Reklama

Sam Riley: Nie boję się otaczać mądrzejszymi od siebie

Sam Riley na premierze filmu "Mroczna dolina" (The Dark Valley) na festiwalu w Berlinie (2014)

Szukałeś jakichś analogii pomiędzy waszym małżeństwem a małżeństwem Curie?

Reklama

- Na pewno Alexandra chciałaby, żebym był bardziej jak Piotr. Tyle że on skończył tragicznie, pod kołami wozu konnego. Ja przynajmniej jeszcze żyję, choć w filmach już parę razy zdarzało mi się zostać przejechanym. A tak serio: miałem szczęście wychowywać się w domu, w którym rodzice funkcjonowali na równych prawach. Dzielili się obowiązkami, angażowali w sprawy rodzinne, ale każde potrafiło też znaleźć trochę czasu dla siebie. Matka miała własne zainteresowania, więc rozumiała, że ojciec potrzebował wyjść z kolegami pograć w rugby. Wydaje mi się, że wiem, jak powinno wyglądać dobre małżeństwo.

Panuje przekonanie, że mężczyźni boją się silnych kobiet.

- To kwestia pewności siebie. Ludzie unikają kontaktu z kimś bardziej inteligentnym od siebie, bo zdają sobie wówczas sprawę, że nie wiedzą tyle, ile sądzili, że wiedzą. Nie boję się otaczać mądrzejszymi od siebie. Zapomnij o kompleksach, pomyśl, jak wiele możesz się nauczyć. Zresztą zdążyłem się już pogodzić z faktem, że moja żona zawsze wie lepiej ode mnie. Dziadek wyjaśnił mi kiedyś, że na tym właśnie polega sekret udanego małżeństwa. Trzymam się tego od dziesięciu lat, póki co z dobrym skutkiem.

Słyszałem, że niewielu aktorów starało się o rolę Piotra w "Skłodowskiej". Jak ci się wydaje - dlaczego?

- Bo to drugoplanowa postać w cieniu silnej bohaterki. Piotr nigdy nie postrzegał błyskotliwego umysłu Marii jako zagrożenia dla siebie. Przeciwnie. Tymczasem aktorzy są przyzwyczajeni do tego, że to kobiety grają u ich boku. Najczęściej są czyjąś żoną, matką, córką.

"Nie ma małych ról, są tylko mali aktorzy" - przekonywał Stanisławski.

- Z Benem Wheatleyem - z którym zrobiłem trzy filmy, a ostatnio "Rebekę" dla Netflixa, mamy taki żart, że jestem "stealth lead" [w dosłownym tłumaczeniu "ukradkowa główna rola" - przyp. red.]. Przynajmniej tak siebie zawsze wyobrażam, niezależnie od rzeczywistego wymiaru roli. (śmiech)

Wcielanie się w autentyczną postać to dla aktora większa odpowiedzialność?

- Na szczęście nie zagrałem jeszcze kogoś, kto by żył i mógł to obejrzeć. W przypadku Curtisa miałem właściwie pełną wolność, mogłem zbudować postać wedle własnych wyobrażeń. Poza dosłownie kilkoma archiwalnymi nagraniami z występów Joy Division, które starałem się możliwie dokładnie odtworzyć, nie miałem innych punktów odniesienia. Zupełnie inaczej niż z postaciami pokroju Borisa Johnsona, jego manieryzmy są wszystkim znane. Impersonacja to też sztuka, ale jako aktor mógłbym się takim naśladownictwem udusić.

A mógłbyś zagrać Borisa Johnsona?

- Cóż, to... interesująca postać.

Nie tylko dobry z ciebie aktor, ale i dyplomata.

- Jak widzisz są jeszcze na świecie Brytyjczycy, którzy wiedzą, na czym polega dyplomacja. Przypominam, że żyję w Europie. Przeniosłem się na stałe do Niemiec, od lat mieszkamy w Berlinie. Cieszę się, że dokonałem Brexitu w mądrym wydaniu, na własnych warunkach.

Rozmawiał Piotr Guszkowski


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Sam Riley

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje