Reklama

46. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Reklama

Gdynia 2021: Netflix przejmuje władzę? LGBT na tapecie

Najlepszymi, najbardziej profesjonalnie zrealizowanymi i najsolidniejszymi filmami tegorocznej edycji Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni okazały się dwie produkcje Netfliksa: "Hiacynt" Piotra Domalewskiego i "Prime Time" Jakuba Piątka. Obydwa podejmują tematykę mniejszości seksualnych.

Hubert Miłkowski, Marek Kalita i Tomasz Ziętek w filmie "Hiacynt"

46. edycja Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych zbliża się do półmetka, lecz wciąż trudno wskazać tytuł, który wydawałby się murowanym kandydatem do Złotych Lwów. W zbiorowym oczekiwaniu na środowy seans polskiego kandydata do Oscara - "Żeby nie było śladów" Jana P. Matuszyńskiego - mogliśmy zobaczyć w Gdyni dwie produkcje platformy streamingowej Netflix.

"Hiacynt": Homoseksualiści w PRL-u

"Hiacynt" Pawła Domalewskiego to rozgrywająca się w połowie lat 80. XX wieku sensacyjna historia młodego milicjanta (w tej roli przypominający Alaina Delona Tomasz Ziętek), który na własną rękę próbuje rozwikłać kryminalną zagadkę krążącą wokół niesławnej akcji "Hiacynt", wymierzonej w środowisko homoseksualistów. Podobnie jak w innej produkcji Netfliksa, serialu "Rojst '97", osią fabuły "Hiacynta" jest opór jednostki wobec skorumpowanego systemu władzy, tłem ekranowych wydarzeń jest zaś wiarygodnie odtworzony klimat tamtych czasów.

Reklama

To właśnie portret środowisk homoseksualnych, mimo iż jest tylko pretekstem kryminalnej intrygi "Hiacynta", stanowi o obyczajowej sile filmu Domalewskiego. I nawet jeśli uczuciowa relacja, która połączy młodego milicjanta Ziętka z zamieszanym w pewien kryminalny proceder studentem (Hubert Miłkowski) okaże się niezbyt wiarygodna, to i tak w "Hiacyncie" zobaczymy bezprecedensowy w polskim kinie żywy portret ukrywającego się środowiska z jedną z najlepszych scen domowej imprezy od lat (w głównych rolach brylują tu, obok Ziętka, Sebastian Stankiewicz i Tomasz Włosok).

"Hiacynt" zawdzięcza swoją siłę nie tylko solidnej reżyserii Piotra Domalewskiego, lecz także wspaniałym rolom drugoplanowym. Marek Kalita w roli despotycznego ojca i przełożonego głównego bohatera jest jednym z kandydatów do aktorskiej nagrody za drugi plan, nie ustępuje mu także milicyjny partner bohatera Ziętka - wspaniale osadzony w klimacie tamtych lat, trudny do rozpoznania Tomasz Schuchardt. Do tego epizodyczny udział Jacka Poniedziałka, którego ekranowa widownia będzie mogła zobaczyć w scenie gejowskiej orgii.

Jeśli zaś mówimy o scenach seksu - Tomasz Ziętek przyznał w rozmowie z Interią, że intymne zbliżenie z Hubertem Miłkowskim było pierwszą w jego karierze rozbieraną sceną, nad którą pracował z koordynatorem od spraw seksu. To pokazuje, że  Netflix nie tylko poważnie traktuje swoich widzów, lecz także, czego już nie widać na ekranie, dba o komfort pracy aktorów.

"Prime Time": Osobisty dramat homoseksualisty

Tematyka LGBT stanowi również tło kolejnej walczącej o gdyńskie Złote Lwy produkcji Netfliksa - "Prime Time" Jakuba Piątka. To oparta na faktach historia młodego chłopaka (w tej roli Bartosz Bielenia), który w sylwestrową noc przełomu wieków z bronią w ręku dostaje się do studia telewizyjnego i przerywa program na żywo, biorąc dwójkę zakładników - prowadzącą show gwiazdę telewizji (Magdalena Popławska) i ochroniarza budynku (Aleksander Kłak).

Pełnometrażowy debiut Jakuba Piątka, mimo iż jest przyzwoicie skonstruowanym sensacyjnym dramatem z wiarygodnie oddanym klimatem epoki, podobnie jak "Hiacynt", najlepiej sprawdza się jednak jako intymny portret jednostki skonfrontowanej z opresyjnym systemem. W tym wypadku jest nią instytucja telewizji - główny bohater żąda bowiem dla siebie czasu antenowego na wyłączność. To zaś, co chce przekazać milionom telewidzów i tej jednej, specjalnej dla niego osobie, sprawia, że "Prime Time" okazuje się nie tylko osadzoną w konkretnym czasie krytyką zakłamanych mass mediów, lecz przede wszystkim przejmującym dramatem homoseksualisty.

W tym kontekście główna rola Bartosza Bieleni nabiera dodatkowego znaczenia i bardziej niż kreacją szaleńca terroryzującego studio telewizyjne staje się głosem pewnego pokolenia - wykluczonego ze społeczeństwa, odtrąconego przez rodzinę i zdradzonego przez system. I tutaj właśnie, w intymnym dramacie jednostki, a nie w sensacyjnej otoczce filmu, tkwi największa siła "Prime Time".

"Mosquito State": Człowiek-Komar z Wall Street

Festiwalowi widzowie mogli także zobaczyć "Mosquito State" Filipa Jana Rymszy. To techniczny majstersztyk, wyróżniający się na tle walczących o Złote Lwy na 46. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych obrazów niespotykaną w rodzimym kinie wizualną wrażliwością. Niedostatki fabularne czynią jednak z ambitnego dzieła mieszkającego w Stanach Zjednoczonych reżysera zaledwie rodzaj hermetycznego artystycznego eksperymentu.

Rodzimej widowni Filip Jan Rymsza dał się poznać głównie jako producent ostatniego filmu Lecha Majewskiego "Dolina Bogów" oraz pomysłodawca i koordynator rekonstrukcji niedokończonego filmu Orsona Wellesa "Druga strona wiatru". Twórczość Lecha Majewskiego to idealny punkt odniesienia dla pełnometrażowego debiutu ambitnego twórcy - "Mosquito State" bardziej niż klasyczną ekranową fabułę przypomina wizualno-filozoficzną refleksję nad światem, dla której lepszym miejscem ekspozycji jest nie kinowy ekran, tylko ściana w galerii sztuki współczesnej.

Głównym bohaterem zrealizowanego w Nowym Jorku "Mosquito State" jest nieco odklejony od rzeczywistości Richard Boca - analityk danych z Wall Street (w tej roli znany z filmu "Super 8" amerykański aktor Beu Knapp), który w luksusowym apartamencie z zapierającym dech w piersiach widokiem na Central Park pracuje nad stworzeniem skomplikowanego algorytmu giełdowego. Kluczowym momentem fabuły filmu, a nawet jej punktem wyjścia, okazuje się jednak przypadkowe ukąszenie komara. Trochę jak w "Przemianie" Kafki - jednej z wyraźnych literackich inspiracji filmu - główny bohater przechodzi wewnętrzną przemianę, w której przejmuje punkt widzenia owada.

Artystyczny sukces "Mosquito State" zawiera się w pewnym zawieszeniu klasycznej kinowej fabularności. Kiedy bowiem Rymsza daje swoim bohaterom mówić, jego film niebezpiecznie ciąży w stronę niezależnego kina klasy B. Gdy zaś ścieżkę dźwiękową dominuje muzyka, "Mosquto State" przekomarza się w wysmakowany wizualnie teledysk, ciąg oszałamiających kadrów, będących świadectwem niezwykłej wrażliwości polskiego reżysera.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Gdynia 2021

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje