Władysław Kozakiewicz: Skok do Azji

Za sprawą podróżniczego programu telewizyjnego "Lepiej późno niż wcale" Władysław Kozakiewicz przeżył drugą młodość. Ale szalony czas w Azji słynny tyczkarz okupił kontuzją kolana.

W trakcie zdjęć do programu Władysław Kozakiewicz skręcił nogę

Aktor Piotr Polk, gospodarz "Familiady" Karol Strasburger, utytułowany tyczkarz Władysław Kozakiewicz i kabareciarz Krzysztof Hanke wyruszyli w podróż życia do Azji. Odwiedzili Japonię, Koreę Południową i Indonezję, gdzie stawili czoła wielu nietuzinkowym zadaniom. W wyprawie, jako przewodnik, towarzyszył im Rafał Masny z internetowego kanału Abstrachuje. Ich przygody obejrzymy w programie "Lepiej późno niż wcale", który jesienią zadebiutuje w telewizji Polsat. Wrażeniami z niezwykłej podróży podzielił się mistrz olimpijski w skoku o tyczce, Władysław Kozakiewicz.

Reklama

Każda przygoda niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwo. I stało się - skręcił pan kolano.

Władysław Kozakiewicz: - Nie myślałem, że to będzie ryzykowna wyprawa. Zresztą ryzyko to u mnie normalna sprawa. Skacząc z sześciu metrów na mały materacyk - trzeba być zwariowanym. A Azja to jest pikuś w porównaniu do skoku o tyczce. Ostatni czas mijał mi spokojnie w domu, ciągnęło mnie gdzieś w świat, żeby zobaczyć go od innej strony i udało się to zrealizować.

W jakich okolicznościach doznał pan kontuzji?

- To stało się na Bali podczas udawanej walki z Buszmenami. Najpierw, zgodnie z panującym tam obyczajem, pohukiwaliśmy na siebie - chodziło o to, żeby przestraszyć przeciwnika, później dochodziło do zwarcia. Do kontuzji kolana doszło przez przypadek.

Czy wcześniej znał pan Azję chociaż w małym stopniu?

- Byłem w Japonii kilka razy na zawodach sportowych. Ale znałem tylko lotnisko, hotel, stadion i parę sklepów. Kiedyś, gdy startowałem, nie miałem ochoty na zwiedzanie, wystarczyło mi, że poszedłem do jakiegoś sklepu z hi-fi czy aparatami. Teraz to się zmieniło, jestem bardziej ciekaw świata, oglądam programy podróżnicze.

Czy w programie przydało się pana doświadczenie sportowe?

- Przypuszczam, że moim atutem było to, że prę do przodu. Że mam wiarę w to, że wszystko jest w moim zasięgu. Że w moim charakterze leży przekonanie, że jeśli czegoś nie zrobię, to nikt tego za mnie nie wykona. I to mi pomagało przy zadaniach.

Co sądzi pan o kolegach z programu?

- Piotr Polk jest cudownym facetem o wielkiej kulturze. Krzysztof Hanke ma doskonałe poczucie humoru. Karol Strasburger niejednokrotnie pokazywał, że w tym programie przeżywaliśmy drugą młodość. Rafał Masny to inna generacja, ale to nie był problem, bo przez całe życie miałem kontakt tylko i wyłącznie z młodymi ludźmi, czy jako trener, czy jako nauczyciel.

Do któregoś z krajów, które odwiedził pan podczas kręcenia programu, najchętniej by pan wrócił?

- Już tak na spokojnie, pojechałbym z żoną do Korei Południowej, bo to kraj, w którym Europejczyk łatwiej się odnajdzie.

Pan przede wszystkimi podróżuje na krótszym dystansie - między Niemcami i Polską. Czy myśli pan o tym, by wrócić do Polski na stałe?

- Od 1985 r. mieszkam na stałe pod Hannoverem. Tam są moje dzieci, tam jest moja rodzina, tam jest mój dom. Nie chcę już zmieniać kraju. W tej chwili nie mamy granic, nie mamy wiz, łatwo i szybko mogę przemieszczać się między Niemcami i Polską.

Rozmawiał Andrzej Grabarczuk

Dowiedz się więcej na temat: Władysław Kozakiewicz | Lepiej późno niż wcale

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje