Reklama

Tomasz Schimscheiner: Kino załatwia sprawy między ludźmi

Tomasz Schimscheiner w filmie "Proste rzeczy" /Jarosław Sosiński /materiały prasowe

- Przez całe życie próbujemy dopisywać wielkie ideologie do prostych rzeczy. Analizujemy, ubieramy w słowa, mówimy: "Zostałem aktorem, bo zawsze czułem, że chcę poruszać serca ludzi i zmieniać świat". Dupa! Nie ma nic takiego. To jest po prostu chwila, objawienie, magia prostego, nieodgadnionego momentu" - mówi w rozmowie z Interią Tomasz Schimscheiner, którego możemy zobaczyć w filmie Grzegorza Zaricznego "Proste rzeczy".

Jak traktujesz ten tytuł - "Proste rzeczy"?

Reklama

Tomasz Schimscheiner: - W filmie jest taki motyw - wujek spotyka się z bratankiem. Ten pierwszy nie umie się dogadać ze swoim synem. Z kolei ten drugi ma nierozliczone sprawy ze swoim ojcem, który już nie żyje. Spotykają się ze sobą takie dwa światy, okazuje się, że wujek przyjechał do bratanka po radę. Pyta go, jak poradzić sobie z synem, jak nawiązać z nim dobrą relację. Na co ten mu odpowiada: "Wiesz co, zawsze wam zazdrościłem...". "Czego?" - pyta wujek. "Prostych rzeczy". Taka "prosta" kwestia, a jaka moc! Czym one są? Patrząc z punktu widzenia bohatera, może chodzić o pewien rytuał. Prosta rzecz to może być dla niego dom, rodzina, poczucie, że obok jest ktoś, do kogo można się przytulić, odezwać.

A teraz spójrzmy z twojego punktu widzenia. Co dla ciebie znaczą proste rzeczy?

- Wiesz, to jest... Prosta rzecz to jest na przykład dotyk, kiedy ocierasz się o drugą osobę po drodze z łazienki do kuchni. Albo jeszcze inaczej. Prosta rzecz to może być: "dzień dobry", "obudź się kochanie", "dziękuję", "podaj mi sól", "smacznego", "proszę". Układa mi się to w taką myśl, że proste rzeczy tworzą relację z drugą osobą. Nawet wtedy, gdy ktoś warknie, krzyknie, to też są proste rzeczy.

Zanim jednak przejdę do filmu, zapytam o jeszcze jedno. Czy aktorstwo też wzięło się u ciebie z takich prostych rzeczy?

- A wiesz, że to faktycznie znowu są proste rzeczy! Opowiem ci o tym za pomocą anegdoty. Półtora tygodnia temu wpadłem na kolegę z liceum, z którym nie widziałem się chyba trzydzieści lat. Jesteśmy w teatrze, rozmawiamy i nagle on do mnie mówi: "Tomek, czy ty w ogóle pamiętasz, że ja byłem świadkiem tego, jak zdecydowałeś, że chcesz zostać aktorem?". Zamurowało mnie. Nie pamiętam takiego momentu. No i opowiada dalej, że jak chcieliśmy sobie podciągnąć ocenę z rosyjskiego, to poszliśmy do nauczycielki z propozycją, że zrobimy w szkole przedstawienie. On miał grać na gitarze, ja miałem czytać wiersze. Robiliśmy próbę, zostało dziesięć minut do oficjalnego występu i nagle się zawiesiłem. Podobno ręce mi się zatrzymały w powietrzu i wypaliłem: "Piotrek, będę aktorem!".

Czyli to przyszło do ciebie niespodziewanie.

- W najprostszy na świecie sposób. Zwykłe powtarzanie tekstu, zwykła trema, dźwięk gitary, aż w pewnym momencie dzieciak poczuł, że sprawia mu to przyjemność. I tyle, prosta rzecz. Nic więcej tu nie ma. Przypomina mi się od razu profesor Jerzy Goliński, który na zajęciach w szkole teatralnej powtarzał: "Nie dorabiaj piź***e uszu!". Faktycznie jest tak, że przez całe życie próbujemy dopisywać wielkie ideologie do prostych rzeczy. Analizujemy, ubieramy w słowa, mówimy: "Zostałem aktorem, bo zawsze czułem, że chcę poruszać serca ludzi i zmieniać świat". Dupa! Nie ma nic takiego. To jest po prostu chwila, objawienie, magia prostego, nieodgadnionego momentu, który akurat w danej sekundzie przepływa przez człowieka.

Podobno twoje pierwsze spotkanie z Grzegorzem Zaricznym to też była kwestia przypadku, trochę dziwnego zrządzenia losu.

- No i prostej rzeczy. Na początku była jajecznica...

Jajecznica? Powiesz coś więcej.

- Zaczęło się od tego, że Beata dostała u niego rolę w filmie "Fale". Pewnego dnia wróciła do domu i mówi: "Tomek, z takim reżyserem nigdy nie pracowałam. Na planie jest dziwnie spokojnie. Nie ma 'klapsa', nikt nie pogania, ujęcia trwają nie wiadomo ile. No, musisz go poznać!". Okazało się, że w filmie była nieobsadzona rola - ojca jednej z głównych bohaterek. Byliśmy akurat na wsi i powiedziała mi, że Zariczny zaprasza mnie na casting. Pomyślałem, że pojadę od razu, na co ona: "Nie, casting mam ci zrobić sama, w domu, a ma to polegać na tym, że nakręcę cię przy śniadaniu". I tyle, tak to się odbyło. Jadłem zwykłą jajecznicę ze skwarkami, którą sam sobie zrobiłem, a Zariczny na tej podstawie obsadził mnie w filmie. Tydzień później zaczęliśmy zdjęcia.

"Fale" to historia dziewczyn, które poznają się na praktykach w salonie fryzjerskim w Nowej Hucie. "Proste rzeczy" to opowieść o młodych rodzicach, którzy przenoszą się z Warszawy na wieś i tam budują swoją rodzinę. Oba łączy to, że głównymi bohaterami są w nich prawdziwi ludzie, których codziennie życie na potrzeby filmu zostaje wymieszane z wątkami fabularnymi, fikcją i zawodowymi aktorami.

- No to jest Zariczny i jego metoda - połączenie dokumentu z fabułą. Błażej i Magda to prawdziwa rodzina. Historia w filmie to prawdziwe życie. Oni rzeczywiście przeprowadzili się z miasta na wieś, postawili dom, urodziło im się dziecko, jednocześnie Błażej mierzył się z pewną niezałatwioną sprawą ze swoim ojcem.

Nagle ty zostajesz wprowadzony w to życie jako ktoś z zewnątrz, postać fikcyjna. Jak aktor pracuje z prawdziwymi ludźmi, z ich prawdziwymi zwierzeniami?

- Kiedy wchodzę w taki świat, to jedyne, co mam to myśl, żeby go nie zaburzyć. Jako aktor wrzucony w sytuację dwójki prawdziwych ludzi, fajnej rodziny, która ma miłość, dziecko i piękne intencje, muszę "trochę" zapomnieć o aktorstwie i wszystkim, co za tym idzie. Nie mogłem wejść między Błażeja i Magdę z reżyserowanym światem, z rozpoznawalnością i twarzą, którą ludzie znają z telewizji. Trzeba było wyciągnąć z siebie "wujcia - dobrą radę", który jak gdyby nic przyjeżdża do ich domu montować parapety i gniazdka. A przy okazji jest tam po to, żeby może jakoś pomóc tej relacji.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Schimscheiner | Proste rzeczy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje