Reklama

Reklama

Wojciech Mecwaldowski: Świat w krzywym zwierciadle

- Dla mnie była to swego rodzaju terapia z rzeczy, które we mnie siedziały, ale nigdy, na szczęście, nie wyszły - tak o swojej roli w komedii "Juliusz" mówi Wojciech Mecwaldowski.

Wojciech Mecwaldowski na przedpremierowym pokazie "Juliusza" we Wrocławiu, Nowe Horyzonty 2018

Dla aktora film Aleksandra Pietrzaka to nie tylko opowieść o zabawnych perypetiach 30-letniego pechowca, ale też wnikliwy obraz tego, co tkwi w nas samych. - Podczas premiery niektórzy się śmiali, niektórzy płakali, a niektórzy tak się śmiali, że aż się popłakali - przekonuje.

Adrian Luzar, Interia: "Juliusz" to komedia, która pokazuje nas, Polaków, w nowym świetle. Czy twoim zdaniem umiemy się śmiać sami z siebie? Czy wolimy się śmiać z cudzych historii?

Wojciech Mecwaldowski: - Myślę, że Polacy umieją się śmiać sami z siebie, czego dowodem są filmy Barei, Koterskiego czy Pietrzaka właśnie. Każdy z nich opowiada o "pięknych naszych". Ale polskie poczucie humoru rzeczywiście jest specyficzne i nie bawi każdego. A już szczególnie nie bawi tych, którym pechowe sytuacje, takie jak te w "Juliuszu", się przydarzają. Polak czasem lubi się śmiać, jak widzi, że komuś noga się powinęła i się fajnie wywalił. Nie, żeby się coś komuś stało, ale żeby było to efektowne. "Juliusz" to jednak dowód, że potrafimy też z dystansem patrzeć na własne wady - podczas premiery niektórzy się śmiali, niektórzy płakali, a niektórzy tak się śmiali, że aż się popłakali.

Reklama

Jak przyznawałeś w jednym z wywiadów, dla ciebie "Juliusz" był filmem na swój sposób przełomowym...

- Gdy przeczytałem scenariusz, od razu wiedziałem, że muszę w tym zagrać. Po pierwsze dlatego, że lubię postrzegać świat w krzywym zwierciadle, to mój typ humoru. A po drugie dlatego, że to, co przeżywał Juliusz w jakiś sposób do mnie docierało. Czasem tak jest, że otrzymujesz scenariusz, który jest ci bardzo bliski - i nawet nie chodzi o opowiadaną historię, ale o emocje, które wywołuje. Choć wiedziałem, że jesteśmy z Juliuszem różni - czy to pod względem charakteru, czy relacji z najbliższymi - to czułem, że zrobienie tego filmu pomoże mi rozprawić się z pytaniami, które mnie trawiły. "Juliusz" był więc dla mnie swego rodzaju terapią z rzeczy, które we mnie siedziały, ale nigdy, na szczęście, nie wyszły.

Dla ciebie ten film to opowieść o...

- ... człowieku, który jest bardzo poukładany w swoim niepoukładaniu. To typ osoby, której wydaje się, że wszystko jest w porządku, ale z boku widać, że jego życie to jeden wielki chaos. Wydaje mi się, że każdy z nas albo przeżył coś takiego, albo jest w tym teraz, albo kiedyś będzie. To opowieść o tym etapie w życiu, kiedy wszystko się wali, ale pojawia się światło w tunelu - tym światłem w "Juliuszu" jest kobieta, Dorota. To też dla mnie opowieść o miłości, o przyjaźni i w dużym stopniu opowieść o relacji ojciec - syn...

I to relacji, której daleko do "normalności".

- Jest to trudna sytuacja - dwa koguty pod jednym dachem. Mam wrażenie, że to dużo bardziej skomplikowana relacja, niż relacja syn - matka, bo dla matki synek zawsze będzie synkiem. W tym przypadku mamy dwóch mężczyzn, którzy są do siebie podobni, ale jeden nie chce być taki jak drugi, a drugi nie chce pozwolić, żeby tamten był taki jak on.

Wcielający się w ojca Jan Peszek tworzy swoją postać w bardzo niestereotypowy sposób...

- Tak, w jego interpretacji to człowiek, który na ostatnim etapie życia przeprowadza autodestrukcję w sposób fantastyczny. Postanawia do końca swoich dni się bawić. Gdy na to patrzymy, z jednej strony pojawia się myśl, że to nie jest fajne, bo staruszek za dużo pije i sprowadza do domu kolejne kobiety, ale z drugiej strony, jak uświadamiamy sobie, że on jest w tym wszystkim szczęśliwy, ocena jego zachowania staje się znacznie trudniejsza.

Szczególnie w pamięć zapada scena, gdy ojciec pyta Juliusza, czy gdyby ten kibicował mu w wyścigu, to czy przed metą kazałby mu zwolnić czy przyspieszyć...

- Ja sam się nad tym pytaniem zastanawiałem. Na pierwszy rzut oka wydaje się oczywistym, że trzeba przyspieszyć... Ale ja bym poczekał z odpowiedzią do momentu, aż obrócę się za siebie. Bo jeżeli nie ma w tyle rywali, to zwolnię. A jeżeli są rywale - to dodam gazu. Juliuszowi jednak trudno w taki sposób myśleć o ojcu, bo cały czas zajęty jest sobą.

Nie sposób nazwać go szczęśliwym - to człowiek niespełniony, pechowy, nieradzący sobie ze swoją pracą w szkole. Ty z kolei często powtarzasz, że w aktorstwie się realizujesz...

- Tak, zupełnie nie czuję, że pracuję. Juliusz natomiast jako nauczyciel plastyki kocha to, że może uczyć dzieci, ale też widzi, że te dzieci kompletnie nie chcą się uczyć. Nie ma frajdy z pracy, choć jednocześnie tłumaczy się swojemu dyrektorowi jakby złapał Boga za nogi...

A potem słyszy od niego, że "dzień bez lekcji plastyki to nie koniec świata".

- Dlatego tak ciężko mu się odnaleźć - bo świat na każdym kroku udowadnia mu, że jest inny, niż to sobie wyobrażał.

Czy podczas przygotowań starałeś się szukać punktów wspólnych z Juliuszem?

- Nie... Staram się nie robić tak, by czerpać ze swoich emocji czy przeżyć i przekazywać je mojemu bohaterowi. Wolę uwierzyć, że Jan Peszek jest moim ojcem, niż szukać w nim własnego ojca... Ale już gdy czytałem scenariusz, czułem, że to, co przeżywa Juliusz jest bliskie mojej osoby. Rozumiałem go. Każdy z nas, podobnie jak on, ma czasem moment zawahania, gdy zastanawia się "o co w tym wszystkim chodzi".

Trochę jak Adaś Miauczyński - tylko kilkanaście lat później...

- Tak, Juliusz jest w pewnym stopniu podobny do Miauczyńskiego. Może nie ma tych jego natręctw, ale też boryka się sam ze sobą - łączy ich to wspomniane "niepoukładanie w swoim poukładaniu".

Na drodze Juliusza staje jednak Dorota - piękna lekarz weterynarii, która pomaga mu uporządkować rzeczywistość. Razem z grającą ją Anną Smołowik udało wam się stworzyć na ekranie niezwykłą relację. Jak nad tym pracowaliście?

- Z Anią była to nasza pierwsza współpraca - wcześniej minęliśmy się na planie "Ucha Prezesa" [aktorka grała tam żonę prezydenta, Agatę Dudę - red.], ale wtedy nie mieliśmy wspólnych scen.

Chcecie wiedzieć, co wydarzyło się podczas próby pomiędzy Anną Smołowik i Wojciechem Mecwaldowskim? Odpowiedź na następnej stronie!

Wojciech Mecwaldowski: - Zdjęcia próbne do "Juliusza" były więc dla nas ciekawostką, bo oprócz Ani do tej roli przesłuchiwano kilka aktorek i wiedzieliśmy, że musi między nami zaistnieć jakaś chemia. Gdy usiedliśmy do pracy nad sceną wydarzyło się jednak coś niezwykłego, bo nagle bardzo się zawstydziłem. Ania kompletnie mną zawładnęła. A reżyser i producenci momentalnie zobaczyli, jak przed ich oczami, na żywo rozgrywa się scena z "Juliusza".

- Na planie pracowało nam się świetnie, choć emocje, które pojawiają się w tym filmie są bardzo trudne. To nie były takie "ciepłe kapcie", tylko dość poważne sytuacje - jak relacja Juliusza z umierającym ojcem czy wizja samotnego macierzyństwa u Doroty. Gdy ludzie naprawdę przeżywają takie rzeczy, jest im niewiarygodnie ciężko. Cieszę się, że razem z Anią umieliśmy na planie czasem uspokoić emocje, dzięki czemu efekt na ekranie jest taki, jaki jest.

Poziom emocji w filmie świetnie kontroluje również reżyser, 25-letni Aleksander Pietrzak, dla którego to pełnometrażowy debiut.

- To bardzo utalentowany człowiek. Ja spotkałem się z nim po raz pierwszy podczas realizacji filmu krótkometrażowego "Mocna kawa wcale nie jest tak zła", gdzie miałem przyjemność grać z Marianem Dziędzielem - i to również była relacja ojciec - syn, bo wszystkie trzy filmy, które dotąd zrobił Alek tego dotyczą. To o tyle niezwykłe, że on sam ma doskonałą relację z własnym ojcem, a pokazuje takie, które są niewiarygodnie ciężkie. Już przy tamtym filmie zauważyłem, że to jest chłopak, który dokładnie wie, czego chce. Zażartowałem też, że będę grał w każdym jego filmie. To jak na razie wychodzi, choć gdy premierę miał "Ja i mój tata", rozdzwoniły się telefony z pytaniem "gdzie ja tam jestem?". Ponieważ Alek nie znalazł w tym projekcie żadnej roli dla mnie, wymyślił, by umieścić moje zdjęcie wśród kilkunastu zdjęć noworodków, które pojawiają się w jednej ze scen. W taki sposób "zagrałem" u niego po raz kolejny (śmiech).

- W "Juliuszu" przyszedł już moment na główną rolę, a kolejne projekty przed nami - bo zamierzam spełnić swoją obietnicę i pojawiać się w każdym jego dziele. A jak gdzieś podłożę jedynie paznokieć czy but, to będzie to zagadka dla widza - żeby mnie znalazł. Alkowi życzę natomiast pięknej kariery. I wiem, że o ile nie zwariuje, a nie zwariuje, bo jest na to za mądry, to zajdzie bardzo daleko. To, że "Juliusz" spotkał się z pozytywnym odbiorem wcale mnie nie dziwi. Choć przypuszczam, że gdyby Alek nie był debiutantem i robił "Juliusza" na własną rękę, byłby to trochę inny film. Na pewno nieco mroczniejszy...

W obecnej formie "Juliusz" to jednak klasyczna komedia. Ten gatunek często bywa traktowany jako odpowiednik "lekkiego kina". A czy Twoim zdaniem komedie mogą w nas coś zmieniać?

- Oczywiście, że tak. Robi to w swoich filmach m.in. wspomniany Marek Koterski. Pamiętam, że jak oglądałem w kinie "Dzień świra" to pomiędzy śmiechem miałem coraz mocniejsze poczucie, jakbym przyglądał się czemuś, co znam, ale nie wiem skąd... A następnego dnia przy śniadaniu paczka płatków kukurydzianych rozsypała mi się po podłodze dokładnie w taki sam sposób, jak Miauczyńskiemu. Dopiero wtedy doszło do mnie, co wczoraj zobaczyłem. I że te wszystkie momenty, w których chodziło mi po głowie "skąd ja to znam" - to były sytuacje z mojego życia. To był dla mnie szok. Ten film wiele rzeczy mi uświadomił i otworzył mi oczy na to, ile jest dookoła nas Adasiów, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, że są Adasiami.

W pracy słyniesz z bardzo dużego zaangażowania w role. Po "Dziewczynie z szafy" Bodo Koxa ponoć przez trzy lata wychodziłeś ze świata swojego bohatera - Tomka.

- To prawda. Spośród filmów, które dotąd zrobiłem, to właśnie "Dziewczyna z szafy", "11 minut" Jerzego Skolimowskiego i "Juliusz" były tymi, które najmocniej "przetargały" mnie emocjonalnie. Wydaje mi się jednak, że to obowiązek aktora, by tak się angażować i na planie nie być sobą, a tym, kogo się gra. Ktoś włożył dużo pracy w to, by stworzyć postać i moim obowiązkiem jest przygotować się do zagrania jej jak najlepiej. Dlatego zawsze, począwszy od kostiumów, przez scenografię - wygląd mieszkania czy przedmioty, aż po nawyki - staram się dawać swoje sugestie. To świadczy o mojej pracy. A jeśli na planie zastanawiam się, skąd się wziął jakiś przedmiot, bo nigdy go nie widziałem, a ta przestrzeń ma być "moim pokojem" - to pojawiają się duże wątpliwości.

Wiem, że jedną z twoich pasji jest malowanie. Zdarza ci się przekuwać swoje wyobrażenia o postaci na rysunki?

- Niekoniecznie, bo moje obrazy są bardzo abstrakcyjne. Ale w "Dziewczynie z szafy" cała galeria była nimi zapełniona. To jednak tylko pasja, tak jak fotografia, podróże czy układanie klocków LEGO.

A gdybyś miał wskazać najtrudniejszy dla ciebie film?

- "Dziewczyna z szafy". Tam nieco przegiąłem. Samo przygotowanie do pracy wymsknęło mi się spod kontroli. Tak podekscytowałem się tym, że mogę być kimś przez 24 godziny na dobę i nie funkcjonować w swoim świecie, lecz oddać się innemu, którego dotąd nie znałem, że wsiąknąłem jak gąbka. Potem okazało się, że "zrzucenie skóry" autysty i powrót do domu to znacznie trudniejsze wyzwanie, bo został we mnie sposób patrzenia na rzeczywistość mojego bohatera. To był niby mój świat, ale dalej przefiltrowany przez oczy Tomka... Ten typ pracy bardzo mi jednak odpowiada - by na okres zdjęć utrzymywać myślenie i świat mojego bohatera w głowie.

Ale powrót do rzeczywistości bywa ciężki...

- Tak, po "Dziewczynie z szafy" wyleciałem do Stanów Zjednoczonych, sam, by być gdzieś daleko od wszystkiego i wrócić do siebie. A po powrocie na początku odmawiałem twórcom, bo czułem, że nie jestem w stanie nic z siebie dać. Powoli, powoli wracałem do pracy, ale od "Dziewczyny..." pracuję już znacznie mniej - i jest to mój wybór. Wolę pracować rzadziej i lepiej, bo jak mam zbyt wiele projektów w jednym czasie, to żadnego nie zrobię tak jakbym chciał.

Jakie role odrzucasz?

- Zazwyczaj gdy coś czytam, to czuję to lub nie. To niezwykłe, bo czasami miałem w rękach scenariusze, których nie czułem zupełnie, a wyszedł z nich dobry film, albo takie, które czułem bardzo, a film nie spodobał się widzom. Jeśli jednak z czegoś rezygnuję, to dlatego, że nie czuję tego lub nie rozumiem, co autor miał na myśli albo nie wiem, co reżyser chce z tym zrobić.

Wyznajesz też styl "antycelebryty" - unikasz ścianek i imprez, na których "trzeba" się pokazać. Czy to w jakiś sposób ogranicza Cię w zawodzie?

- Nie. Myślenie, że my - aktorzy musimy bywać na ściankach, żeby dostać rolę jest dla mnie chore. Agata Buzek, Kinga Preis, Tomek Kot, Dawid Ogrodnik - gdzie oni bywają i jakie buty czy kosmetyki dostają, skoro pracują prawie non stop i robią wielkie, wspaniałe filmy? Wmawianie nam, że musimy gdzieś bywać, jest bzdurą, której jedynym celem jest wykorzystanie naszej twarzy, by coś wypromować. Mnie to zupełnie nie interesuje. Przykre, że ludzie, którzy zarabiają ogromne pieniądze i stać ich na to, żeby sobie coś kupić, chodzą na te wydarzenia, by coś dostać.

- Najgorsze jest to, że organizuje się imprezy charytatywne z gwiazdami, a potem okazuje się, że na zorganizowanie imprezy wydano tyle samo, ile zebrano. Po co w takim razie imprezę robić? Z każdym rokiem jest coraz gorzej. Dla przykładu jestem ambasadorem hospicjum wrocławskiego i ostatnio hospicjum nie dostało pieniędzy, bo przekazano je siostrom zakonnym. Żyjemy w dziwnym świecie, że nam aktorom każe się pozować na ściankach, a chorym dzieciom odbiera się pieniądze, bo siostry zakonne potrzebują.

Mówisz to jako aktor o uznanej pozycji. A ponoć na początku swojej drogi, podczas egzaminu do szkoły filmowej w Łodzi usłyszałeś, że "nigdy nie będziesz aktorem"...

- Usłyszałem, że nigdy nie będę aktorem, ponieważ nie mam do tego predyspozycji, nie mam wyglądu i mówię niewyraźnie. Jak przyjechałem rok później, powiedzieli mi to samo i spytali, po co przyjechałem. A cztery lata później ci sami ludzie wręczyli mi nagrodę na Festiwalu Szkół Teatralnych za najlepszą rolę. Wtedy uświadomiłem sobie, że trzeba mieć głęboko w czterech literach to, co mówią inni, jeśli ty wiesz, co chcesz w życiu robić. Bo jeśli zasugerowałbym się którymś z tych profesorów, to zepsułbym sobie życie.

Teraz z kolei rozwijasz plany reżyserskie.

- Tak, chciałbym robić swoje projekty. Skończyłem już jeden scenariusz, do którego wkrótce ruszą przygotowania. I mam też pomysł razem z Dawidem Podsiadło i Agatą Buzek na wideo-art. "77". Ciągnie mnie do robienia swoich rzeczy, bo mam tyle w głowie, że chciałbym się tym podzielić i pokazać pewne rzeczy, które moim zdaniem są ważne do pokazania. Chodzi mi m.in. o filmy, które nie opowiadają historii, ale emocje. To jest mój, nieco inny sposób patrzenia na kino i mam nadzieję, że uda się doprowadzić do jego realizacji.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Wojciech Mecwaldowski | Juliusz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje