Reklama

Al Pacino: Bez ślubu

Nigdy nie założył rodziny, nie ożenił się też z żadną z kobiet, z którymi był związany.

Ostatnią dziewczyną Ala Pacino była młodsza o 37 lat Meital Dohan. Para jednak rozstała się w lutym 2020

Rozczochrana szpakowata grzywa, filuterny jedwabny szaliczek, piracki pierścień na palcu, do tego ciemne okulary i adidasy - to jego styl na czerwony dywan. 25 kwietnia Al Pacino świętował 80. urodziny. I, jak zwykle, nie zamierza się swym wiekiem przejmować.

Reklama

Rozrabiał zawsze. Wzywana do szkoły matka słyszała: chłopak potrzebuje ojca, pani Pacino. "Moi rodzice rozwiedli się, gdy miałem dwa lata" - mówił Alfredo. Widywał ojca czasami, gdy ten rozstawał się z kolejnymi (trzema) żonami. Pierwsze piwo wypił jako 9-latek, papierosa zapalił niedługo potem, marihuany spróbował w wieku 13 lat. Koledzy z ulicy wołali na niego "Aktor", bo nikt tak jak on nie umiał naciągnąć przechodnia na parę centów, udając ślepca. Lubił być obserwowany, ale i obserwował - drobnych naciągaczy, złodziejaszków, gangsterów.

Nie miał wielkich szans, by zrobić wśród nich karierę, był na to za słaby. Nie potrafił się bić. "Kiedy ktoś mnie uderzył, wymiotowałem i upadałem na ziemię. Trzeba było sobie radzić" - wspominał. Ale umiał ich naśladować, grać. W tym akurat był dobry od zawsze. Nie miał pojęcia,  z czego śmieją się dorośli, gdy jako czterolatek zataczał się i otwierał szafki w domu, naśladując alkoholika w desperackiej pogoni za drinkiem. Grunt, że się śmiali.

Mniej wesoło było, gdy jako 16-latek wyleciał z aktorskiego liceum na Manhattanie ("Była to jedyna szkoła, do której mnie przyjęto"). "Nie chciałem wiedzieć nic o metodzie Stanisławskiego. Chciałem tańczyć, śpiewać, bawić się, naśladować. Byłem zapatrzony we własny pępek. Całe lata zajęło mi, by spojrzeć gdzie indziej"  - mówił.

Porzucenie szkoły nie oznaczało, że zamierzał przestać grać. Aby zarobić na prywatne studia aktorskie pracował jako bileter w kinie, listonosz, salowy w szpitalu, sprzedawca butów... Bywało, że nie dojadał i sypiał po kanapach u znajomych. Zwłaszcza wtedy, gdy jego mama potrzebowała pieniędzy. Rose Pacino od dawna cierpiała na napady depresji, które powtarzały się mimo terapii elektrowstrząsami. Pomagały barbituraty. "Bieda ją złamała - mówił jej syn. - Ubzdurałem sobie więc, że jeśli uda mi się jako aktorowi, z mamą będzie w porządku. Powiem jej: zobacz, zarobiłem trochę, wszystko będzie dobrze".

Nie zdążył sprawdzić, czy metoda zadziała - Rose zmarła z przedawkowania środków uspokajających. "Miałem 22 lata, wszyscy mnie opuścili, zjeżdżałem prosto na sam dół - wspominał Al. - Tylko literatura mnie ratowała. W tamtych czasach nie można było mnie zobaczyć bez książki w ręku". Nie dodawał, że w drugiej ręce zazwyczaj tkwiła butelka.

Był wściekły, wrażliwy i ambitny - miał wszystko, by osiągnąć sukces. Po paru latach, które spędził na teatralnej scenie, zaczęli zerkać w jego kierunku hollywoodzcy agenci. Odrzucił 11 propozycji, by  w końcu zabłysnąć w swym filmowym debiucie - "Narkomanach" z 1971 r. Zrobił wrażenie tak duże, że to właśnie jego twarz miał przed oczami Francis Ford Coppola, gdy rozmyślał, komu powierzyć rolę Michaela Corleone.

"Nikt nigdy nie zabiegał o mnie tak, jak Francis. Zależało mu, bym zagrał dużo bardziej, niż mnie samemu" - wspominał Pacino. Na pierwszy dzień testów ekranowych przyszedł skacowany, zapominał tekstu i niemrawo improwizował swoje kwestie. Wytwórnia, od początku niechętna jego kandydaturze, domagała się zmiany aktora. Dzięki uporowi reżysera i talentowi objawionemu w bardziej dynamicznych scenach Al w końcu dostał zielone światło. "Po tygodniu wytwórnia chciała mnie wylać - uważali, że w ogóle nie gram. Na szczęście kolejnego dnia była scena strzelaniny w restauracji, gdy Michael po raz pierwszy staje się mordercą - po niej postanowili mnie jednak zatrzymać". 

Za "Ojca chrzestnego" Pacino dostał swoją pierwszą nominację do Oscara, ale nie pojawił się na rozdaniu, gdyż uznał, że zasługuje na nominację w roli pierwszo-, nie drugoplanowej. "Byłem wtedy bardzo gniewnym człowiekiem" - tłumaczył po latach z lekkim zażenowaniem. Na kolejne gale już docierał - przez siedem lat zdobył pięć nominacji, wszystkie za role główne. "Pod koniec czułem się jak bokser w rundzie ósmej, wycieńczony w rogu ringu" - mówił.

Przyznaje też, że  z lat 70. niewiele pamięta. Wyjątkiem jest scena jak z gangsterskiego filmu, gdy by namówić go do udziału w "Ojcu Chrzestnym II", szefowie wytwórni... oferowali mu milion dolarów w blaszanym pudełku. Przekonały go nie pieniądze, a scenariusz i reżyser. Znów był świetny, ale kłopoty z nałogiem stawały się coraz bardziej widoczne. Gdy w 1977 r. przyjaciel powiedział mu, że naprawdę przesadza z alkoholem, Pacino, jak to Pacino - zareagował radykalnie. Zerwał z procentami i butelki nie tyka do dziś.

Razem z alkoholem odpłynęła gdzieś i wena, czy może raczej dobra passa. Al zaliczył kilka wpadek, chociaż jego brawurowa rola w "Człowieku z blizną" z 1983 r. uchodzi dziś za jedną z najlepszych w karierze, a i wtedy przyciągnęła do kina publiczność.

Tak czy inaczej Pacino był zmęczony. Spakował walizki i z zabałaganionego niewielkiego mieszkanka ("Składało się z małej i obdartej kuchni, sypialni, w której dominowało niepościelone łóżko, łazienki z cieknącym klozetem oraz salonu, który mógłby zagrać w niskobudżetowej sztuce o zubożałym mieszczaninie. Znałem ludzi naprawdę ubogich, którzy żyli w lepszych warunkach" - opisywał jego lokum dziennikarz) przeniósł się do domu na bliskiej Nowego Jorku prowincji.

Towarzyszyła mu Diane Keaton, z którą bywał i nie bywał od momentu, gdy poznali się na planie "Ojca chrzestnego" i dla której rzucił aktorkę Jill Clayburgh, choć był z nią związany od lat. "To było coś cudownego - opowiadał. - Nikt mnie nie popędzał, nikt niczego nie wymagał. Czułem się zadowolony". Wreszcie miał czas, by grać w teatrze, za czym tęsknił, odkąd pochłonął go film.

Jest jednym z tych aktorów, którzy gdy żalą się na swój brak edukacji, mają na podorędziu trzy cytaty  z Szekspira. "W tamtym czasie grałem w naprawdę ważnych sztukach, tymczasem w prasie pisano, że wróciłem do teatru, bo przestało mi iść w kinie! Tak właśnie postrzegany jest teatr" - wzdychał. Jego rozbrat z Hollywood nie odpowiadał nie tylko filmowej publiczności, ale też Keaton, która po prawie 5 latach pomachała mu przed nosem scenariuszem "Morza miłości": "Jeśli wydaje ci się, że będziesz znów w stanie zamieszkać w tanim pokoiku wczynszowej kamienicy, to jesteś w błędzie. Za długo byłeś bogaty, kotku. Wydaje ci się, że cały czas jesteś na liście najpopularniejszych aktorów? Nie jesteś. Musisz wrócić do kina, bo zupełnie cię skreślą".

"Morze..." okazało się sukcesem i Pacino znów wskoczył na wysoką falę: trzecia część "Ojca chrzestnego", zasłużony Oscar za "Zapach kobiety", wyczekany duet z De Niro w "Gorączce"... Tym razem nie zamierzał nigdzie znikać, zwłaszcza, że zmieniła się jego życiowa sytuacja.

W 1989 r. urodziła mu się córka z krótkiego związku z nauczycielką aktorstwa Jan Tarrant, a w 1997 r. dwoje bliźniąt z aktorką Beverly D’Angelo. Po rozstaniu z ich matką Pacino zarabiał, by kursować między Wschodnim Wybrzeżem, gdzie mieszka, a Los Angeles, gdzie żyły jego dzieci. Tym bardziej, że za każdą godzinę widzenia z nimi musiał płacić ich matce. "Wiedziałem, że nie chcę być jak mój ojciec. Chciałem być obecny w życiu moich dzieci. A one zmieniły wszystko. Kiedyś chodziłem z głową w chmurach, aktorstwo było dla mnie wszystkim. Teraz jest tylko niewielką częścią" - mówił, ale trudno w to uwierzyć.

Odkąd wrócił na srebrny ekran, grywa co najmniej w jednej produkcji rocznie, a wiemy już, że drugoplanowe role nie są dla niego. Po niedawnym "Irlandczyku" (dziewiąta nominacja!) od razu przeniósł się na plan "Hunters", serialu  o łowcach nazistów, który możemy już oglądać na platformie Amazon Prime.

AP

***Zobacz także***

Życie na Gorąco Retro

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Al Pacino

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje