Jakie było największe wyzwanie twórcze przy przełożeniu tak abstrakcyjnego pomysłu na formę krótkiego filmu?
Alexandre Singh: - To naprawdę świetne pytanie. Myślę, że największym wyzwaniem było dla nas to, że było to zupełnie nowe medium. Pochodzimy ze świata sztuk wizualnych, a to jest pierwszy film, który wspólnie napisaliśmy i wyreżyserowaliśmy.
- W zasadzie wszystko było dla nas wyzwaniem. Ale jednocześnie było to niesamowite doświadczenie, bo przy tworzeniu filmu zawsze powstaje pewnego rodzaju rodzina. To bardzo zespołowe medium i mieliśmy ogromne szczęście pracować z tak wspierającą ekipą.
Natalie Musteata: - Myślę też, że nie dalibyśmy rady bez naszych fantastycznych producentek - Violetty Kramer i Valentiny Merli - oraz bez znakomitej obsady, zwłaszcza Zary Meir, której dziś tu z nami nie ma, bo właśnie urodziła dziecko. Ten film jest absurdalną historią z poczuciem humoru, ale opowiada też o ciemniejszych momentach naszej historii jako społeczeństw, które zresztą przeżywamy również dziś. Zamknięcie tego wszystkiego w 37-minutowym filmie - jak na krótki metraż to dość długi czas - było trudne.
- Niedawno słuchałam, jak Guillermo del Toro mówił o kinie. Powiedział, że film polega na budowaniu świata i emocji jednocześnie. I właśnie to próbowaliśmy zrobić. Po latach pracy w sztukach wizualnych chcieliśmy stworzyć film, który łączy te dwa elementy.
Czy możecie opowiedzieć, jak udało wam się zaangażować do filmu takie nazwiska jak Vicky Krieps, a później jako producentki wykonawcze Julianne Moore i Isabelle Huppert?
Natalie Musteata: - To był jeden z najbardziej magicznych momentów całej tej przygody.
Alexander Singh: - Szczerze mówiąc, po prostu zrobiliśmy coś bardzo szczerze i bez kalkulacji. Nigdy nie wyobrażaliśmy sobie, że znajdziemy się tutaj. Po prostu kochamy kino. Uważamy - jak wielu przed nami - że film jest maszyną do budowania empatii. Myślę też, że stworzyliśmy coś trochę "ostrego", w interesujący sposób. Podczas zdjęć i montażu pilnowaliśmy, żeby nie wygładzać naszych pomysłów, nie ścinać ich ostrych krawędzi. I chyba właśnie to przyciągnęło te aktorki.
Natalie Musteata: - Dodałabym jeszcze jedną rzecz: nie należy bać się po prostu zapytać. Ludzie częściej mówią "tak", niż się spodziewamy.
Mam pytanie o waszą decyzję, by film nakręcić w czerni i bieli. Czy była ona podyktowana tematyką filmu, czy raczej klasycznym charakterem domu towarowego, w którym rozgrywa się akcja?
Alexander Singh: - To była jedna z najwcześniejszych decyzji, jakie podjęliśmy. Kochamy wiele filmów czarno-białych, ale tutaj to rozwiązanie bardzo pasowało do tematu. Akcja filmu rozgrywa się w świecie, w którym ludziom nie wolno się całować, a intymność została właściwie usunięta z życia społecznego. Odebranie kolorów było więc naturalnym wyborem. Poza tym pochodzimy ze sztuk wizualnych i zawsze zaczynamy od ołówka i papieru, więc czarno-biała estetyka była dla nas czymś bardzo naturalnym.
Natalie Musteata: - Czerń i biel ma też pewną szczególną właściwość - jest trochę jak zdjęcie rentgenowskie. W czerni i bieli nie da się niczego ukryć. Kolor potrafi rozpraszać. Czarno-biała forma daje większą czystość kompozycji i formy. A przy filmie krótkometrażowym - zwłaszcza kiedy nie masz możliwości przebudowania całego domu towarowego na planie w środku nocy, jak w naszym przypadku - czerń i biel bardzo pomaga.
Jak się czujecie, będąc częścią historii Oscarów?
Alexander Singh: - To spełnienie marzeń. Uwielbiamy wiele filmów, które były w tym roku nominowane. Ktoś na Reddicie zapytał nas nawet, czy bylibyśmy gotowi podzielić się nagrodą. Odpowiedzieliśmy: oczywiście! Chętnie podzielilibyśmy ją z innym filmem, który jest równie piękny, choć zupełnie inny.
Natalie Musteata: - Jesteśmy też trochę fanami Oscarów, więc nawet rozmawialiśmy o tym, że coś takiego mogłoby się wydarzyć - ale nigdy nie wyobrażaliśmy sobie, że naprawdę się wydarzy.












