Reklama

Świat nie kończy się na dubbingu

To dzięki niemu śmialiśmy się na takich filmach, jak "Shrek", "Potwory i spółka", "Madagaskar", "Rybki z ferajny" czy "Uciekające kurczaki". Bartosz Wierzbięta ma 38 lat i jest najbardziej wziętym dialogistą w Polsce.

Choć ma na swym koncie tłumaczenia kinowych przebojów, uważa, że na dubbingu świat się nie kończy. - Ktoś jeszcze musi tłumaczyć sztuki teatralne, musicale, adaptować formaty telewizyjne, robić script doctoring - mówi Bartosz Wierzbięta w rozmowie z Anną Kempys.

Reklama

Co tłumacz miał na myśli, mówiąc: "Jak ktoś przez całe życie pije wino z jabłek, to potem trudno mu się przestawić na jakieś francuskie wynalazki", "Cynicznie wykorzystuję fakt, że mogę eksperymentować na tworzywie, którym jest aktor", "Usta są małe, otwierają się i zamykają cokolwiek mechanicznie" albo "Patrzę, czy zgadzają się kłapy" - dowiecie się z lektury tego wywiadu.

Złoszczą pana kiepskie tłumaczenia? Siedzi pan w kinie i myśli: Zrobiłbym to lepiej...

- Zdarza mi się. Ale nie jest to jakaś moja obsesja.

Powiedział pan kiedyś w rozmowie z INTERIA.PL [w 2002 roku - red.]: "Chciałbym pracować nad większością filmów i czuję się pokrzywdzony, kiedy fajne filmy trafiają do kogoś innego". Czy teraz, kiedy ma pan tak dużą renomę, może wybierać sobie filmy, nad którymi chciałby pracować?

- A skąd. Dialogi do dubbingu piszę tylko w Start International Polska, z którym to studio związany jestem na wyłączność. Siłą rzeczy "przechodzą mi koło nosa" wszystkie filmy, które trafiają do konkurencji. I bardzo mnie to cieszy, bo co za dużo, to niezdrowo. Na szczęście świat nie kończy się na dubbingu. Ktoś jeszcze musi tłumaczyć sztuki teatralne, musicale, adaptować formaty telewizyjne, robić script doctoring... Z przyjemnością się w tym odnajduję. :-))

Dobry dialogista powinien mieć pomysł na to, co chce z danym filmem zrobić. W "Shreku" niektóre odniesienia nie byłyby śmieszne, gdyby nie grał tam Jerzy Stuhr. W "Asterixie..." są zabawne odniesienia do Cezarego Pazury, a w "Lilo i Stitch" jest moment, kiedy Krzysztof Kowalewski "gra" przez moment "Panem Sułkiem". Skąd pan czerpie pomysły?

- Wiedząc kto wcieli się w daną rolę zastanawiam się, czy można do tego jakoś sensownie nawiązać. Ale to kolejna formuła, która kiedyś była nowa i bawiła, ale z czasem została tak wyeksploatowana, że już chyba nudzi. Staram się już nie iść tym kluczem.

Dlaczego w Polsce cały czas najbardziej popularne są "szeptanki" i filmy z napisami? Powszechna jest opinia, że "dubbing może wszystko zepsuć". Jakie są w takim razie, pana zdaniem, zalety dubbingu i dlaczego Polacy tak go nie lubią?

- Faktycznie zły dubbing może wszystko zepsuć. Ale czy bardziej niż lektor, który skutecznie zagłusza nawet muzykę i odgłosy wystrzałów? Trudno powiedzieć. Za to bardzo prosto powiedzieć, dlaczego najbardziej popularne są w Polsce szeptanki. Bo są tanie. A przecież o tym, jaką techniką dany film lokalizować, decyduje emitent. Po co płacić kilkunastu aktorom, którzy będą się grzebać przez 5 dni nagrań? Jeden lektor "to samo" zrobi w 2 godziny.

- Zdaję sobie oczywiście sprawę, że szeptanki mają w Polsce wielu zwolenników. Ale myślę, że to kwestia przyzwyczajenia do czegoś, co przez długi czas było jedyną dostępną opcją. Jak ktoś przez całe życie pije wino z jabłek, to potem trudno mu się przestawić na jakieś francuskie wynalazki. Mówię to bez złośliwości, naprawdę tak jest.

Cytaty z polskiej wersji "Shreka" od dawna krążą jako kultowe powiedzonka, żyją własnym życiem. Czy czwarte spotkanie ze Shrekiem było jeszcze dla pana wyzwaniem?

- Każdy film stanowi jakieś wyzwanie. Nie zawsze z tych samych powodów. W pierwszej części "Shreka" wyzwanie polegało na tym, żeby nie zepsuć czegoś, co w oryginale jest bardzo dobre. Niestety są też filmy, przy których wyzwaniem jest nie pozwolić, żeby wersja polska była tak zła, jak oryginał. Na szczęście "Shrek Forever" do nich nie należy i praca przy nim sprawiała mi dużo satysfakcji. Z początku niepokoił mnie trochę fakt, że ten Shrek jest inny, niż poprzednie. Mniej w nim komediowych fajerwerków, więcej wzruszeń itd. Ale to zamierzony efekt i tak czy siak to kawał dobrego kina.

Jak przebiega praca nad przygotowaniem listy dialogowej dla polskich aktorów? Od czego pan zaczyna?

- Oglądam film zdanie po zdaniu zwracając uwagę na akcenty emocjonalne, ogólny nastrój itd. Wyobrażam sobie, jak ta sama postać w tej samej sytuacji i tych samych emocjach mogłaby to powiedzieć po polsku. Potem gram równolegle z oryginałem. Shrek po angielsku, a ja po polsku. Sprawdzam na ile to się pokrywa: gdzie polski tekst trzeba skrócić, gdzie wydłużyć, gdzie przenieść akcent emocjonalny, żeby zgadzał się z ruchem widocznym w obrazie. Patrzę, czy zgadzają się kłapy (ruch ust). Na przykład przy słowie "mama" usta układają się inaczej niż przy słowie "tata", mimo że oba mają dwie sylaby. Itd. itp. Trochę tego jest.

Czy zdarza się, że tekst rodzi się już na "planie"?

- Praktycznie zawsze, kiedy jestem na tym planie obecny. Cynicznie wykorzystuję fakt, że mogę eksperymentować na tworzywie, którym jest aktor. :-)) A poważnie: obecność aktora i atmosfera w studio faktycznie jest bardzo inspirująca. Większość dobrych pomysłów przychodzi mi do głowy właśnie dopiero na nagraniach.

- Jeżeli natomiast nie jestem na nagraniach obecny, zmiany są raczej minimalne, najczęściej podyktowane wymogami technicznymi (coś za krótko, coś za długo). Poważniejsze, takie jak alternatywne wersje dowcipów, zawsze są ustalane z autorem tekstu. Jeżeli są to zmiany na lepsze, chętnie się na nie zgadzam.

"Wyginam śmiało ciało" - teledysk z filmu "Madagaskar":

Coraz częściej niektóre filmowe postaci są dubbingowane przez celebrytów (piosenkarzy, dziennikarzy etc.). Czy to ułatwienie dla dialogisty czy wręcz przeciwnie? Czy zdarzyło się, że to pan zaproponował, aby konkretna postać "zagrała" w filmie?

- Istotnie była taka tendencja. Ale chyba powoli się od tego odchodzi. Obsadzenie np. Moniki Olejnik w roli rybki-dziennikarki w "Rybkach z ferajny", względnie Wojciecha Manna w roli Brzydkiej Siostry w "Shreku 2" było czymś stosunkowo nowym i bawiło.

- Niestety sensowna skądinąd formuła obsadzania nie-aktorów w epizodycznych rolach, nawiązujących do ich rzeczywistego wyglądu (emploi) czy czego tam jeszcze, szybko została zastąpiona tendencją do zatrudniania możliwie dużej liczby tzw. "znanych ludzi", żeby móc wykorzystać ich nazwiska w promocji. A to, że wielokrotnie kompletnie nie pasowali do postaci - nie mówiąc o tym że wielu zwyczajnie nie umiało grać - najwyraźniej pomysłodawcom nie przeszkadzało. Sądzę jednak, że doszło już w tej materii do pewnego przesytu i w przyszłości mniej będzie kiepsko zdubbingowanych filmów, które próbują ratować się dziesiątkami celebrytów na liście płac.

- Co do drugiej części pytania: tak, kilkakrotnie proponowałem jakieś konkretne nazwiska, ale zawsze byli to aktorzy.

Ma pan na swym koncie - jako dialogista - odcinki przygód "Johnny'ego Bravo", "Krowy i Kurczaka", "Misia Jogi", "Sama i Maxa", "Sfrustrowanego Eryka" i wielu innych. Czym praca nad serialem różni się od pracy nad filmem kinowym?

- Mówiąc brutalnie: jakością efektu końcowego. W serialach są zupełnie inne budżety i harmonogram prac. Zwyczajnie nie ma czasu - czytaj pieniędzy - żeby nagrania trwały tyle, co przy filmie kinowym. W serialu kwestię gra się raz, może dwa razy, jak za pierwszym coś nie wyjdzie. W dubbingu kinowym czasem nad jednym "Dzień dobry" pracuje się dwadzieścia minut. Nic dziwnego, że potem efekt jest lepszy. Ci sami aktorzy w serialu i kinie grają zupełnie inaczej.

- Zupełnie inna jest też jakość animacji w serialach i kinie. W przypadku tych pierwszych synchronizacja głosu aktora z ruchem postaci jest dość umowna. Narysowane usta są małe, otwierają się i zamykają cokolwiek mechanicznie. W filmach kinowych animacja bywa dopracowana w najmniejszym szczególe i trzeba się sporo namęczyć, żeby polski tekst faktycznie pasował do obrazu. Każde różnice od razu widać.

Przed laty w telewizji polskiej były dubbingowane spektakle teatralne, seriale - choćby znakomita "Saga rodu Forsythe'ów" czy "Ja, Klaudiusz". Gdyby współczesne seriale były dubbingowane, który chciałby pan tłumaczyć?

- Mnóstwo. Seriale przeżywają teraz na świecie prawdziwy renesans, wiele pozycji deklasuje kino hollywoodzkie. Fajnie byłoby pisać dialogi do czegoś z jajem. Tym bardziej, że często w tych serialach grają aktorzy stosunkowo nieznani. Jest więc szansa, że taki dubbing tym łatwiej by polskim widzom "wchodził".

Fragment filmu "Potwory i spółka":

Czy ktoś, kto chciałby zostać dialogistą, może udać się do pana po radę? Prowadzi pan np. jakieś zajęcia na uniwersytecie?

- Miałem sporo propozycji prowadzenia zajęć na rozmaitych uczelniach, głównie prywatnych. Ale jakoś niespecjalnie widzę się w tej roli.

- Uczenie podstaw raczej by mnie nudziło. A poza podstawami w dubbingu tak naprawdę liczą się rzeczy, które bardzo trudno nazwać i skwantyfikować. Jak np. wytłumaczyć, dlaczego jakiś dowcip jest śmieszny, a inny nie? Najczęściej sam tego nie wiem.

Powiedział pan kiedyś, że z wszystkich filmów, nad którymi pracował, największy sentyment ma do "Shreka". Czy ta miłość nadal trwa?

- Ja to chyba mówiłem w trochę innym kontekście. Mam sentyment, bo to był w ogóle jeden z pierwszych filmów kinowych - w odróżnieniu od seriali telewizyjnych - do których pisałem dialogi. Na pewno sporo zawdzięczam mu zawodowo. Nie jest to jednak film, który - w oryginale czy już w dubbingu - nazwałbym moim ulubionym. Jasne, lubię go. Ale miłość? Bez przesady. :-))

Który w takim razie z dotychczas zdubbingowanych przez siebie filmów lubi pan najbardziej?

- Nie oglądam ich, więc z czasem mocno zacierają mi się w pamięci. Ale lubię np. "Potwory i spółkę", albo "Świąteczną misję pingwinów z Madagaskaru" - taki dodatek na DVD z "Madagaskarem".

Dziękuję za rozmowę.

_________________________________________________________________________________

Bartosz Wierzbięta (ur. 2 grudnia 1972 roku w Warszawie) - tłumacz i autor dialogów (dialogista). Absolwent Wydziału Neofilologii Angielskiej i Romańskiej Instytutu Lingwistyki Stosowanej UW. Zaczynał od tłumaczeń filmów dokumentalnych dla kanału "Planete". Potem zaproponowano mu, by spróbował sił w dubbingu.

Chrzest bojowy przeszedł, kiedy zdubbingował siedmiominutowy odcinek "Misia Jogi" w ciągu... siedmiu dni. Jak sam wspomina: "Wszystkie koleżanki, które zajmowały się dubbingiem, były na urlopie i nie miał kto zrobić Misia Jogi. No i zaproponowano to mnie. Cały tydzień pracowałem nad siedmioma minutami. :-))". Ale potem się wdrożyłem".

Obecnie zaliczany jest do czołówki tłumaczy filmów dubbingowanych. Ma na swoim koncie odcinki przygód "Johnny'ego Bravo", "Krowy i Kurczaka", "Misia Jogi", "Sama i Maxa", "Sfrustrowanego Eryka" i wielu innych. Autor dialogów do takich hitów kinowych, jak: "Shrek" (wszystkie części), "Madagaskar", "Kurczak Mały", "Rybki z ferajny", "Rogate ranczo", "Planeta 51", "Jak wytresować smoka", "Klopsiki oraz inne zjawiska pogodowe", "Potwory kontra Obcy", "Kung Fu Panda", "Don Chichot", "Film o pszczołach", Uciekające kurczaki", "Nowe szaty króla", "Mali agenci", "Potwory i spółka", "Lilo i Stitch", "Asterix i Obelix : Misja Kleopatra", "Mój brat niedźwiedź", "Pinokio".

Jest również współautorem scenariuszy seriali, m.in. "Na Wspólnej", "Czego się boją faceci, czyli seks w mniejszym mieście", "Faceci do wzięcia", "I kto tu rządzi?".

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje