Reklama

"Wszystko wszędzie naraz". Śmierć, podatki i multiświat [recenzja]

Kadr z filmu "Wszystko wszędzie naraz" /materiały prasowe

Śmierć i podatki to jedyne pewne rzeczy na tym świecie, jak mawiał Benjamin Franklin. "Wszystko wszędzie naraz" literalnie traktuje o podatkach i śmierci. Jest też czymś więcej. Jest o wszystkim naraz. Wyobraźcie sobie, że Rick i Morty przenoszą się do "Matrixa", "Kill Bill" idzie na randkę z "Miniari", a wszystko kończy się w duchu "Lady Bird". Taki jest właśnie film duetu Daniels. To szalone, świeże i idealnie przyprawione filmowe amerykańsko-azjatyckie danie fusion.

Dan Kwan i Daniel Scheinert, znani jako Daniels, pokazali, jak powinien wyglądać czwarty "Matrix", gdyby siostry Wachowskie nie były tak bardzo zblazowane. Czym jest film "Wszystko wszędzie naraz"? Łatwiej zapytać, czym nie jest. Zaczyna się niepozornie. Oto posiadająca pralnię rodzina Wangów udaje się do Urzędu Skarbowego, by wyjaśnić wątpliwości podatkowe. Wizyta w najnudniejszym i jednocześnie najbardziej przerażającym miejscu na ziemi zamienia się w rollercoaster w multiuniwersam, podróżami w czasie i humorem, który zadowoliłby nawet Ricka Sancheza. Film produkują bracia Russo od dwóch "Kapitanów Ameryki" i dwóch "Avengersów", więc autoironiczna szpila wbita w prawidła gatunku ma rozmiary kciuka samego Thanosa.

Reklama

"Wszystko wszędzie naraz": O co tu chodzi?

Evelyn Wang (Michelle Yeoh) jest sfrustrowaną imigrantką z Chin, która razem z dziecinnym mężem Waymondem (Ke Huy Quan) prowadzi biznes, który wypełnia stereotyp o Azjatach. Jej ojciec (James Hong) kiedyś się jej wyrzekł, a dziś mieszka w ciasnym lokum, przyklejonym do klasycznej amerykańskiej pralni z maszynami na żetony. Waymond chce się rozwieść, mentalnie uwiązany do Chin ojciec potępia amerykański styl życia rodziny, zaś wiecznie zbuntowana nastoletnia córka Joy (Stephanie Hsu) przyprowadza swoją dziewczynę Becky (Tallie Medel). Nad firmą wisi miecz Urzędu Skarbowego, reprezentowanego przez urzędniczkę o twarzy Jamie Lee Curtis.

Gdy Evelyn czuje, że rzeczywistość ją zupełnie przygniata, pojawia się alternatywna wersja Waymonda, pochodząca z innego uniwersum. Mąż z innego wymiaru przekonuje ją, że istnieje wiele alternatywnych światów, które się przenikają, a Evelyn ma misję ich uratowana. Evelyn jak Neo bierze więc pigułkę w postaci dziwacznych słuchawek i "głupiego zachowania", które uruchamia alternatywną rzeczywistość i wjeżdża na pełnym gazie w świat, przy którym gonitwa Jima Carreya i Kate Winslet w "Zakochanym bez pamięci" jest przejrzystą i prostą igraszką.

List miłosny do wielu filmowych gatunków

Jest "Wszystko wszędzie naraz" listem miłosnym do wielu filmowych gatunków. Od czasu mojego ulubionego, podwójnego filmu Quentina Tarantino "Kill Bill" nie widziałem tak radosnej, niewyrachowanej i bezpretensjonalnej zabawy formą. Kung-fu, kosmiczne sci-fi i komiksowi superbohaterowie mieszają się z opowieścią o dojrzewaniu i buncie. Wszystko jest podlane humorem rodem z "Ricka i Mortiego". Mamy więc uniwersum ludzi z wielkimi parówkami zamiast palców, a kucharz Ratatuj jest Szopem (piękna parodia "Strażników Galaktyki").

Michelle Yeoh kapitalnie się bawi się swoim wizerunkiem z "Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka". Ma komediowy timing i uroczo parodiuje pamiętne powietrzne walki z baletu Anga Lee. Ba, pojawiają się tutaj nawet samotne kamienie, rozmawiające ze sobą na pustyni i widzące wszystko jak pieniek z "Twin Peaks" Lyncha. Oświetlone zostają przez neony Hongkongu, który wciąga w wir gargantuicznego... bajgla z posypką. Monty Python w pełni? Nie, bo groteska i absurd mają w finale zaskakująco głęboki i bardzo amerykański wymiar. 

"Wszystko wszędzie naraz" jest filmem z piękną choreografią (Andy and Brian Le) oraz energetycznymi zdjęciami Larkna Seiple, które wyciągają istotę kina kung-fu. Tyle, że tutaj zamiast noży latają... dilda. Duet Daniels trzyma cały ten chaos i rollercoasterową zabawę gatunkową w ryzach, co nie dziwi w przypadku autorów przewrotnego "Człowieka-scyzoryka". Nie wychodzą poza ugruntowany postmodernizm, ale urokliwie podlewają go retro klimatem z czasów świetności Jackie Chana. Ba, znajdziemy tutaj nawet neo-noir rodem z Wong Kar-Waia.

Jednak ich film nie jest tylko efektowną komedią, azjatycką kopaniną i pastiszem kina superbohaterskiego. Multiwersowe boje Evelyn i nastoletniej Joy (przełomowa rola Hsu) są szczerze poruszające. Teledyskowy chaos, zdumiewające podróże między kosmosem, a pralnią na amerykańskiej prowincji nie przesłaniają mądrej opowieści o relacji matki i córki, z pragnącym wszystko skleić dobrodusznym ojcem w tle.

Dlatego porównuję "Wszystko wszędzie naraz" do przenikliwej "Lady Bird" Grety Gerwig. Oba filmy mówią z równą mądrością o wojnie zaborczej i kochającej matki z potłuczoną, zbuntowaną, ale również poszukującą miłości córką. Oba opowiadają o dziedziczeniu rodzicielskich błędów, konflikcie pokoleń i rewolucji seksualnej. Oba mówią też o zderzeniu brutalnej rzeczywistości z mitem amerykańskiego snu. Snu uszytego między innymi przez autora słów o podatkach i śmierci. Dobrze, że miłość śmierć pokonuje. O tym też jest ten spektakularny film.

9/10

"Wszystko wszędzie naraz", reż. Dan Kwan , Daniel Scheinert, USA 2021, dystrybutor: Best Film, premiera kinowa: 15 kwietnia roku.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Wszystko wszędzie naraz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy