Tomasz Kot o "Żyć nie umierać": Iść za marzeniem

Jeden z najlepszych polskich aktorów. Skromny, skupiony na rolach, a nie na wykorzystywaniu sławy. Po kreacji w „Skazanym na bluesa”, gdzie zagrał Ryszarda Riedla i w „Bogach”, gdzie wcielił się w profesora Zbigniewa Religę, znowu zachwyca – tym razem jako Bartosz Kolanko w „Żyć nie umierać”. Choć kocha to, co robi zawodowo, mówi, że dla niego najważniejsi są żona, córka, syn i spędzony z nimi czas.

Tomasz Kot jako Bartosz Kolanko w scenie z filmu "Żyć nie umierać"

Jak odnieść taki sukces przed czterdziestką? Ktoś w internecie napisał: "Pan Kotek wszedł na szczyty aktorstwa". Teraz znów zmienia się pan jak kameleon w nowym filmie.

Tomasz Kot: - Miło to słyszeć, ale ja tego tak nie widzę - człowiek jest ograniczony własną perspektywą. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, że jeśli iluś tam facetów przychodzi na brzeg z deskami, jedni trafiają w fale, a drudzy nie.

Nie irytowało pana, że po "Skazanym na bluesa" tak długo nie było żadnej porządnej propozycji? Oczywiście poza "Nianią", a potem komediowymi drobiazgami?


- Gryzło mnie to. Pamiętam pytanie, które kierowałem do wszechświata: "Dlaczego tak?". Podejrzewam, że popełniłem wtedy błąd. Przyjechałem do Warszawy, nie mając jeszcze 30 lat i chyba za bardzo spodobała mi się ta rzeczywistość. Znalazłem się na planie z ludźmi, których znałem tylko z telewizji, gdzie tak łatwo mówiło się: "Cześć, nazywam się..." i od razu wszyscy stawali się kolegami.

Czyli zachłysnął się pan i nieco zbyt chętnie grał w serialach?

- Wie pani, lody waniliowe są dobre, ale jakbym przez dwa lata je wcinał, okazałoby się, że potrzebuję czegoś innego. Nie znaczy to, że przez te dwa lata jadłem coś beznadziejnego. Praca z Jurkiem Bogajewiczem (reżyserem "Niani" - przyp. red.) to fantastyczna przygoda. Na planach seriali zdobyłem doświadczenie. Może powstało wrażenie, że na nic więcej nie znajdę już czasu? Gdy więc pojawiły się role w "Erratum", "Bogach", "Żyć nie umierać", przyjąłem je z radością.

Reklama

Pana rodzinne miasto to Legnica. Chciał pan stamtąd uciec?

- Niezdanie matury nie jest sposobem na ucieczkę. Zresztą, co to za dojrzałość? Czy znajomość paru wzorów i napisanie paru rzeczy w wieku 19 lat, o których za 10 lat nikt nie będzie pamiętał, to sensowne kryterium dojrzałości? Kompletna bzdura.

Pan w tym wieku miał już za sobą iks ról w legnickim Teatrze Dramatycznym, zapewne dziesiątki naprawdę dojrzałych lektur i rozmów. To była pana matura.

- No tak. Każda trudność powoduje większy wysiłek, wewnętrzny poziom rośnie. Nie mam wpływu na to, gdzie się urodziłem i nie wytatuuję sobie słowa Legnica na czole. Ale mam do tego małego miasta wielki sentyment. Tam spędziłem dzieciństwo, tam były różne moje pierwsze razy. Tam też wciąż czuję się bezpiecznie.

Kiedy właściwie zjawił się pan w Warszawie?


- 11 lat temu. Wcześniej grałem w teatrach krakowskich. Potem przez dwa lata mieszkałem w pociągu między Krakowem a Warszawą, jak zresztą większość aktorów studiujących w krakowskiej szkole i tu pracujących na planie. W końcu przeszło mi przez głowę: "Może zawrócić bieg rzeki i wrócić do teatru?". Akurat trafiła się fajna propozycja z Kalisza. Nie zastanawiałem się długo. Przenieśliśmy się tam z żoną na parę miesięcy.

Pan był już wtedy żonaty?

- Tak. I miałem dwoje dzieci.

Podobno po to gra pan w reklamach, żeby mieć trochę spokoju i móc posiedzieć w domu. Ile lat mają teraz pana maluchy?

- Blanka 8, syn 4 i pół. Lubię z nimi być, w Kaliszu też miałem dla nich czas. Poza tym tam był czas na teatr, ale i na przemyślenia. Zadałem sobie pytanie: "Jakim prawem narzekasz na swój świat, skoro właśnie spełniają się twoje marzenia?". Pomyślałem: "Szanuj to, co masz. A jeśli coś ci nie pasuje, zmień wszystko: środowisko, ekosystem, szukaj tam, gdzie by ci pasowało być".

Tylko że czasem pójście za marzeniem zbyt wiele kosztuje.

- Też tak bywa. Ja zacząłem szukać drogi, żeby odnaleźć własną formę. Postanowiłem zawsze być wyspanym na planie. I do Warszawy wróciłem już troszkę inny. A teraz z satysfakcją staram się zasnąć każdego dnia. Oczywiście, cały czas coś przeszkadza, bo zamieszanie po "Bogach" nadal jest wielkie.

Przechodnie pokazywali pana palcem: "O! Religa!"?

- W filmie "Bogowie" tak mocno zaznaczony jest szacunek do profesora, że raczej nie. Częściej ktoś chciał zrobić sobie zdjęcie ze mną jako Religą. To kłopot, jeśli jest się na plaży z dziećmi, które chce się chronić przed takim szumem.

Po wielotygodniowym przygarbieniu w roli profesora miał pan kłopoty z kręgosłupem...

- Na początku było niewygodnie, po zdjęciach też, w końcu w czasie przedstawień w teatrze powoli pozbywałem się przygarbienia. Spokojnie czekałem, aż minie.

Religę trudno przeskoczyć. Ale tragiczna postać w "Żyć nie umierać", inspirowana (jak podkreśla reżyser - bardzo luźno) historią wrocławskiego aktora Tadeusza Szymkowa przykuwa uwagę.

- Ja nie chcę Religi przeskakiwać! To osobna historia, zamknięta. Każdy następny film jest zamkniętą historią. Przy pracy istotne są koncepcja, kręgosłup, wokół którego buduje się postać, odczucia, interpretacja...

Tylko jak się to robi? Przed "Żyć nie umierać" rozmawiał pan z chorymi na raka? Jak znajduje się ten najwłaściwszy klucz?

- W każdej roli jest inaczej. Nie musiałem chodzić do szpitali, żeby wiedzieć, co czuje bohater, kiedy dowiaduje się, że ma przed sobą tylko trzy miesiące życia...

A skąd w pana oczach to dzikie, przerażone spojrzenie? Szkła kontaktowe? Jakieś krople?

- Może magia (śmiech)? Ile razy zaczynam kogoś parodiować, prędzej czy później pytają: "Jak to możliwe?". Nie wiem, skąd się to bierze.

Talent.

- Pomyślałem, że jeśli tak jest, jak mówią, to może powinienem te zdolności mnożyć? Zbliżam się do czterdziestki, różne koncepcje rozpatruję, a że to moje życie, buduję własną. Pracuję nad moimi brakami. Roboty jest kupa.

Jakie niby są te braki?

- Nie chce pani wiedzieć. Chyba nigdy nie myślę: "O, jest super".

Perfekcjonista!

- Proszę nie myśleć, że to, co robię, jest desperacką gonitwą za robotą. Ja chcę mieć czas wolny, pobyć z dziećmi, żoną. To mój główny cel.

Rozumiem, że wraca pan po zdjęciach do domu z satysfakcją i refleksją. Bo przecież na planie takiego filmu musiała się w pana głowie pojawić myśl, jak kruche jest życie. Czy nie żyjemy tak, jakbyśmy byli nieśmiertelni? My nie będziemy mieli raka, nam nie zdarzy się wypadek, nigdy nie doścignie nas starość...

- Najgorsze, co może być, to życie bez refleksji - wtedy nie idzie się do przodu... Tak, nie raz myślałem o starości. Znalazłem inną perspektywę. Zauważyłem, że są starsi ludzie, którzy oczekują tylko i wyłącznie jakiegoś napompowanego szacunku do siebie, ale są i tacy, z którymi ja autentycznie coś zdobywam, bo potrafią dzielić się doświadczeniem. Więc w moim świecie nie ma ludzi starszych, są wcześniej urodzeni. A to różnica. Nie trzeba się bać starości, ale warto myśleć o tym, co na końcu zostawi się po sobie.

Pan jest typem nadwrażliwca. Nie boi się pan, że kiedyś dopadnie pana pycha? Zawsze niszcząca?

- Tyle tej pychy dookoła, że można ją opisywać, malować, śpiewać o pysze. Jest przecież na wyciągnięcie ręki. Ale oczywiście jak każdy mogę stracić świadomość i zrobić jakąś głupotę.

A o zbliżającej się czterdziestce pan myśli? Z lękiem, jak wszyscy?

- Mam bać się dziwnego przeczucia? Bo ludzie sobie powiedzieli, że czterdziestka to smuga cienia? No nie...

Więc jest pan szczęśliwy?

- Strasznie szczęśliwy. Nie twierdzę, że zdarzyło się to wszystko przypadkiem - ciężko na to pracowałem! I cieszę się z efektu. Z nowych możliwości. Za nimi pojawia się droga. Perspektywa jest, a w niej z pewnością zakręty. Oczywiście z każdego można wypaść.

Rozmawiała Bożena Chodyniecka.

Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Kot

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje