Linda (Rose Byrne) pracuje jako terapeutka, ale większość czasu zabiera jej opieka nad córką. Dziewczynka cierpi na niesprecyzowaną chorobę psychosomatyczną, przez którą musi być karmiona poprzez sondę. Jeśli boicie się, że to kolejny z filmów, w którym bohaterka pokonuje wszystkie problemy dzięki sile matczynej miłości, uspokajam - to nie ten adres. Linda jest stargana życiem, a na skraju załamania nerwowego była w lepszych czasach. Jej córka wymaga i domaga się ciągłej uwagi. W dodatku jest krnąbrna i histeryczna.
Jakby tego było mało, życie Lindy dosłownie się wali. Z powodu ogromnej dziury w suficie musi opuścić mieszkanie i zatrzymać się na nieokreślony czas w tanim motelu. Jej mąż, kapitan statku, wyruszył w długi rejs, w rozmowach przez telefon tylko ją krytykuje, a zamiast udzielić wsparcia, proponuje złote rady na wszystko. Pacjenci zarzucają ją swoimi problemami i oczekują cudów. Z kolei kolega po fachu, który prowadzi superwizję Lindy, nie ukrywa, że powoli ma jej dosyć. Kobieta marzy o chwili spokoju, ale los nie raczy spełnić jej życzenia. Pozostaje jej przepełniona frustracją i tłumioną agresją egzystencja, od której chwilową i niezbyt satysfakcjonującą ucieczką okazują się alkohol i narkotyki.
"Kopnęłabym cię, gdybym mogła". Od pożaru do pożaru
Od pierwszych sekund filmu Linda nie może odetchnąć, a widz razem z nią. Kamera przez długi czas trzyma się bardzo blisko twarzy bohaterki. Ten prosty i zarazem efektowny zabieg świetnie ukazuje jej przytłaczającą codzienność. Natomiast jej córki nie widzimy w ogóle. Do pewnego czasu możemy nawet zastanawiać się, czy istnieje ona naprawdę. Czy nie jest tylko złym duchem, który prześladuje bohaterkę dla swojej sadystycznej przyjemności? Macierzyństwo nie jest dla Lindy usłanym różami spełnieniem marzeń. To ciągła walka, na którą terapeutka się nie pisała. A za wszystkie poświęcenia nie usłyszy nawet prostego "dziękuję".
Zamknięta w klaustrofobicznym kadrze Linda z każdą sekundą zmaga się z kolejnymi problemami przy akompaniamencie głosów z offu - męża, córki i jej lekarzy, terapeuty i swoich pacjentów. Fabuła to jazda bez trzymanki, podczas której kobieta stara się oderwać od swoich obowiązków, często przy pomocy nie do końca legalnych substancji. Im gorzej się czuje, tym więcej miejsca w jej postrzeganiu rzeczywistości zajmują przerażające wizje, dotyczące osób i miejsc, które powinny być kojarzone z miłością i bezpieczeństwem.

"Kopnęłabym cię, gdybym mogła". Wgląd w rozkołatane wnętrze bohaterki
Bronstein zaprasza widza na bardzo intensywną podróż, z której wyjdziemy zmordowani niemniej od Lindy. Nie jest to jednak wada filmu. "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" pochłania widza w pełni dzięki przemyślanej i konsekwentnie prowadzonej stronie formalnej. Reżyserka jest prywatnie związana z Ronaldem Bronsteinem, stałym współpracownikiem braci Safdie (scenariusz, montaż i produkcja "Wielkiego Marty'ego" przyniosły mu w tym roku trzy nominacje do Oscara). Można zażartować, że oboje dobrali się świetnie pod względem filmowego temperamentu. Jeśli porównać "Kopnęłabym…" z "Wielkim Martym", widać jednak istotną różnicę.
W perypetiach ambitnego sportowca wszystko gna dziko przed siebie razem z hiperaktywnym bohaterem. On sam jest w ciągłym ruchu, ale wraz z nim biegną inni, nawet scenografia i rekwizyty wydają się nie stać w miejscu. Szczególnie czuć to w drugim akcie filmu. Tymczasem w przypadku Lindy rozdygotana jest przede wszystkim bohaterka. Na ekranie nie buzuje otaczające ją środowisko, tylko kumulujące się w niej emocje. Gromadzący się w niej ciężar jest odczuwalny od pierwszej minuty seansu. I z każdą kolejną jest coraz bardziej przytłaczający.

"Kopnęłabym cię, gdybym mogła". Wielka rola Rose Byrne
Piorunującego wrażenia, jakie robi film Bronstein, nie udałoby się osiągnąć bez wcielającej się w główną bohaterkę Rose Byrne. Aktorka otrzymała za swój występ Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie i Złoty Glob oraz nominacje do najważniejszych nagród. Trudno się dziwić, dlaczego tak się stało. W przeszłości Byrne często wcielała się w neurotyczki, które nie potrafiły opanować otaczającego ich świata (ostatnim razem między innymi w świetnym serialowym komediodramacie "Platoniczna przyjaźń"). Grając Lindę, doprowadza wypracowaną przez lata manierę do ekstremum, nigdy nie przekraczając jednak granicy histerii lub braku wiarygodności. Jej bohaterka wzbudza jednocześnie skrajnie różne odczucia - trudno jej nie współczuć, jeszcze trudniej nie mieć jej dosyć. To wybitna rola i cieszę się, że została ona doceniona.
"Kopnęłabym cię, gdybym mogła". Genialny film, który wymęczy widzów
Bronstein umiejętnie skacze między różnymi konwencjami. Raz zaprasza nas na absurdalną komedię, którą przerywa wizją rodem z horroru, innym razem na męczący thriller psychologiczny, by w pewnym momencie uciąć go sekwencją z demonicznym chomikiem. "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" nie jest filmem na spokojny wieczór. To seans, który wykręci widza we wszystkie strony, potem przejedzie nim po żwirze, a na koniec wrzuci w krzak dzikiej róży. Będzie bolało, a najdziwniejsze jest to, że po wszystkim powiemy: "to było wspaniałe".
8/10
"Kopnęłabym cię, gdybym mogła" (If I Had Legs I'd Kick You), reż. Mary Bronstein, USA 2025, dystrybucja: Best Film, premiera kinowa: 20 lutego 2026 roku










