Reklama

Reklama

Tessa Thompson: Seksualność jest w życiu człowieka bardzo ważna [wywiad]

- Tożsamość Walkirii była przedmiotem wielu naszych dyskusji. Nie chcieliśmy, by dłużej pozostawała w sferze domysłów, chcieliśmy jasno potwierdzić intuicje widzów. Jednocześnie istotne było dla nas właściwe ujęcie tematu. Bo choć seksualność jest w życiu człowieka bardzo ważna to, kogo kochamy i kto się nam podoba, nie definiuje w pełni tego, kim jesteśmy - mówi Tessa Thompsoon, gwiazda filmu "Thor: Miłość i grom". Superprodukcję od 8 lipca można oglądać na ekranach polskich kin.

- Tożsamość Walkirii była przedmiotem wielu naszych dyskusji. Nie chcieliśmy, by dłużej pozostawała w sferze domysłów, chcieliśmy jasno potwierdzić intuicje widzów. Jednocześnie istotne było dla nas właściwe ujęcie tematu. Bo choć seksualność jest w życiu człowieka bardzo ważna to, kogo kochamy i kto się nam podoba, nie definiuje w pełni tego, kim jesteśmy - mówi Tessa Thompsoon, gwiazda filmu "Thor: Miłość i grom". Superprodukcję od 8 lipca można oglądać na ekranach polskich kin.
Tessa Thompson /Axelle/Bauer-Griffin/FilmMagic /Getty Images

Tessa Thompson, gwiazda "Creed: Narodziny legendy", "Men in Black: International", serialu HBO "Westworld" i najnowszego filmu "Thor: Miłość i grom" opowiada o współpracy z Taiką Waititim, znaczeniu queerowej reprezentacji w superbohaterskim świecie, zdrowej rywalizacji i ustanawianiu własnych zasad w Hollywood.

Reklama

Anna Tatarska: Twórca "Thor: Miłość i grom", a także poprzedniej części, "Thor: Ragnarok", Taika Waititi, to być może najbardziej zwariowany spośród aktywnych zawodowo reżyserów. Sam otwarcie mówi o przepisywaniu scen na planie, spontanicznej atmosferze, wygłupach. Czy taka ciągła zmienność to dla aktora okazja do świetnej zabawy czy raczej powód do nerwów?

Tessa Thompson: - Te doniesienia nie są przesadzone. Kiedy kręciliśmy "Thor: Ragnarok" było mi trudno się do tej atmosfery przyzwyczaić. Na pewno nie bez znaczenia była moja sytuacja: nigdy wcześniej nie kręciłam dużego superbohaterskiego filmu, więc dla mnie to był czas dostosowywania się na niemal każdej płaszczyźnie. W produkcjach tego typu jest milion nowych, drobnych rzeczy, o których w innych sytuacjach się w ogóle nie myśli. Nagle masz płaszcz, jakąś broń, są maszyny wiatrowe, w które ten płaszcz może się wkręcić i uderzyć cię w twarz... Do tego wiele technicznych drobiazgów i trzeba się zmierzyć, jak choćby green screen, który z powodu przyczepionych do ciała znaczników dla specjalistów od VFX czasami sprawia, że czujesz, jakbyś miał na twarzy jajko. To też bardzo trudne zadanie, zagrać emocjonalnie intensywną scenę, w której wszystkie rzeczy, na które reagujesz, są wyobrażone, bo zostaną dodane dopiero w postprodukcji. Machasz rękami, na wysokim C, a tu za kamerą ktoś beznamiętnie gapi się na ciebie, jedząc kanapkę. Wreszcie w tej pracy jest cały aspekt mechaniczny, jakieś wózki, konstrukcje, stelaże... To wszystko w połączeniu z ciągłą improwizacją i dialektem, który był bardzo specyficzny, nieco mnie przytłoczyło.

- W którymś momencie zdałam sobie sprawę, że muszę odpuścić. Taika mi to ułatwił. Po pierwszym dniu na planie wziął mnie na bok i zapytał, czy wszystko gra. "Jako tako" - odpowiedziałam niepewnie. Wtedy przypomniał mi, jak przyszłam na przesłuchanie do roli Walkirii. Byłam nieustraszona. Kiedy wywołali mnie na próbę, byłam w trakcie jedzenia kanapki, ale pal licho - zabrałam ją ze sobą i zjadłam ją przed kamerą w roli, jako Walkiria. "Takiego ducha nie przejmowania się i luzu bym chciał. Jeśli coś nie wyjdzie to i tak nie znajdzie się w filmie. A im bardziej jesteś otwarta na błędy, tym częściej zdarzają ci się przebłyski geniuszu. Wtedy robi się magicznie, a przecież po to tu jesteśmy".

- Nagle cały stres odszedł, poczułam, że wiem, co robię. Tym razem było o wiele łatwiej, już znałam ten rytm. Za to naprawdę zabawnie było przyglądać się, jak inni się do niego dostosowują. Na początku nie wiedzieli, czy wyszło im źle, czy dobrze, byli totalnie pogubieni. A potem się poddawali, jak ja wcześniej i robiło się świetnie. Na planie u Taiki wszyscy próbują znaleźć w sobie wolność. Mnie kojarzy się to z dzieciństwem, odkrywaniem w sobie dziecko - bo dzieci są wolne i niczym się nie przejmują.

Od jakiegoś czasu nieodłącznym składnikach w filmach z uniwersum Marvela, szczególnie tych reżyserowanych przez Waititiego, jest humor. Czy kiedy panuje wymóg, by być śmiesznym na ekranie, plan jest bardziej zrelaksowany, czy wręcz odwrotnie?

- Utrzymanie radosnej atmosfery na planie przez cały czas jest niemożliwe. Owszem, kręcimy spektakularny, momentami zabawny i wkraczający w rejony absurdu film, ale ma on też emocjonalny rdzeń i pokazuje, mam nadzieję, pełne spektrum ludzkich emocji u bohaterów. Którzy, tak jak my, miewają słabsze dni. Zresztą na tym też polega przyjemność pracy przy takim projekcie. Przypomina nam, że nieważne, jaki mamy poranek i na jakim łóżku się
budzimy, to mamy ogromne szczęście robić coś, co kochamy. Chcemy każdego dnia być gotowi do pracy i cieszyć się tym, że mamy taką możliwość. Nadrzędnym celem tych filmów jest sprawić, by ludzie czuli się dobrze. Będąc na planie, staramy się o tym pamiętać. To pomaga odpuścić trochę swoje troski, być obecnym i po prostu świetnie bawić się z kolegami.

Media branżowe uwielbiają historyjki z planów - im bardziej ekstrawaganckie tym lepiej. Doniesienia z planów Taiki są zawsze pierwsze w tej konkurencji. W moim prywatnym rankingu wysoko plasuje się informacja, że na planie wygrała pani konkurs na to, kto dłużej wytrzyma w lodzie. Co to za pomysły?

- Zacznę może od tego, że nigdy nie postrzegałam siebie jako osoby lubiącej współzawodnictwo. Nigdy nie uprawiałam żadnych sportów w szkole, nie miałam w sobie tego genu. Kiedy zaczynałam poruszać się w tej branży, tyle razy słyszałam "nie", musiałam tak często konfrontować się z poczuciem odrzucenia, że nie mogłam przykładać do tego uwagi, bo bym zwariowała. Zewnętrzna konkurencja nigdy się nie kończyła. Szłam na przesłuchanie i na miejscu spotykałam 35 dziewczyn, wyglądających bardzo podobnie do mnie, w niemal identycznej sukience. Jak wskazać tę, która jest wyjątkowa, najlepsza? Miałam wtedy poczucie, że wszystkie jesteśmy równe, o tym, która wygra, zadecydują nie umiejętności, a los. Ten rodzaj rywalizacji doprowadzał mnie do szału. Dlatego jedyne, na czym się skupiałam, to bycie rywalką dla samej siebie.

- Dopiero praca na planie filmów o Thorze umożliwiła mi dotarcie do tej części mnie, która lubi współzawodnictwo. Zwykle ujawniała się ona na siłowni, kiedy nagle zaczynaliśmy się mierzyć w podnoszeniu ciężarów z Chrisem [Hemsworthem - red.]. On jest mistrzem kreowania takich sytuacji, z początku trudno zorientować się w ogóle, że to forma rywalizacji. I tak samo było ze wspomnianymi kąpielami w lodzie. Chłopaki często je organizowali. Ja czytałam trochę o metodzie Wima Hofa, słyszałam, że lodowe kąpiele świetnie służą ciału i umysłowi, wspomagają rehabilitację. Zaczęłam ich w tej balii odwiedzać. Tu dodam, że chłopaki brali te kąpiele... nago, zachowując się w trakcie jak rozwrzeszczane, piszczące nastolatki, podczas gdy ja w kąciku po cichutku szukałam swojego zen. Któregoś dnia siedziałam sobie spokojnie w ciszy, z zamkniętymi oczami, skupiona i nagle dotarł do mnie głos Chrisa: "Ty cały czas w wodzie"? Okazało się, że minęły już cztery minuty, co zostało oficjalnie naszym "thorowym" rekordem. Tylko, że ja nie rywalizowałem z nimi, a z samą sobą. I wygrałam.

W tej odsłonie "Thora" pojawia się nowy czarny charakter, grany przez Christiana Bale’a Gorr Bogobójca. To postać mroczna i  przerażająca, ale też w pewnym sensie najbardziej ludzki spośród czarnych charakterów Marvela. Szkopuł w tym, że ponoć Bale nie wychodzi z postaci podczas zdjęć. Jak wyglądała praca z nim na planie?

- Wydawałoby się, że przez to trwanie w postaci Christian mógłby trzymać do nas dystans, ale w rzeczywistości był wesoły, przyjacielski i uroczy. Świetnie nam się w przerwach rozmawiało o tym, jak minął mu weekend, czy były dobre fale do surfingu. Po czym wracaliśmy na plan i on w sekundę przeobrażał się w tego przerażającego potwora. Zawsze towarzyszyło nam poczucie bezpieczeństwa. Podczas scen walk, zanim ekipa krzyknęła "cięcie", on już upewniał się, że nic mi się nie stało. "Uderzyłem cię? Czy potrzebujesz wody?" - pytał. Był tak samo skupiony na roli, co na moim bezpieczeństwie i wygodzie. Nawet w scenach, w których przemoc Gorra jest głównie emocjonalna, kiedy mówi Walkirii okrutne rzeczy, by rozbić ją psychicznie, przywołując ból po utracie sióstr, był wspaniałym towarzyszem, uzupełniał mnie, wspierał, kiedy była pora na moje ujęcie.

- My, dorośli, nigdy nie musieliśmy się go bać z żadnego powodu. Natomiast w filmie występują też dzieci. I te dzieci... Tak, one się go bały okrutnie. To było zabawne, bo on w pełnym kostiumie do nich podchodził, usiłował upewniać się, że dobrze się czują, a one nie bardzo tę jego empatię doceniały. Myślę, że legenda Christiana jako osoby niewychodzącej z roli wzięła się stąd, że jest on wspaniałym aktorem, który angażuje się w rolę każdą komórką ciała i tak samo było z Gorrem. Gorr przeraża, ale jest też głęboko ludzki. Do tego Christian potrafił wnieść do tej postaci także humor, krztynę ironicznego patosu, dzięki czemu widzowie wręcz mu kibicują. Oglądanie go przy pracy to była ogromna przyjemność.

Marvel wprowadza do swojego uniwersum coraz więcej postaci queerowych, mieliśmy Phastosa w "Eternals", postacią biseksualną jest także Loki. W "Thor: Miłość i grom" w bardziej przejrzysty niż wcześniej sposób zaadresowana jest tożsamość pani Walkirii. Czy reprezentacja w filmie o takiej skali i zasięgu jest według pani ważna?

- Tożsamość Walkirii była przedmiotem wielu naszych dyskusji. Nie chcieliśmy, by dłużej pozostawała w sferze domysłów, chcieliśmy jasno potwierdzić intuicje widzów. Jednocześnie istotne było dla nas właściwe ujęcie tematu. Bo choć seksualność jest w życiu człowieka bardzo ważna to, kogo kochamy i kto się nam podoba, nie definiuje w pełni tego, kim jesteśmy. Musieliśmy mieć pewność, że Walkiria nie będzie sprowadzona do tego mianownika.

- Jeśli zaś chodzi o temat reprezentacji w filmie: nie jestem pewna, na czym polega ta magia, związana z zobaczeniem jakiejś części siebie na dużym ekranie i dlaczego to tak mocno na nas wpływa, ale tak jest i już. Podejrzewam, że właśnie dlatego tak bardzo kocham kręcić filmy i że z tego powodu uwielbiałam je oglądać na długo, zanim zamarzyłam o byciu aktorką. Filmowe opowieści mi towarzyszyły, sprawiały, że czułam się mniej samotna. Kiedy ekranowy bohater, z którym spędzamy kilka, a w przypadku serialu kilkanaście godzin, w jakiś sposób nas przypomina, potrafi bardzo mocno wpłynąć na nasze poczucie samych siebie. Szczególnie, gdy życie rzuca nam kłody pod nogi i podszeptuje, że coś z nami nie tak. Przyszło nam żyć w czasach, w których wartość społeczności LGBTQI+ jest kwestionowana w wielu miejscach na świecie. Możliwość zobaczenia jej reprezentanta w roli bohaterskiej podkreśla tę wartość, tak przynajmniej mówią mi fani także ci, należący do tej społeczności. Nie umiem wyrazić, jak bardzo jestem wdzięczna, mogąc grać postać, która daje taką siłę wielu ludziom.

Ostatnie lata były dla pani bardzo łaskawe. Sukcesy serii "Creed", "Man in Black", serialu "Westworld", w ubiegłym roku świetnie krytycznie przyjęty film "Pomiędzy", teraz "Thor: Miłość i grom", w postprodukcji trzecia część "Creed"... Jak się pani z tym sukcesem czuje?

- Czuję się wielką szczęściarą. Szczególnie cieszy mnie to, że gram w serialach i filmowych seriach, bo to pozwala rozwijać postać przez wiele lat i stale pracować z ludźmi, których szanuję i uwielbiam. My aktorzy spędzamy bardzo dużo czasu z dala od rodziny i kiedy mamy szansę pracować z kimś bliskim, jest to ogromnym psychicznym wsparciem. Jestem dumna i szczęśliwa, ale jednocześnie mam wrażenie, że przez ostatnie lata skupiałam się głównie na próbach zdefiniowania na swoje potrzeby tego, gdzie się, jako ludzie, znaleźliśmy.

- Na plan "Thora..." weszłam po roku spędzonym z rodziną z powodu pandemii. Miałam czas, by zastanowić się nad tym, co najważniejsze. Sukces nie miał związku z karierą, a z tym, że otaczają mnie kochani ludzie, którzy są bezpieczni. A skoro mowa o głębszych sensach, to na pewno najważniejszym zawodowym wydarzeniem ostatnich lat było dla mnie założenie własnej firmy produkcyjnej Viva Maude. Uznaję to za kulminację dekad przepracowanych w branży.

Zajmowała się pani produkcją jeszcze przed startem Viva Maude, produkując m.in. film "Pomiędzy". Teraz pani firma nawiązała współpracę z Warner Media, w toku są adaptacje książek "Who Fears Death", powieści sci-fi amerykańsko-nigeryskiej autorki Nnedi
Okorafor, "The Secret Lives of Church Ladies" Deeshy Philyaw o czarnych kobietach, kościele i seksualności a także adaptacje  bestsellerowej powieści "Luster" autorstwa Reven Leilani o młodej czarnej dziewczynie, która związuje się z czterdziestokilkuletnim
białym mężczyzną w otwartym małżeństwie. Czy jako producentka zamierza pani zwracać uwagę na tematy, które nie są wystarczająco widoczne i dawać innym szansę, której pani sama do tej pory nie dostawała?

- Mam dla tej firmy bardzo ambitne plany, mimo że funkcjonuje ona na rynku stosunkowo krótko w porównaniu z innymi firmami moich kolegów. Od lat niepokoi mnie w branży pewna tendencja, a mianowicie niezmienna potrzeba wskazania punktu odniesienia. Ludzie zanim zainwestują w projekt, lubią go sobie do czegoś innego porównać, nazwać "nowym tym" lub "czarną wersją czegoś". A ja wiem, że wiele rzeczy, które miały na mnie znaczący wpływ zarówno prywatnie, jak i zawodowo, to były rzeczy wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju, które nie sposób porównać z czymkolwiek.

- Powiedziałabym, że celem Viva Maude jest kreowanie nowych wzorów, nowych narracji. Otwieranie przysłony, poszerzanie szczeliny tak, by wpuścić do świata filmu ludzi, którzy do tej pory byli na marginesie - nie tylko w sensie reprezentacji, ale też w sensie rodzaju historii, jakie chcą odpowiadać. W tym momencie mamy naprawdę solidne plany, przy czym ja wezmę jako aktorka udział tylko w dwóch z mniej więcej dwudziestu projektów, nad którymi pracujemy. Nie chodzi o ekspozycje dla mnie, a o dawanie innym, w szczególności młodym kobietom, możliwości, o których ja - jako młoda dziewczyna zaczynająca w Hollywood - mogłam tylko pomarzyć. Moje przyszłe aktorskie projekty tworzą przeciekawą listę, ale to właśnie tą perspektywą jestem najbardziej podekscytowana.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Tessa Thompson

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy