Reklama

"Babcia Szczepkowska" się śmieje

Kiedyś lubiła iść pod prąd. Dzisiaj odkrywa siebie na nowo i żyje już dużo spokojniej.

Chyba nie mogła wybrać innej drogi... Joanna Szczepkowska (59 l.) urodziła się przecież w rodzinie z bardzo bogatymi tradycjami aktorskimi. Jest córką wybitnego aktora teatralnego Andrzeja Szczepkowskiego oraz wnuczką znawcy kultury antycznej, znanego pisarza Jana Parandowskiego.

W dzieciństwie miała okazję obcować z największymi gwiazdami sceny, m.in. Ireną Kwiatkowską, Hanką Bielicką i Edwardem Dziewońskim. Bo to właśnie oni często gościli w domu Szczepkowskich.

Kiedy oświadczyła, że wybiera się do szkoły teatralnej, z ust taty usłyszała bardzo zdecydowany sprzeciw. On wiedział, że szczególnie dla kobiety nie jest to łatwy zawód. Próbował oszczędzić córce rozczarowań. Zapowiedział nawet komisji egzaminacyjnej, że ma nie przyjmować jego córki do szkoły!

Reklama

Stało się jednak inaczej. Jako studentka debiutowała w "Trzech siostrach" w reżyserii Aleksandra Bardiniego, a także w filmie "Con amore", który otrzymał same doskonałe recenzje.

Po tym filmie posypały się propozycje. Bardzo lubiła pracę w teatrze, chociaż od początku trudno jej było podporządkować się ogólnie przyjętym zasadom. Bo pani Joanna miała swoją wizję pracy i aktorstwa.

Jednak zanim zaczęła ją realizować, została żoną aktora Mirosława Konarowskiego i mamą Marii(32 l.) i Hanny (29 l.). Po urodzeniu Marii otrzymała propozycję zagrania w filmie "Przesłuchanie" Ryszarda Bugajskiego.

- To mogło zmienić moje życie. Ale wiedziałam, że spędzę na tym planie trzydzieści kilka dni. I co? Nie będę przez ten czas widziała swojego dziecka, które miało wtedy dwa miesiące. Wiedziałam, że nie wytrzymam tego biologicznie. Chciałam być z dzieckiem - wspomina.

Zawsze wybierała bardziej skomplikowaną i krętą drogę. Sama mówi o sobie, że jest osobą wysokiego ryzyka. Lubi iść pod prąd. Kiedy miała zagrać w drugiej części serialu "Dom" i już wszystko było właściwie ustalone... zerwała kontakt.

- To były lata 80. Nie mogłam wystąpić w filmie komentującym współczesność, nie wiedząc do końca, kogo mam grać i jakie słowa przyjdzie mi mówić - opowiada.

Nie boi się wyrażać swoich opinii, nawet jeśli ma wiele do stracenia. - Przecież niejednokrotnie jest tak, że zespół ma zastrzeżenia do reżysera. Są szepty, jest niezadowolenie, ale nikt się nie sprzeciwi, nie powie: nie - opowiada.

Jej nigdy nie brakowało odwagi. W 1989 roku, podczas krótkiego wywiadu w telewizji, zamieniła się ze spikerką miejscami i powiedziała pamiętne słowa: "Proszę państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm". Wszyscy już o tym wiedzieli, ale nikt tego tak głośno i dobitnie nie wyraził.

Dzisiaj żyje spokojniej. Gra, pisze wiersze, pracuje nad powieścią. Spaceruje z ukochanym psem po Parku Skaryszewskim i zajmuje się wnuczką. Bo odkąd została babcią inaczej zaczęła patrzeć na życie. - Myślę teraz o sobie "babcia Szczepkowska" i sama się z siebie śmieję. Nie wstydzę się tego, tylko dziwię kobietom, które źle się z tym czują - opowiada.

Aktorka odkrywa siebie w tej roli na nowo. I wreszcie czuje w sobie harmonię i wewnętrzny spokój. KF

Świat & Ludzie
Dowiedz się więcej na temat: Joanna Szczepkowska | pod prąd
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy