Reklama

Wiem, czego nie chcę

Przed premierą jej debiutanckiego filmu "Nie opuszczaj mnie" o Ewie Stankiewicz zrobiło się głośno z zupełnie innego powodu. Reżyserka jest bowiem współautorką relacjonującego nastroje społeczne po katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem dokumentu "Solidarni 2010". Przed premierą "Nie opuszczaj mnie" na festiwalu w Gdyni Ewa Stankiewicz opowiedziała o kulisach powstania swej debiutanckiej fabuły.


Reklama

INTERIA.PL: "Nie opuszczaj mnie" zakwalifikowany został do konkursu festiwalu w Gdyni jako debiut. Czuje się pani debiutantką?

Ewa Stankiewicz: - Zrobiłam wcześniej offowy film "Dotknij mnie" z Anią Jadowską, ale to bardziej miało charakter happeningu, na wakacjach w szkole filmowej skrzyknęłyśmy ekipę, niemal bez środków i bez produkcji. Choć duże doświadczenie. "Nie opuszczaj mnie" to mój prawdziwy debiut, rzucenie się na głęboką wodę. Jestem sama, nie mam współautora, profesjonalna produkcja, z budżetem, z pracą nad scenariuszem - to dla mnie duży egzamin.

Od rozpoczęcia prac nad scenariuszem minęło jednak sporo czasu...

- Około 5 lat, zaczęłam w 2005 roku. Wraz z producentami, młodymi ludźmi z Centrala Film, którzy starają się robić ambitne rzeczy produkując sporo świetnych dokumentów, szliśmy własną drogą w zbieraniu pieniędzy. Najpierw było Berlinale Co-Production Market, gdzie ten scenariusz znalazł niemieckiego koproducenta. Film powstawał tak długo, bo staraliśmy się gromadzić środki na to, aby utrzymać jakość dźwięku i obrazu, chcieliśmy żeby to był profesjonalny film. Po tym offowym doświadczeniu bardzo zależało mi na tym, żeby zrobić film, który jest dopracowany - zarówno pod względem obrazu, dźwięku, jak i samych historii? Na poziomie scenariusza widać jeszcze to nieuczesanie, ale realizacyjnie, mam nadzieję, już tego uniknęłam.

Opowiada pani bardzo osobistą historię. Czy można doszukiwać się w "Nie opuszczaj mnie" wątków autobiograficznych?

- To jest to wytwór wyobraźni i kompilacja historii różnych ludzi. Trudno to więc odnosić do osobistych przeżyć. Chociaż na pewno ten film jako całość jest bardzo mój: emocje, pytania, nastrój. Środowisko szpitala może zostało częściowo wzięte z życia. Ale generalnie to film fabularny. Fikcja.

Oglądając "Nie opuszczaj mnie" trudno nie pomyśleć o "33 scenach z życia" Małgorzaty Szumowskiej.

- Zabrałam się za ten film ileś lat wcześniej, Szumowska swój zaczęła później, ale zrobiła szybciej. Więc trudno mówić tu o jakiejś inspiracji. Jak miał się ukazać film Szumowskiej obawiałam się jakichś podobieństw, ale okazało się, że to jest kompletnie inny świat, a formalnie zupełnie inna stylistyka. Nie wiem jak było w rzeczywistości, ja odbieram to tak, że Szumowska próbowała oswoić śmierć i traumę poprzez dystans, sprzeciw, bunt, skupiając się na codzienności do bólu. I ten kontrast działa. Bardzo doceniam film Szumowskiej, natomiast jeśli o mnie chodzi, to chciałam w moim obrazie odejść od stylistyki dokumentu. Moi bohaterowie są wyrwani z codzienności i zawieszeni gdzieś "pomiędzy".

Kiedy zabrakło tego, kogo się kochało

Pani bohaterowie - Joanna i Łukasz - muszą poradzić sobie z życiem po utracie bliskich osób.

- I nie radzą sobie. To jest film u o utracie, o braku, o pustce. O tym, co zrobić z miłością, kiedy zabrakło tego, kogo się kochało. Kiedy jeszcze żyją odruchy, kiedy idzie się do drugiego pokoju i zawraca w połowie drogi, bo tam nikogo nie ma. To film o utracie kogoś, kogo kochamy. Kiedy zostajemy z takim brakiem, wtedy człowiek dokonuje różnych przewartościowań, staje na rozstaju, może pójść w różnych kierunkach. Moi bohaterowie to przeżywają.

"Nie opuszczaj mnie" opowiada też o utracie wiary w Boga. Główny bohater - Łukasz - jest franciszkaninem, który odchodzi z zakonu.

- Odchodzi, ale nie zamyka furtki. Śmierć bliskiego człowieka jest momentem próby, kiedy na nowo zaczynamy sobie zadawać fundamentalne pytania. Łukasz jest stuprocentowym facetem, który wierzy i walczy z wątpliwościami. Joanna też kręci się w kółko. Oboje szukają swojej drogi, próbują odkryć swoje powołanie. I czują, że to powołanie idzie w poprzek ich pragnieniom.

Jest również pani film historią miłosną.

- O sile przyciągania pomiędzy kobietą i mężczyzną i o szukaniu ratunku. Ratunku w miłości. Dla Joanny i Łukasza miłość może być ocaleniem. Ona jest gdzieś na wyciągnięcie ręki, ale jest też jakaś ściana. W sumie nie wiadomo z czego to wynika. Nie wiedzieć czemu oni rozpaczliwie pragną, ale nie potrafią. Być może gdzie indziej szukają, niż powinni. Ich spotkanie także jest zawieszone, do końca nie wiemy jak się potoczą ich losy.

Ważną rolę pełnią w "Nie opuszczaj mnie" prostytutki. Istnieją w tym filmie trochę na podobieństwo greckiego chóru. Prowadzą głównych bohaterów.

- Mama i córka. Właśnie. Trochę mieszają w tej historii. Przytrzymają na chwilę za rękaw, po to by ktoś wsiadł do innego tramwaju... W końcu nie wiemy, czy ta historia nie jest snem prostytutki... Te prostytutki... Jakoś się wplątały w ten film i tak tam zostały. Nie wiem dlaczego tak się wydarzyło - przyszły, zostały i zamotały tę historię.

W filmie pojawiają się portrety dwóch fantazji erotycznych: przyjaciółka Joanny przebiera się za pszczółkę, by zdobyć ukochanego mężczyznę, z kolei jeden z klientów burdelu, do którego w końcu trafia Joanna, zamiast usługi seksualnej żąda od prostytutki podziwiania siebie przebranego za Indianina. Pozornie śmieszne, są jednak pełne egzystencjalnego niepokoju. W tych dwóch mini-historiach zawiera się - według mnie - podskórne przesłanie pani filmu, opowiadającego o szaleństwie potrzeby miłości.

- To nie są fantazje. To historie jak najbardziej realne, udokumentowane, które wydarzyły się w rzeczywistości. Włączyłam je do filmu, bo dobrze pokazują desperację bohaterów w poszukiwaniu miłości i zahaczeniu się w rzeczywistości.

Nie opowiada pani swojego filmu chronologicznie, dodatkowo zaciera pani granicę między rzeczywistym a wyobrażonym.

- Przede wszystkim realizm. Ale ze znakiem zapytania. Zależało mi, żeby ten film funkcjonował na dwóch poziomach. I żeby też był ten znak zapytania: czy to nie dzieje się w czyjejś wyobraźni? Jeśli chodzi o różne plany czasowe... Pomysł był taki, żeby opowiadać te historie dwutorowo. Raz - towarzysząc Joannie, dwa - z punktu widzenia Łukasza. Te dwie opowieści toczą się niezależnie, ale tam, gdzie się łączą, przyglądamy się im bardziej wielowymiarowo. Czasem w historii Łukasza pojawia się wątek Joanny. Patrzymy na to opowiedziane już wcześniej zdarzenie z innego punktu widzenia. Czasem idziemy dalej, dopowiadamy coś, czasem inaczej spoglądamy na tę sytuację.

Najwięksi aktorzy mają dużo pokory

Jak wyglądało obsadzanie głównych ról?

- Miałam zamysł, żeby to byli nieznani aktorzy. Zrobiłam bardzo szeroki casting, właściwie w całej Polsce. W końcu zdecydowałam się jednak na uznaną aktorkę - Agnieszkę Grochowską i Wojtka Zielińskiego, którego znam ze szkoły filmowej. I to nie ze względu na twarze, tylko na to, że byli najlepsi ze wszystkich. To są postacie, które konstruują ten film. Natomiast jest cała rzesza aktorów drugiego i trzeciego planu, którzy często po raz pierwszy występują na ekranie. I są bardzo dobrzy. Ten casting zaowocował wyłonieniem aktorów drugiego planu.

Agnieszka Grochowska?

- Przyszła na zdjęcia próbne, spodobała mi się. Ujęła mnie, miała w sobie siłę i charakter. Przykuła uwagę. Potrafi zaskoczyć reżysera odwagą i pięknem propozycji zagrania danej sceny. Zmieniłam dla niej wcześniejsze założenia, była najlepsza.

Dla Wojciecha Zielińskiego to właściwie kinowy debiut w głównej roli.

- Mam nadzieję, że zaistnieje w polskim kinie. To jest zdolny człowiek. Do roli Łukasza też próbowałam wielu aktorów, ale on był bezkonkurencyjny. Niósł przekaz, o którym myślałam. To nie jest ksiądz z potocznego wyobrażenia, tylko taki ksiądz, jakich ja pamiętam z oaz. To byli fajni faceci, księża z powołania, całkiem atrakcyjni, z charakterem. Chciałam, żeby to był ktoś z krwi i kości, ktoś kogo się lubi i szanuje jako człowieka. Nie tylko ze względu na fakt bycia przez niego księdzem. Kto może się podobać jako mężczyzna.

Niebagatelną rolę pełnią w tej opowieści także drugoplanowe kreacje, m.in. Grażyny Barszczewskiej w roli mamy Joanny.

- Grażynka Barszczewska, bardzo wrażliwa, cudowna osoba. O talencie nie muszę mówić, wszyscy wiedzą. Dobrze się z nią pracuje, jest pełna pokory i chęci pracy. Piękna kobieta. Mama Joanny to bardzo bliska mojemu sercu rola; zależało mi więc na tym, żeby to był ktoś, kto ujmie widza. Ona też przyszła na zdjęcia próbne. Bardzo to szanuję: najwięksi aktorzy mają dużo pokory.

Role w pani filmie są z jednej strony bardzo chłodne, wręcz wykalkulowane, z drugiej - niezwykle emocjonalne.

- Pod powierzchnią kotłują się uczucia. Niełatwo to pokazać. Miałam dobrych aktorów. U mnie na planie na pewno nie jest lekko. To jest wzajemny wysiłek, z którego cos się rodzi, albo i nie. Wiem, że nie wszystko mi się udało, ale to co wyszło - to dlatego, że miałam dobrych aktorów. Wszystkich.

"U mnie na planie nie ma lekko". Co to znaczy?

- Krótko mówiąc: jest męczarnia i mordęga. Nie ma lekko dlatego, że staram się nie odpuszczać. Jeśli czuję, że coś nie gra, że brzmi fałszywie, to staram się cisnąć. Szukać. To szukanie czasami jest bolesne, wymagające wysiłku. Często bardziej wiem czego nie chcę, niż wiem czego chcę i to może być takim punktem, który czyni to szukanie trudnym.

Nie da się przeoczyć, że akcja filmu rozgrywa się we Wrocławiu.

- Moje miasto. Piękne, wolne, wspaniali ludzie. Bardzo zależało mi na tym, żeby to Wrocław znalazł się w tym filmie. Jest jednym z bohaterów "Nie opuszczaj mnie".

Film początkowo nosił tytuł "Nie będziesz wiedział".

- A teraz jest "Nie opuszczaj mnie". Piosenkę Brela, którą słyszymy w końcówce filmu, przepięknie śpiewa Inga Lewandowska żona mojego brata, gra mój brat Kuba Stankiewicz. Oszczędne, jazzowe wykonanie tej piosenki. Przepiękne. Fajnie że powstało.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Ewa Stankiewicz | Nie opuszczaj mnie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje