luisa Bunuela. Dziełu przyznano Nagrodę Jury, co też jest jednym z największych sukcesów w historii polskiego kina. Pięć lat później przyszło Jerzemu Kawalerowiczowi walczyć o inne złoto - Oscara. Za sprawą "Faraona" według Bolesława Prusa, jednego z największych przedsięwzięć naszej kinematografii.

Supergigant polskiego kina

Po raz pierwszy "Faraona" Jerzy Kawalerowicz przeczytał jako 13-latek. "Od tego czasu zafascynował mnie ten niezwykły obraz starożytnego Egiptu, który był tak niesłychanie plastyczny" - przyznał w rozmowie "Nie powtarzałem siebie". "Prus świetnie opowiedział o mechanizmach polityki władzy. I ta opowieść jest szalenie uniwersalna. Prus pisał o sprawach, które my staramy się rozumieć. Atrakcyjność Prusa polegała na tym, że był bardziej intelektualny niż Henryk Sienkiewicz. Moim zdaniem, Sienkiewicz był takim Hoffmanem... Natomiast Prus był Kawalerowiczem...".

Zdjęcia trwały aż trzy lata, a w scenach zbiorowych udział brało nawet około dwóch tysięcy statystów - byli nimi m.in. radzieccy żołnierze. Ekipa kręciła na pustyni Kizył-Kum w Uzbekistanie. Filmowcy odwiedzili sam Egipt, wiele czasu spędzili w atelier filmowym w Łodzi. Na pustyni zdarzały się dni, kiedy taśmę filmową ze względu na wysokie temperatury trzeba było przechowywać w chłodni. Woda dla twórców dowożona była cysternami... W kraju Warszawska Stocznia Rzeczna na potrzeby filmu zbudowała statek egipski. Jezioro Kirsajty "zagrało" Nil - na tę okazję przybrzeżne trzciny malowane były na kolor spalonego słońca.

Wiele emocji wywołały poszukiwania aktorów. Tak w "Więcej niż kino" opisuje ten proces reżyser: "Wydaje mi się, że moi aktorzy grający Egipcjan byli bardziej egipscy, niż byliby nimi współcześni Egipcjanie. (...) Szukałem twarzy, które miałyby pewne piętno starożytności, szlachetności. Wśród oglądanych w Egipcie płaskorzeźb specjalnie zainteresowały mnie reliefy z okresu Amenhotepa IV. Tworzył je doskonały rzeźbiarz, wprowadzający pewną świadomą deformację rysów twarzy. Wydawało mi się, że wydobywała ona to, co było najbardziej charakterystyczne dla rysów egipskich. Wybierając później aktorów - szukałem w ich twarzach właśnie tego".

"Zdecydowałem się na Zelnika, chociaż wiedziałem, że byli lepsi aktorzy"

Do roli Ramzesa XIII artysta przesłuchał pięćdziesięciu aktorów. "Wszyscy próbowali, wszyscy ci, którzy są teraz aktorami wielkimi, zaczynając od Daniela Olbrychskiego, on także był przymierzany na faraona i on dopiero mi udowodnił, jak to jest trudne: że on faraonem być nie może" - powiedział reżyser w książce "Nie powtarzałem siebie". "Wybrałem Jerzego Zelnika, bo w nim była jakaś harmonia niezwykła, estetyka wyglądu ludzkiego ciała i wyglądu postaci. On wyglądał bardzo naturalnie, nie musiał udawać i grać. On jest wspaniałym Egipcjaninem".

Z kolei w książce "Więcej niż kino" uzupełnił: "Zdecydowałem się na Zelnika, chociaż wiedziałem, że byli lepsi aktorzy. Nie zawiodłem się. Zelnik włożył w swoją rolę przede wszystkim bardzo dużo pracy. Był przez wszystkich lubiany. Jak zaczął grać, miał osiemnaście lat, kiedy zdjęcia dobiegły końca, miał lat dwadzieścia jeden. Wówczas był już jednak dojrzałym człowiekiem. I także w ten sposób stał się integralną częścią moich założeń artystycznych".

Gdy w głowach widzów ciągle żywe były hollywoodzkie wizje starożytności - "Kleopatry" (1963) Josepha L. Mankiewicza czy "Spartakusa" (1960) Stanleya Kubricka, Jerzy Kawalerowicz zaproponował obraz zupełnie inny. Bardzo długo zgłębiał całą egipską tematykę. Miał wspaniałych konsultantów, w tym arabskiego arystokratę i absolwenta Oksfordu Salema Abdela Shady’ego. "On mi podsunął bardzo ważną myśl, o której nie sądziłem, że jest do rozwiązania" - przyznawał filmowiec w  "Nie powtarzałem siebie", "Otóż myśmy cały czas się zastanawiali, co zrobić, by, pokazując stary Egipt, nie powielać amerykańskich filmów, te wszystkie historyczne kobyły... Dla mnie dużo ważniejsze było to, żebym ja potrafił, żebym ja zasugerował starożytność. Nie, żeby odtworzyć, ja tego odtworzyć nie mogłem - ja mogłem tylko zasugerować, że być może tak to wyglądało. I nagle ów Salem Abdel Shady mówi, że przecież tu nie chodzi o to, żebym ja 'budował' starożytny Egipt od nowa...".

Najtrudniejszy film w karierze

Nieistniejące już światy Jerzy Kawalerowicz miał przywoływać na ekranie jeszcze kilka razy. Za każdym w sposób niezwykle oryginalny i sugestywny, wizualnie doskonały, fabularnie imponujący i wychodzący poza ramy dat, w których zamknięta była akcja. Dzieje się tak w "Śmierci prezydenta" o zabójstwie Gabriela Narutowicza, filmie dziś może nawet bardziej aktualnym niż koniec lat 70. XX wieku, kiedy powstał.

Dzieje się tak w "Austerii" według powieści Juliana Stryjkowskiego, hipnotyzującej, budzącej smutek refleksji o pierwszym dniu i nocy I wojny światowej, zwiastującej to, co miało się stać ćwierć wieku później... Film powstał w roku 1982, mniej znany jest fakt, że o ekranizacji Jerzy Kawalerowicz i Tadeusz Konwicki (wieloletni współpracownik Kawalerowicza, współautor scenariuszy do jego dzieł) myśleli już w latach 60. Produkcja miała ruszyć w 1967 roku, ale prace zablokowała sytuacja polityczna - wojna sześciodniowa.

Kiedy kilkanaście lat później temat mógł wrócić, w scenariuszu artyści nie zmienili ani słowa. "Nie było takiej potrzeby. Okazało się, że Stryjkowski dostarczył nam materiału o ponadczasowych, trwałych wartościach" - skomentował Jerzy Kawalerowicz w "Więcej niż kino". Polityka znowu jednak stanęła na drodze opowieści, którą tym razem uznano za antyrosyjską - ze względu na dwie sceny z Kozakami. Produkcja nie trafiła jednak na tzw. półkę i została w ograniczonej liczbie kopii dopuszczona do dystrybucji. Nie pozwolono jednak na to, żeby mogła walczyć o Oscara - reżyserowi pozostało cieszyć się z Złotych Lwów na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych.

"Austerię" uważał Jerzy Kawalerowicz za najtrudniejszy i najbardziej precyzyjny film, który przyszło mu nakręcić. "Pisząc razem z Konwickim i Stryjkowskim scenariusz 'Austerii', wyobrażałem sobie film o zaginionym świecie, o nieistniejącej już społeczności, z jej oryginalną kulturą myślową, obyczajami, sposobem reagowania, z religią" - mówił w rozmowie z Tadeuszem Sobolewskim dla "Kina" jesienią 1981 roku. Chciał "przeciwstawić się opiniom przypisującym społeczeństwu polskiemu wrodzony antysemityzm, ale równocześnie [...] uniknąć polemicznego stylu. Wszelkie polemiki operują tendencyjnymi argumentami: jedni pokazują szmalcowników, ściągających okup od Żydów ukrywających się w czasie okupacji, drudzy w odpowiedzi pokażą poświęcenie polskich rodzin. Szukam innej możliwości".

Pomimo powagi tematu, realizacja wiąże się z pewną anegdotą, związaną z powierzeniem głównej roli - karczmarza Taga - Franciszkowi Pieczce. "Wszyscy mi mówili - przecież to powinien być Żyd, który to zagra" - Kawalerowicz przywołał kulisy w rozmowie z Waldemarem Chrostowskim i Mirosławem Słowińskim. "Powiedziałem, że Żyd tego nie zagra. Zagrać to musi goj. Dlatego, że on przekaże coś, czego nie przekaże Żyd, bo ten będzie naturalistyczny. Wybrałem Franciszka Pieczkę, który zagrał genialnie. Ja w wielu przypadkach wygrywałem z aktorami, bo miałem jakiś instynkt w ich doborze. Coś jest takiego, że to jest prawdziwe, a tamto prawdziwe nie jest". Mistrz nie mógł nie mieć racji.

Autentyczna pasja

Każdy z filmów, które zrealizował, wart jest opowieści znacznie głębszej i dłuższej niż ten pobieżny artykuł. To też świat jego wybitnych współpracowników - Tadeusza Konwickiego jako współscenarzysty, operatorów, kompozytorów, aktorów, scenografów, kostiumografów... Całe uniwersum. Jeszcze raz oddajmy miejsce Januszowi Majewskiemu i jego laudacji.

"Filmy Jerzego Kawalerowicza powstawały z autentycznej pasji,  potrzeby tworzenia czystego kina, powstawały w ostrej opozycji do filmu traktowanego czy to komercyjnie, czy jako tylko środka, jako medium do przekazywania takich czy innych poglądów, powstawały przeciwko filmom agitkom politycznym, filmom esejom publicystycznym, filmom 'podejmującym ważkie tematy', słowem przeciw tym pozornym dziełom, w których tzw. treść ma ukryć brak talentu kreacyjnego i nieobecność wrażliwości na istotę kina. Na szczęście wielkim weryfikatorem wartości jest czas, on odsyła w niepamięć to wszystko, co doraźnie odpowiadało na jakieś zapotrzebowanie, efemerycznie bawiło, było modne i chwalone w salonach lub urzędowych gabinetach, a przydaje blasku, nadaje szlachetności i patyny temu, co wielkie było już przy urodzeniu. Setki filmów, które nas zajmowały, bawiły, emocjonowały, straszyły, ba, nawet wywoływały poważniejsze refleksje, utonęły w oceanie zapomnienia, a wciąż widzimy szalone oczy ojca Suryna, spłoszone cienie mniszek w klasztornym krużganku, hieratyczny gest młodego faraona, niemy dzwon grozy, hipnotyczny taniec chasydów; słyszymy rytmiczny stukot kół pociągu, melancholijną wokalizę Wandy Warskiej, tupot bosych stóp po egipskim piasku i suchy wystrzał w Zachęcie. Ten korowód obrazów i dźwięków, postaci, klimatów i wzruszeń przesuwa się wciąż na ekranie naszej pamięci, a w tle, w głębi, jak w filmowym przenikaniu, majaczy mądry, trochę tajemniczy i nieosiągalny uśmiech egipskiego Sfinksa, uśmiech Mistrza Jerzego Kawalerowicza, który dziś otrzyma tytuł honoris causa. Jestem dumny, że byłem studentem i profesorem uczelni, która ten tytuł mu nadaje" - mówił Majewski.

Dwa lata wcześniej tytuł honoris causa przyznała Kawalerowiczowi Sorbona II. W 2007 roku mistrz uhonorowany został Platynowymi Lwami za całokształt twórczości na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. W 2014 roku Martin Scorsese wybrał "Pociąg", "Matkę Joannę od Aniołów", "Faraona" i "Austerię" do swojego cyklu "Martin Scorsese Presents: Masterpieces of Polish Cinema" ("Martin Scorsese prezentuje: arcydzieła polskiego kina"), przedstawianego w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Wielkiej Brytanii.

Jerzy Kawalerowicz zmarł 27 grudnia 2007 roku. Z okazji 100-lecia jego urodzin zorganizowano szereg wydarzeń przypominających jego twórczość, w tym pokazy odrestaurowanych filmów w warszawskim kinie Kultura oraz spotkanie w krakowskim kinie Mikro. Kilka kroków dalej chodził na zajęcia do Instytutu Filmowego...

Zobacz również:

W latach 90. była wielką gwiazdą. Powróci na szczyt?

Jego nagie zdjęcia obiegły świat. Skandal ciągnął się latami!

Kto zagra nowego Bonda? Jest siedmiu kandydatów!

Więcej newsów o filmach, gwiazdach i programach telewizyjnych, ekskluzywne wywiady i kulisy najgorętszych premier znajdziecie na naszym Facebooku Interia Film.

 

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Kawalerowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy