Reklama

Reklama

Vanessa Aleksander: Sen na jawie

"Hejter", kontynuacja słynnej "Sali samobójców", jeszcze przed premierą budzi ogromne emocje. To pierwszy film Jana Komasy po oscarowym "Bożym Ciele", na dodatek pełen wątków politycznych, a nawet odniesień do wstrząsających wydarzeń z najnowszej historii Polski, takich jak śmierć prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. - Przed wejściem na plan najbardziej bałam się, że nasz film mógłby się okazać niesprawiedliwy dla którejś ze stron. Teraz mam wrażenie, że obdziera z hipokryzji wszystkich, zarówno tych stojących po prawej, po lewej, jak i w centrum - przekonuje Vanessa Aleksander, młoda gwiazda, która wcieliła się w "Hejterze" w główną postać kobiecą, nastoletnią Gabi. Czy według niej ten film podzieli Polaków?

Rodzice zawsze powtarzali mi, że mój głos jest ważny - wyznaje Vanessa Aleksander

Śladem nominowanego do Oscara "Jokera", w "Sali samobójców. Hejterze" główny bohater Tomek, grany przez Macieja Musiałowskiego, to... antybohater. Jest to postać, której jednocześnie nienawidzimy, ale też idziemy za nią.

Vanessa Aleksander: - Janek (Komasa, reżyser filmu - przyp. red.) jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć planował przedstawić tego bohatera tak, żebyśmy rozumieli jego perspektywę i motywacje. Ocenę jego postawy pozostawił widzowi. Nie chodziło nam o stawianie tezy.

Mimo to jestem przekonany, że burza po premierze filmu będzie ogromna...

Reklama

- Też tak czuję. I co więcej, jestem przekonana, że oburzone głosy wybrzmią głośno niezależnie od upodobań politycznych ich właścicieli.  Przed wejściem na plan najbardziej bałam się, że nasz film mógłby się okazać niesprawiedliwy dla którejś z grup. Teraz mam wrażenie, że obdziera z hipokryzji wszystkich - zarówno tych stojących po prawej, po lewej, jak i w centrum. Odsłaniamy w "Hejterze" pozerstwo polskich elit i szaleństwo mas, ale przede wszystkim pokazujemy, że jakiekolwiek podziały w społeczeństwie i niechęć do podjęcia dialogu zawsze będą generowały napięcia.

"Hejter" pokazuje, co może się stać, jeśli wciąż będą pogłębiały się podziały między nami.

- Co gorsza - uprzedził rzeczywistość. Zakończyliśmy zdjęcia do filmu w grudniu 2018 roku, a niespełna miesiąc później doszło do zamachu na prezydenta Pawła Adamowicza podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Zamachu, który ma swoje odbicie w "Hejterze". Mateusz Pacewicz, scenarzysta filmu, który napisał także "Boże Ciało", ma wybitną intuicję i niestety w tym wypadku również się nie pomylił. Przewidział, że nienawiść niesiona w młodym, zmanipulowanym człowieku może doprowadzić do tragedii. Ja podczas lektury scenariusza wierzyłam, że Mateusz posłużył się diaboliczną hiperbolą, ale rzeczywistość zaledwie kilka miesięcy później mnie zszokowała. Ludzie przez chwilę o tym porozmawiali, wtłoczyli w formę hasztagu "#stopnienawiści", minął kolejny miesiąc i większość zapomniała o zagrożeniu stojącym za hejtem. Przeszło rok później wymachuje się środkowym palcem w Sejmie.

Nie boisz się, że "Hejter" tylko podkreśli te podziały? Kontrowersyjny finał filmu, choćby ze względu na swoją brutalność, na pewno wywoła skrajne reakcje.

- Siła Jana Komasy polega na tym, że zamiast mówić widzom, co mają myśleć, zaprasza ich do dyskusji. Przykładem tego jest wielowymiarowe "Boże Ciało": dla niektórych to film prokatolicki, dla innych obnażający hipokryzję w kościele. Podobnie będzie z "Hejterem". Warto spojrzeć na ten film jak na lustro, które obnaża nas wszystkich - niezależnie w jakim jesteśmy wieku, z jakiego środowiska się wywodzimy i jaki mamy status majątkowy. To duża strata odbierać "Hejtera" stricte politycznie. Lepiej zadać sobie po seansie pytanie: jak się przyczyniam do powstawania świata pokazanego w filmie i co możemy z nim zrobić?

Wierzysz, że jest więcej młodych ludzi z takim nastawieniem?

- Pokładam w naszym pokoleniu bardzo dużą wiarę. Jesteśmy szalenie ambitni, choć nieraz w pogoni za marzeniami uciekają nam relacje z innymi ludźmi. Skupiamy się bardziej na celu, niż na drodze. Równocześnie mam wrażenie, że coraz częściej zabieramy głos w ważnych kwestiach. Obecnie nie można już być neutralnym słuchaczem, trzeba mieć stanowisko na każdy temat, mocno stanowić o sobie i być wyrazistym w swoich poglądach i sposobie bycia.

Wiele mówi się jednak o tym, że młodzi ludzie nie mają swojego zdania, niewielu z nich chodzi na wybory...

 - To złożony temat. Myślę, że to wszystko zaczyna się od edukacji. W naszym kraju nie stawia się na wykształcenie, nauczyciele są traktowani... tak jak są, uczniowie zaś przyswajają definicje, formułki zamiast uczyć się, jak wyciągać wnioski. Trudno więc oczekiwać, żeby każdy 18-latek wychodzący ze szkoły miał swoje zdanie na dany temat. Tym bardziej w polityce, która jest bardzo złożoną nauką.

Ty jesteś zaprzeczeniem tej tezy. Na Instagramie często wyrażasz swoje opinie, zachęcasz do udziału w wyborach, piszesz o pożarach w Australii. Skąd to zaangażowanie?

- Zaczęło się od rodziców, którzy zawsze powtarzali mi, że mój głos jest ważny. Nawet jeśli miałam wątpliwości co do zakazów i przykazów, które otrzymywałam, mogłam wyrazić swoje zdanie. Podjąć dyskusję, wejść w dialog. Dzięki temu nie bałam się rozmawiać z ludźmi. Równie istotne było moje liceum, które wykształciło we mnie poczucie, że we wszystkim trzeba szukać wspólnego mianownika. Dlatego jeśli teraz jestem osobą odrobinę rozpoznawalną i mogę zainspirować choćby jedną osobę do zastanowienia nad danym tematem, traktuję to jako swego rodzaju obowiązek. Coraz częściej młodzi ludzie otwierają się, zarówno na ekologię, jak i politykę. Coraz rzadziej słyszę "nie, ja się nie znam". Wierzę, że "Hejter" też skłoni część osób, by bardziej zwracały uwagę na to, co je otacza.

Z "Sali samobójców. Hejtera" wyłania się mniej pozytywna wizja młodzieży. Mam wrażenie, że dość zbieżna z przebojem ostatnich tygodni, piosenką "Patointeligencja" Maty.

- Razem z Matą kończyliśmy ten sam profil oraz liceum. I będąc po tej samej szkole, cieszę się, że wreszcie ktoś zwrócił uwagę na presję, jaka współcześnie narzucana jest na młodych ludzi. Często nastolatkowie nie są w stanie osiągnąć celów, które stawiają im rodzice czy nauczyciele, i przez to sięgają po używki. Ja nie miałam w klasie znajomych, którzy popadli w uzależnienie, ale miałam wielu takich, którzy musieli korzystać z pomocy psychologów czy psychiatrów, ponieważ nie radzili sobie z oczekiwaniami otoczenia. Myślę, że też o nich opowiadamy w "Hejterze".

Twoja bohaterka, Gabi, wydaje się idealnie pasować do tej grupy.

- Można powiedzieć, że jest chodzącą definicją "patointeligencji". Gabi pochodzi z zamożnego domu, uczy się w elitarnej szkole, zdaje na zagraniczne uniwersytety. Ostatecznie nigdzie się nie dostaje i wpada w wir używek i imprez. Zupełnie zatraca się w tym, czego naprawdę chce. Na dodatek jest ciągle porównywana ze starszą siostrą, która właśnie skończyła prestiżowe studia w Wielkiej Brytanii i czeka ją magisterka na uniwersytecie z Ligi Bluszczowej. To portret smutnego i bardzo zagubionego człowieka, dla którego szczęście kojarzy się tylko z sukcesem, z zachodnią definicją dobrobytu. Sposób myślenia Gabrysi mogłam dostosować do wielu swoich znajomych. Wrażliwość młodych ludzi często jest wystawiana na próbę i jest to coś, nad czym warto się pochylić. To sedno "Hejtera". Warto rozmawiać i warto słuchać - niezależnie od tego, jaki jest wiodący temat rozmowy.

Na planie filmu spotkałaś się z "oscarowym" reżyserem - Jankiem Komasą, twórcą "Bożego Ciała" i pierwszej "Sali samobójców".

- Z Maćkiem (Musiałowskim, odtwórcą głównej roli męskiej w "Hejterze" - przyp. red.) śmiejemy się, że  zawsze gdy zaczynamy opowiadać o Janku, wychodzi z tego list miłosny, ale on naprawdę stał się dla nas oknem na świat i trudno nie być mu za to wdzięcznym. Janek na planie stawia bardzo trudne zadania, wymagające i kosztowne, ale nigdy z tymi zadaniami nie zostawił nas samych. Wchodzi w ciemność razem z aktorem. Mocno przeżyliśmy okres zdjęciowy, ponieważ nienawiść, o której opowiada nasz film, bardzo nas pochłonęła.

- Szczególnie ciężka była do realizacji finałowa część filmu, która jest niezwykle brutalna. Realizowaliśmy ją przez wiele godzin, moja bohaterka przez znaczną część scen zmaga się z paniką, dużo płacze. Musiałam tkwić w tych potwornych emocjach nieprzerwanie, ale nawet przez chwilę nie byłam w tym sama. Janek przez cały czas trzymał mnie za rękę, zarówno metaforycznie, jak i fizycznie. Czułam, że robimy to w bezpiecznej atmosferze i zachowujemy możliwą higienę. To spotkanie definitywnie zaliczam do najważniejszych w moim życiu.

Jakby tego było mało w twoich filmowych rodziców wcielają się Danuta Stenka i Jacek Koman. Jako ekranowy partner - młody i zdolny Maciej Musiałowski. Projekt marzenie.

- I do tej pory nie wierzę, że się wydarzył. Pamiętam, że gdy rozpoczęły się castingi, marzyłam o przejściu do drugiego etapu, by przetrzeć szlaki z Jankiem Komasą, zamienić z nim kilka słów. Jestem wielką fanką jego poprzednich filmów. "Sala samobójców" zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Była też filmem, od którego wzięło się moje zainteresowanie aktorstwem. Gdy przechodziłam z jednego etapu do kolejnego, miałam poczucie, że balansuję na krawędzi życia i marzenia. W momencie w którym usłyszałam od Janka, że proponuje mi tę rolę, miałam w głowie jedynie: "to się nie dzieje!". Sen na jawie.

Przygotowania do roli były jednak długie i męczące...

- Od momentu ogłoszenia obsady do wejścia na plan minęło półtora roku, więc naprawdę długo "dłubaliśmy" przy tych postaciach, najpierw na papierze, a potem w rzeczywistości. Chodziliśmy z Jankiem na mnóstwo prób, również imprez, bo moja Gabrysia jest osadzona w świecie warszawskich klubów. Wiem jak to brzmi, ale nie bawiliśmy się podczas tych spotkań (śmiech). Obserwowaliśmy i szukaliśmy inspiracji. Chcieliśmy, żeby te postaci były pełnokrwiste, a nie powycinane z tektury. W toku przygotowań musiałam schudnąć dziesięć kilo, co było sporym wyzwaniem. Myślę, że z tego wzięła się ciemność w mojej postaci - mój wygląd i energia znacząco się zmieniły.

Dla kontrastu właśnie rozpoczynasz zdjęcia do czwartej części "Listów do M." - jednej z najpopularniejszych serii filmowych w Polsce. To film znacząco różny od "Hejtera", zdecydowanie bardziej pozytywny.

- To wspaniałe, że w swojej pracy zawodowej mogę czerpać z tak różnych światów. Nie mogę się już doczekać efektów tej współpracy. Zawsze z wielką czułością podchodzę do okresu Świąt Bożego Narodzenia i zbudowanie tej wzruszającej, ujmującej atmosfery w kinie jest dla mnie bardzo ciekawym zadaniem. Cieszę się, że po castingach reżyser i producenci uznali, że ta bohaterka zmieści się w moim ciele.

Co to za postać?

- Monika, policjantka, która pojawi się w wątku Borysa Szyca i Magdaleny Różczki. Na początku nikt nie chciał mnie na zdjęciach próbnych, bo twórcy byli przekonani, że to bohaterka nie na moje warunki. Podobno niosę ze sobą inną energię prywatnie - jestem żywiołowa, uśmiechnięta i jak usłyszałam: "zbyt miła" (śmiech), a Monika to ostra, sztywna, zasadnicza policjantka-służbistka - moje zupełnie przeciwieństwo. Dla mnie najbardziej kusząca przy "Listach do M. 4" była perspektywa pracy na planie z Borysem Szycem. Zawsze podziwiałam jego warsztat, umiejętności, ale też kulturę i podejście do młodych aktorów - nigdy nie oceniał mnie z góry, traktował mimo różnicy wieku jak tak samo doświadczoną partnerkę. Dla młodej osoby, która chce się uczyć w zawodzie, jest to bardzo pomocne i otwierające.

Jesteś osobą, która kalkuje swoje wybory aktorskie?

- Bardzo! Za każdym razem, gdy rezygnuję z roli, jest to duże obciążenie, bo nie jestem w stanie przewidzieć przyszłości. Nie sposób powiedzieć, na ile dana decyzja wpłynie na moje dalsze losy. Dlatego staram się rozważnie podchodzić do tego, w czym gram. By zdecydować się na udział w projekcie muszę wierzyć, że dana bohaterka jest interesująca, a świat, o którym opowiadamy, niesie ze sobą jakąś wartość.

Poza "Hejterem" widzowie mogą cię kojarzyć także z projektów serialowych, takich jak "Belle Epoque" i "Wojenne dziewczyny". Chciałabyś dalej grać w serialach?

- W tych interesujących - jasne! Mam poczucie, że negatywne podejście do formatów serialowych jest już passe, zagranicą i w Polsce powstaje masa świetnie napisanych i  fantastycznie wyprodukowanych seriali. Wystarczy włączyć wyprodukowaną przez HBO "Sukcesję" lub znanego z Netfliksa "Mindhuntera", by upewnić się w tym, że poziom współczesnego serialu jest naprawdę arcywysoki. Ja najwięcej o zawodzie nauczyłam się, właśnie grając w serialach, także dlatego, że w "Wojennych dziewczynach" powierzono mi moją pierwszą główną rolę. Gdy rozpoczynałam pracę na planie tej produkcji, nie wiedziałam nawet, jak ustawić się do kamery! Do dziś jestem wdzięczna całej ekipie, że mnie tak ciepło przyjęła i z dużą cierpliwością przeprowadzała przez te początki. Z wielką radością zawsze wracam na plan "Dziewczyn" i nawet przez chwilę nie żałowałam tej decyzji.

- Zawsze smuci mnie jednak to, że młody aktor, który wkracza w zawód, musi dziesięć razy zastanowić się, czy powinien zagrać w danej produkcji, bo może to wpłynąć na całą jego przyszłość. Zupełnie inaczej wygląda to na Zachodzie, gdzie nikt nie przekreśla twojej kariery dramatycznej, po tym jak zagrasz w komedii romantycznej. Świetnym tego przykładem jest chociażby laureatka Oscara - Emma Stone. U nas musisz przebijać się przez to, jak wyglądasz i co do tej pory zrobiłaś. Wierzę natomiast, że jeżeli zaczniemy jako młodzi aktorzy głośno mówić o tym, że wybory z przeszłości nie powinny tak silnie determinować naszych zawodowych losów, to producenci dadzą nam szansę zagrać też ambitniejsze role.

Ty ponoć o mały włos, a nie zostałabyś aktorką. Ponoć dla studiów na Akademii Teatralnej w Warszawie zrezygnowałaś z architektury w Anglii.

- Chyba chciałam samej sobie udowodnić, że potrafię się dostać na dobrą uczelnię i ambitny kierunek, który ułatwiłby mi dalsze losy. Ale od bardzo wczesnego etapu mojego życia wiedziałam, że to aktorstwo jest moim planem A. Od szóstej klasy podstawówki grałam w zespole teatralnym i na nic tak nie czekałam, jak na te trzy dni w miesiącu, kiedy występowaliśmy. Już wtedy wiedziałam, że muszę spróbować swoich sił w Akademii Teatralnej. Architektura była tylko planem awaryjnym. Gdy jeździłam na rozmowy do Londynu, coraz dosadniej uświadamiałam sobie, że to nie jest moje miejsce. Siedzenie w pracowni architektonicznej nie było dla mnie nawet po części tak ekscytujące, jak ten moment, gdy stawałam na scenie, słyszałam jak cichnie widownia, jak podnosi się kurtyna i zaczyna przedstawienie. Czasem w pędzie dnia codziennego o tym zapominam, ale faktycznie spełniam swoje marzenia.

Czy dalej największym jest współpraca z Woodym Allenem?

- Już się sporo pozmieniało! Ale oczywiście, jakby zadzwonił do mnie Woody Allen i powiedział "zróbmy komedię", to odpowiedziałabym "jasne, że tak" (śmiech). Teraz wzdycham szczególnie do twórczości Damiana Chazelle'a. Choć muszę przyznać, że ostatnio częściej marzę o konkretnych rolach, niż o pracy z danym reżyserem. Szczególnie marzy mi się rola dresiary, takiej z prawdziwego zdarzenia, z ogoloną głową, wyrwanej ze świata Masłowskiej. Mam nadzieję, że najciekawsze jeszcze przede mną!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje