Reklama

Steve Carell: Doświadczenie totalne

Pracę traktuję poważnie zawsze, siebie nigdy - mówi Steve Carell, który w filmie "Foxcatcher" wzniósł się na wyżyny sztuki aktorskiej mroczną kreacją cierpiącego na zaburzenia psychiczne multimilionera. W wywiadzie z Anną Tatarską gwiazdor opowiada o tym, dlaczego tak późno rozpoczął karierę, kto jest jego ekranowym idolem, a także o piętnie, jakie odcisnęła na nim kreacja w filmie Bennetta Millera.

Ten film wielu określa krótko: "wybitny". "Foxcatcher", nominowanego do Oscara za "Capote" Bennetta Millera, to kolejne autorskie podejście do gatunku filmowej biografii, które jednak większy nacisk kładzie na odtworzenie prawdy emocji, niż drobiazgowo trzyma się faktów. Twórca "Moneyball" tym razem wziął na warsztat poruszającą historię braci-zapaśników Marka i Dave'a Schultzów, których relacja - i życie - ulega drastycznej zmianie, gdy decydują się na współpracę z psychopatycznym milionerem, Johnem du Pontem (Steve Carrell). Potentat kusi braci intratnymi warunkami, wizją niechybnego sukcesu. Działa to szczególnie na młodszego z Schultów - Marka, który, choć na macie świetny, psychicznie jest raczej kruchy. Żyje w cieniu charyzmatycznego, odnoszącego sportowe i pedagogiczne sukcesy brata.

Reklama

Du Pont marzy o stworzeniu zwycięskiej drużyny sportowej, ale chce też być dla swoich podopiecznych bezwzględnym autorytetem, Mistrzem. Nie umie zaakceptować uwielbienia, jakim darzą "naturalnego lidera", Dave'a (Mark Ruffalo). Bogacz wykorzystuje psychicznie mniej asertywnego Marka (Channing Tatum), chce zapełnić lukę na pozycji ojcowskiego autorytetu w jego życiu. Lukę, którą do tej pory wypełniał Dave. W końcu musi dojść do traumatycznej konfrontacji...

Miller tchnął nowe, fascynujące życie w swoich aktorów. Nikogo nie zaskakuje kolejny świetny występ Ruffalo, mającego na koncie nominacje do wszystkich najważniejszych branżowych nagród. Ale doskonałe dramatyczne role Tatuma i Carrella to nowe zjawisko. Szczególnie ten drugi przechodzi na ekranie szokującą przemianę. W ciężkiej charakteryzacji jest niemal nie do poznania - postarzony, nieatrakcyjny, ze specyficznym językiem ciała, odpychający, momentami wręcz demoniczny. Ta rola to dla kojarzonego głównie z komedii aktora ogromny przełom, ale on sam stara się nie przypisywać temu aż takiego znaczenia.

O roli Johna du Ponta udało się z Carrellem porozmawiać - najpierw w Cannes, potem raz jeszcze w Toronto. W bezpośrednim kontakcie zaskakująco skromny, spokojny, przemiły. Kiedy rozmawiamy, aktor staranie dobiera słowa. Jak sam przyznaje, za wszelką cenę chce uniknąć mówienia w sposób pretensjonalny. - Często oglądam wywiady i łapię się za głowę. Ojej - myślę - naprawdę potrzeba tych wszystkich patetycznych, górnolotnych słów, żeby opisać doświadczenie roli? Ja wolę trzymać to doświadczenie w sobie. Nie chcesz wiedzieć, jak powstawała kiełbasa, która tak bardzo ci smakuje. Bo czasami kryje się za tym wstrętna tajemnica.

Anna Tatarska: Zacząłeś grać już po trzydziestce, a pasmo największych twoich sukcesów przyszło po czterdziestych urodzinach. Myślisz, że to dobrze, że twoja kara rozkwitła później?

Steve Carell: - Zdecydowanie. Kiedy zaczęło się u mnie dobrze dziać aktorsko byłem już dawno żonaty, miałem dzieci. Moje priorytety były inne, nie chodziło tylko o mnie. Nie przejmowałem się więc i nie stresowałem tak bardzo - nie żyłem w świecie, gdzie porażka zostawi mnie z niczym. Moje życie i tak było wspaniałe, bo miałem przy sobie rodzinę.

Od początku wiedziałeś, że kariera w filmie to twoja wybrana życiowa ścieżka, czy ta świadomość przyszła później?

- W drugiej klasie podstawówki robiliśmy przedstawienie szkolne na Święto Dziękczynienia. Występowali w nim rdzenni Amerykanie i pielgrzymi. Grałem Indianina w kanoe, udawaliśmy, że wiosłujemy. Nigdy tego nie zapomnę - tak się wczułem w wiosłowanie, że zmieniałem nawet ręce na wiośle. Nauczyciel to zauważył: "Widzisz Steve, gdybyś wiosłował tylko z jednej strony, łódka pływałaby w kółko. Brawo". To był pierwszy raz, kiedy ktoś pochwalił jakieś moje konkretne działanie i nigdy nie zapomnę, jak doskonale się z tym poczułem.

- Długo myślałem, że będę prawnikiem. Aż do momentu, kiedy siedząc w domu wypełniałem aplikację na studia. Jedno z pytań otwartych brzmiało: "Dlaczego chcesz zostać prawnikiem?". A ja nie umiałem na nie odpowiedzieć. Moi rodzice chcieli dla mnie takiej przyszłości, a że płacili za moją edukację, to miałem poczucie, że jestem im to winien, że muszę zostać "kimś". Dlatego idąc do nich z tym formularzem, czułem bezbrzeżne przerażenie, nie wiedziałem jak zareagują na informację, że rezygnuję z aplikowania na prawo. A oni z wielkim spokojem oświadczyli, że to moje życie i mam robić z nim to, co uważam za najlepsze dla siebie. Mam robić to, co kocham.

- Potem wspólnie przygotowaliśmy listę takich rzeczy. Przyglądając się nim zauważyli, że aktorstwo pozwala na robienie największej ilości z nich naraz. "Spróbuj, daj sobie rok i zobacz co z tego wyjdzie" - zachęcali mnie. Kilka miesięcy później przeniosłem się do Chicago, gdzie przez kolejne dziesięć lat pracowałem jako aktor teatralny.

Masz swoich aktorskich idoli?

- Tak, wielu. Peter Sellers, Alan Arkin... I aktorzy dramatyczni, wielu.

No właśnie - dramat. Ty najsilniej kojarzony jesteś z komedią. John du Pont w "Foxcatcherze" to nie twoja jedyna rola dramatyczna w karierze - ale chyba pierwsza tak spektakularna i wymagająca.

- Muszę wyjaśnić jedną rzecz: nie podszedłem do tego zadania, myśląc o jego wadze. Tak, to było ekscytujące wyzwanie, szansa na gatunkową gimnastykę. Ale jakość filmu nie ma związku z jego gatunkiem. Nie klasyfikuję swoich dokonań. Nie rozgraniczam komedii i dramatu, bo przecież postać w filmie nie wie, w jakim filmie gra. Niezmiennie najbardziej liczy się szczerość kreacji. Do każdej roli podchodzę podobnie: pracę traktuję poważnie zawsze - siebie nigdy. Najlepsza recepta! Nie jestem dobrym strategiem, nie potrafię kierować swoją karierą tak, żeby osiągać konkretne cele. Ta rola nie była "po coś", nie zamierzałem skorzystać z niej jako narzędzia do wizerunkowej transformacji i przemienić się w aktora dramatycznego. Po prostu chciałem pracować z Bennettem, z tak wspaniałą ekipą.

Ale jednak ta rola to nobilitacja w środowisku filmowym i wśród krytyków. To naprawdę bez znaczenia?

- Ja się po prostu cieszę, że mam pracę. Nie mam wpływu na to, co ludzie sobie myślą, jakie wyciągają wnioski. Na tym świecie jest miejsce na filmy bezbrzeżnie głupie i śmiertelnie poważne. To jest składowa jego cudowności. Nie uważam, żeby jedno było ważniejsze niż drugie, ludziom tak samo potrzebny jest raz na jakiś czas głupawy śmiech, który rozładowuje emocje, jak i głęboko przeżywane emocje, które ubogacają. Dramat, który przeprowadza nas przez emocjonalny czyściec i komediowy seans, podczas którego płaczemy ze śmiechu, potrafią być równie katarktycznymi doświadczeniami dla widza.

Czy zanim zaoferowano ci rolę w filmie, znałeś w ogóle tragiczną historię Foxcatchera?

- Niezbyt dobrze. Słyszałem coś w wiadomościach, ale tylko zarys sprawy - nie znałem żadnych szczegółów. Poznałem je dopiero, przygotowując się do roli.

Bennett Miller to odważny twórca, wizjoner. Co wydało ci się w jego scenariuszu najatrakcyjniejsze?

- To, jak bardzo skomplikowana jest ta historia. Kiedy po raz pierwszy spotkałem się z Bennettem, próbowaliśmy przeanalizować "trójkąt", o którym opowiada. To niemal straceńcza misja - bo kiedy tylko wyjaśnisz jeden aspekt relacji pomiędzy dwoma bohaterami, zaraz pojawia się jakiś inny, a to całkowicie zmienia dynamikę układu. Niemal niemożliwym jest zrozumieć, co rzeczywiście działo się między tymi trzema mężczyznami. Pewne jest tylko, że każdy z nich na swój sposób szukał miłości, akceptacji. Jednak widz od początku ma przeczucie, że nic dobrego z tych poszukiwań nie wyniknie. Towarzyszy mu poczucie zbliżającej się zagłady, niezbywalne napięcie. To na pewno też było dla mnie magnesem.

Jak zwykle u Bennetta Millera - to nie jest typowa biografia.

- W żadnym stopniu. Mam nadzieję, że ten film ludzie przede wszystkim poczują, a nie tylko odnotują pokazywane w nim wydarzenia. Dla mnie pierwszy seans "Foxcatchera" był ogromnym przeżyciem. Skomplikowane relacje, tragiczna historia, absurdalny humor... Wszystko to ujęte jest przez Bennetta w obraz tonalny, operujący nastrojami, cieniujący rzeczywistość. Nie zdarza się to często.

Dla Bennetta bardzo ważny jest obraz, bo buduje narrację składając wizerunki, jakby malował. Czy na planie jest pedantem?

- Nie byliśmy terroryzowani nakazem idealnego ustawienia się do kamery, ba, nie zawsze nawet wiedzieliśmy, że kamera kręci. Bennett stworzył atmosferę spokoju i skupienia, bardzo dbał o nasz komfort. Dlatego gra w "Foxcatcherze" była bardziej doświadczeniem bycia w pewnym stanie umysłu, niż świadomym graniem postaci czy scen. Wiem, że to brzmi okropnie pretensjonalnie, ale nic na to nie poradzę. Bennett stworzył przestrzeń, w której nie musieliśmy się bać porażki, czuliśmy się bezpiecznie.

Channing i Mark grali bohaterów, u których fizyczność jest ogromnie ważna. Przygotowując się, ćwiczyli, naśladowali ruchy, styl walki. Twój bohater, John du Pont, nie jest sportowcem. Jak odnalazłeś swoją drogę do tej postaci?

- Jest sporo materiału źródłowego. Du Pont dużo pisał, był bardzo płodnym autorem i miał wiele zainteresowań. Był wykształconym człowiekiem. Przez pryzmat tych tekstów udało mi się go "nauczyć". Było tym łatwiej, że będąc tak skupioną na sobie, egocentryczną osobą, zlecił nakręcenie poświęconego sobie filmu dokumentalnego. Ba, nawet więcej niż jednego! Najlepszym źródłem informacji był zawarty w nich surowy materiał, na którym widać go w wersji "za kulisami". Du Pont instruujący ekipę filmową to całkiem inny du Pont niż ten oficjalny, "grany" pod publikę. To mi dało spory wgląd w postać.

- Poza tym dużo rozmawiałem z ludźmi, którzy go znali i rozumieli kim był - albo kim mógłby być. Na przykład jeden z moich rozmówców, który kiedyś trenował z du Pontem, podkreślał, że miał on bardzo słabe, chude nogi - uważniej przyglądałem się więc sposobowi, w jaki chodził. Miał też charakterystyczne spojrzenie i specyficznie konstruował zdania, rytm jego wypowiedzi też był szczególny. Nie chciałem go naśladować, ale przekazać widzom esencję tej postaci.

Na ekranie trudno cię rozpoznać. Ciężka charakteryzacja nie stwarzała dyskomfortu?

- Na planie całkiem o niej zapominałem. Tylko czasami, kiedy mijałem jakieś lustro miałem chwilę zdziwienia - bo nie poznawałem własnego odbicia. To było dziwne uczucie. Co ciekawe, właściwie niemal tylko w takiej charakteryzacji widywali mnie ludzie na planie, bo przyjeżdżałem przed wszystkimi, a wyjeżdżałem po - nakładanie i zmywanie długo trwało. Nagle stałem się dla otoczenia odpychający, przerażający. Ciekawie było patrzeć, jak inni na mnie reagują, kiedy tak wyglądam, jak traktują mnie inaczej. Najważniejszym testem było jednak wspólne oglądanie filmu z moją żoną. Ona zna mnie lepiej niż ktokolwiek na świecie. Powiedziała, że nie widziała mnie na ekranie - był tam tylko du Pont.

Mam wrażenie, że z filmu wyłania się kontrowersyjna obserwacja. Dzięki jego statusowi, dziwactwa du Ponta postrzegane są jako "ekstrawagancja", nie choroba psychiczna. Gdyby był biedny, pewnie dawno już siedziałby w więzieniu albo szpitalu...

- To prawda, ale to też miecz obosieczny. On się otaczał ludźmi, którym sądził, że może ufać. Byli oni od niego zależni, bo im płacił, od jego "widzimisię" zależał ich byt. Nie mógł więc liczyć z ich strony na szczerą troskę czy konstruktywną pomoc, nikt nie zasugerowałby mu wizyty u psychiatry, bo bałby się, że straci pracę. Wszyscy tylko przyklejali uśmiech i kiwali głową. A on potrzebował specjalistycznej pomocy.

Na planie dużo improwizowaliście?

- Bennett chętnie pracuje w ten sposób. Często zaczynaliśmy od scenariusza, potem improwizowaliśmy, aby uzyskać lepsze poczucie sceny i wracaliśmy do skryptu. Albo przepisywaliśmy części scenariusza w trakcie pracy, bo orientowaliśmy się na gorąco, co bohaterowie czuli. Bennett jest uważny, obserwował nas wszystkich pilnie, ale dał nam ogromną swobodę wypowiedzi. Wiedzieliśmy, że był tam, aby nas wspierać i kierować nas w dobrym kierunku.

Do dnia dzisiejszego miałeś okazję oglądać film wielokrotnie, również z publicznością. Coś cię zaskoczyło w jej reakcji?

- Kiedy oglądałem film po raz pierwszy z widownią podczas festiwalu w Cannes byłem zaskoczony, jak wiele scen wywoływało u widzów śmiech. Ale zdawaliśmy sobie z Bennettem sprawę, że będą momenty, które tak będą rezonować. Przecież są w filmie chwile tak niewygodne, że śmiech jest jedyną możliwością rozładowania emocji. Byłem chyba zaskoczony dlatego, że z perspektywy aktora pamiętałem głównie, jak przejmująco bolesne, trudne były te momenty dla bohaterów. Mam jednak wrażenie, że kiedy film zbliża się do finału, widz zaczyna definitywnie zdawać sobie sprawę, jakim tragizmem podszyta jest ta opowieść i już nie jest w stanie się śmiać.

źródło: DE RTL TV/x-news

Trudne jest to filmowe poczucie humoru...

- Tak. Bennett sam mówi, że "jest śmiesznie dopóki... przestaje tak być". Gdyby ta historia nie miała takiego finału, byłaby de facto pełna humoru i groteski, bo te emocje są w nią naturalnie wbudowane. Wystarczy przyjrzeć się mojemu bohaterowi - on był na swój sposób kuriozalny, jak postać żywcem wyjęta z komiksu. Ale to też ofiara takiego a nie innego wychowania, pewnych okoliczności. Wszystko kończy się tak a nie inaczej - i ta perspektywa jest jak całun, przesłaniający całą narrację.

Kiedy pokazywaliście film w Cannes, Mark Schultz był z wami. Wypowiadał się pochlebnie o filmie, wspierał Bennetta. Potem stało się coś dziwnego - na Twitterze obraził reżysera, twierdząc że film to stek kłamstw. Najbardziej zdenerwowało go chyba to, że krytycy interpretują jego relację z du Pontem jako podszytą homoerotyzmem...

- Mark odwiedzał nas na planie, podobnie jak żona Dave'a Schultza, Nancy. Mieliśmy jednak niepisaną umowę, że będziemy trzymać się z dala od siebie. Oczywiście po ostatnim klapsie, poznaliśmy się trochę lepiej, jak zresztą cała ekipa (śmiech). Na temat tej historii i samego du Ponta istnieje wiele przypuszczeń, domysłów - ale któż mógłby dziś obiektywnie stwierdzić, jak było? Postanowiliśmy z Bennettem, że nie chcemy o niczym przesądzać, stawiać diagnoz. Kontrowersje, o których wspominasz, dotyczą poziomu interpretacji filmu, nie faktów. Warto też zauważyć, że Mark jest w samym centrum tej sytuacji, zaangażowany emocjonalnie na pewno w jakimś stopniu traci obiektywizm. Było wiele plotek, podszeptów na różne tematy, ale my skupiliśmy się na researchu.

- Pracując nad rolą dużo czytałem i rozmawiałem z ludźmi, którzy znali temat, ale podkreślam - wszystko, nad czym pracowaliśmy, to opinie - nie ma czegoś takiego jak jedna prawda o tych wydarzeniach. Myślę, że Bennett prezentuje wszystkie tropy w bardzo otwarty sposób i pozostawia widzowi szansę na wyciągnięcie własnych wniosków. Jedno było dla nas jasne - chcemy tej historii i jej bohaterom oddać należny szacunek. I nie mam wątpliwości, że to się udało.

Mark Ruffalo i Channing Tatum dużo mówią o wyczerpujących treningach. Przygotowania do filmu określają często jako bolesne, wręcz masochistyczne. A co ty czułeś?

- Wspomnienie planu rozmywa się w mojej głowie. Przyjeżdżamy do Pittsburgha i tyle. Dalej już niewiele pamiętam Chłopaki mówią, że przez większość czasu byłem "w postaci". Obchodzili mnie z daleka. Ujmę to tak: cieszę się, że nie kręciliśmy tego filmu na miejscu, że nie musiałem wracać co noc do domu. Zburzyłoby to moje skupienie, a moim bliskim zafundowałbym gehennę. Pracowałem z ciężką charakteryzacją i mroczną duszą, wolałem trzymać się z dala od towarzyskich pogaduszek na planie, żeby utrzymać emocjonalną barwę - tak jak już wspominałem, "Foxcatcher" to film tonalny, zależało mi na spójności. Wszyscy zanurzyliśmy się w tym projekcie całkowicie, każdy w inny sposób, ale to było doświadczenie totalne.

- A potem, po kilku miesiącach nagle wracamy do rzeczywistości i zaczyna się trasa promocyjna, dzień w dzień siadam obok chłopaków i opowiadamy prasie o swoich wspomnieniach - na tym etapie udało mi się zrekonstruować sporo faktów. Ale wcześniej to było jak lunatykowanie, trans. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem niczego podobnego. Chyba dlatego, mimo całego zawartego w nim mroku, jest dla mnie pewnego rodzaju jasnym punktem, swoistym objawieniem.

Anna Tatarska

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy