"Idź na całość": Ten program oglądało 10 mln widzów

Meble, futra, samochody. W turnieju "Idź na całość" wygrywano wspaniałe nagrody. - Wybieraliśmy do gry tych, którzy lubili ryzyko. Wtedy było ciekawie - mówi nam Zygmunt Chajzer.

Zygmunt Chajzer chętnie wraca myślami do programu "Idź na całość"

Ten program był Zygmuntowi Chajzerowi po prostu pisany. Znany dziennikarz, aby dorobić do pensji, wyjeżdżał w latach 80. do Berlina Zachodniego. Tam pracował fizycznie, a wieczorami oglądał teleturniej, w którym wygrywało się cenne nagrody. To była niemiecka wersja programu "Idź na całość".

Publiczność na baczność

Reklama

10 lat później, w 1997 roku, dziennikarz dowiedział się o castingu do nowego teleturnieju. - Byłem w szoku, gdy się zorientowałem, że to program, który tak lubiłem oglądać w Niemczech - opowiada Zygmunt Chajzer. Czuł, że "Idź na całość" może być sukcesem, ale z początku nic na to nie wskazywało.

- Mieliśmy nagrywać pierwszy odcinek, a tu tiry ze scenografią ściągniętą z Niemiec utknęły na granicy i do końca nie wiedzieliśmy, czy dojadą na czas. Na domiar złego nie było chętnych do udziału w programie. Gdy pierwszy raz, z duszą na ramieniu, wyszedłem na scenę, to oniemiałem. Naprzeciw siebie miałem rzędy ostrzyżonych młodzieńców siedzących na baczność - wspomina prowadzący. Okazało  się, że producent Włodzimierz Wróblewski w desperacji ściągnął do studia jednostkę wojskową. I program wygrał jeden z żołnierzy. Poprosił, aby wielki karton słodyczy, które otrzymał w nagrodę podzielić na dwie części. Jedną wysłał do domu, a drugą obdarował kolegów, którzy ucieszyli się też z wygranego radiomagnetofonu.

W pierwszym odcinku nagrody były jeszcze skromne, ale potem znalazło się mnóstwo sponsorów.

Widownia skandowała

Meble, biżuteria, futra, skutery, a nawet samochody - to przyciągało tysiące chętnych. Reguły były proste. Niekiedy grał jeden uczestnik, a czasem kilku. Ten, kto po kilku rundach zdobył najwyższą wygraną, dostawał się do finału. Mógł zrezygnować i zachować zdobyte nagrody albo zaryzykować. Wówczas musiał wskazać jedną z trzech bramek. Jeśli był w niej czerwony kot Zonk (w czarnym worku), zawodnik tracił wszystko.

Uczestnicy często ryzykowali i typowali bramki. Zachęcało ich do tego skandowanie widowni: "Idź na całość! Idź na całość!". Poza tym o maskotce kota Zonka marzyły wszystkie dzieci. - Dlatego nawet, gdy ktoś przegrał, to i tak się bardzo cieszył, że zawiezie Zonka swojemu dziecku - opowiada Zygmunt Chajzer.

Zawodnicy bywali groźni

- Myśmy takich ryzykantów szukali - przyznaje Zygmunt Chajzer. - Przed nagraniem odcinka rozmawialiśmy z każdą z 300 osób z widowni. Wybieraliśmy te, które były odważne i miały coś ciekawego do powiedzenia.

Uczestnicy, aby zwrócić na siebie uwagę, wzorem amerykańskiego odpowiednika programu (tam, w latach 60. powstał ten teleturniej) chętnie się przebierali. Jedni byli zabawni, inni groźni. - Pewien mężczyzna założył strój kowala i bez żadnego trudu wniósł do studia 50-kilogramowe kowadło. Do tego miał ciężki młot, którym walił co sił, ilekroć przechodziłem obok niego. Widząc, że to nie przelewki, w końcu go wybrałem. Ale nie wygrał niczego cennego - mówi nam pan Zygmunt.

W jednym z odcinków zaprosił do gry mężczyznę, pana Zbyszka, przebranego za... małego fiata. Prowadzący dopiero po chwili zorientował się, że imitacja czerwonej karoserii zakrywa wózek inwalidzki. - I proszę sobie wyobrazić, że pan Zbyszek wygrał dużego fiata właśnie w tym kolorze! A sponsor dostosował go do potrzeb osoby niepełnosprawnej. Był jednak problem, bo zwycięzca nie miał pieniędzy na podatek, stanowiący 10 procent wartości auta - wspomina Zygmunt Chajzer. Z pomocą panu Zbyszkowi przyszli koledzy z pracy. Zrobili zrzutkę i zapłacili podatek.

A prowadzący się targował

Dodatkową atrakcją programu było to, że Zygmunt Chajzer targował się z uczestnikami. W pewnym momencie wyciągał gruby portfel i proponował, że zapłaci np. 3 tysiące złotych, jeśli uczestnik przerwie grę i zrezygnuje z odkrycia bramki. - W związku z tym, że miałem tyle gotówki, byłem uważany za milionera - śmieje się dziennikarz.

Program prowadził przez trzy lata. W tym czasie wygrało w nim blisko 2,5 tysiąca osób. Teleturniej już miesiąc po emisji był absolutnym hitem, który oglądalnością przebijał nawet "Wiadomości". W szczytowym okresie śledziło go 10 milionów widzów. Później, przez rok, show prowadził Krzysztof Tyniec. Również w innych krajach format cieszył się gigantyczną popularnością.

Niedawno pojawiła się informacja, że może powstanie jego nowa wersja. Czy gdyby tak się stało, Zygmunt Chajzer chciałby znów prowadzić teleturniej? - Bardzo chętnie - mówi dziennikarz - bo jestem przekonany, że również dzisiaj byłby to prawdziwy hit!

Katarzyna Ziemnicka

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Przypomnijmy, że teleturniej "Idź na całość" emitowany był w Polsacie w latach 1997-2001. W programie uczestnicy wybrani przez prowadzącego z grona osób zgromadzonych w studiu grali o nagrodę, typując bramkę, w której może się ona znajdować. Mogli wygrać też nagrodę-niespodziankę lub przegrać, co symbolizowała maskotka Zonk. W połowie 2016 roku, po 15 latach nową odsłonę kultowej produkcji przygotowywała telewizyjna Czwórka, jednak nie udało się pozyskać sponsorów, którzy fundowaliby nagrody.

"Let's Make A Deal" nadawany jest wciąż  w Stanach Zjednoczonych przez sieć CBS, a program został  uznany za jeden z dziesięciu najlepszych teleturniejów wszech czasów. Doczekał się łącznie 55 edycji, w dwudziestu państwach.


Dowiedz się więcej na temat: Zygmunt Chajzer | Idź na całość

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje