Reklama

Sam Riley: Nie boję się otaczać mądrzejszymi od siebie

Próbował sił jako rockman, ale karierę zrobił dopiero, gdy muzyka zagrał. Ian Curtis odmienił też jego życie prywatne. A czego Sam Riley nauczył się od Piotra Curie? Bo że przepis na udane małżeństwo sprzedał mu dziadek, to już wiemy.

Sam Riley na premierze filmu "Mroczna dolina" (The Dark Valley) na festiwalu w Berlinie (2014)

Piotr Guszkowski: Zdecydowałeś się rzucić rocka dla aktorstwa. Nie żałowałeś tego?

Reklama

Sam Riley: - Ponoć w dzieciństwie wchodziłem w zabawę z większym zaangażowaniem niż rówieśnicy, przynajmniej jeśli wierzyć moim rodzicom. Uruchamiałem wyobraźnię, organizowałem sobie odpowiednie rekwizyty i kostium. Gdybyś zapytał mojego starszego brata, z którym graliśmy w kapeli 10,000 Things, powiedziałby pewnie, że tak naprawdę zawsze byłem przede wszystkim aktorem.

Nawet jako wokalista na scenie?

- Do zadań frontmana należy nie tylko śpiewanie, ale też standardowa gadka: zabawianie publiczności, robienie show. Występowaliśmy głównie w pubach, a na festiwalach schodziliśmy ze sceny w momencie, jak ludzie dopiero zaczynali się zbierać na koncerty właściwych gwiazd. Nie ma co ukrywać: publiczność zaszczycała nas w dość skromnym składzie. Ale jeśli występujesz dla tych paru osób na krzyż, musisz się jeszcze bardziej postarać, niż kiedy stajesz naprzeciwko tłumu.

Sięgasz jeszcze czasem po gitarę albo śpiewasz - niekoniecznie przy goleniu?

- Wiesz, że znów zacząłem pisać piosenki? Po pewnym czasie na aktorskim bezrobociu potrzebowałem jakiegoś kreatywnego zajęcia, żeby nie zwariować wśród pieluch. W los aktora wpisana jest obawa, że twoja ostatnia rola będzie rzeczywiście "tą ostatnią" i nic więcej nie zagrasz. Dlatego agenci radzą chodzić na castingi, byle o tobie nie zapomniano. Niektórzy boją się tego tak bardzo, że desperacko próbują przypomnieć branży o swoim istnieniu występami, których po latach będą się wstydzić. Ja tak nie umiem, uciekam w muzykowanie. Goniłem za sławą jako rockman i nic z tego nie wyszło. Chyba dorosłem. Inna sprawa, że wbrew powszechnemu wyobrażeniu codzienność aktora to nie dni na planie, więcej czasu zajmuje czekanie i podejmowanie decyzji. Trzeba się nauczyć mówić: "nie".

Ty potrafisz?

- Wiele razy odmawiałem. Nigdy nie decydowałem się na jakąś rolę tylko dlatego, żeby w konsekwencji dostać inną, większą, wymarzoną. Wziąłem udział w "Czarownicy", bo chciałem pracować z Angeliną Jolie i spróbować choć raz wysokobudżetowego kina. Nie liczyłem, że ten film otworzy mi na oścież drzwi do Hollywood. Zresztą, jak widać, słusznie. (śmiech) Poza tym bardzo cenię sobie życie rodzinne. Oboje z żoną jesteśmy aktorami, więc i tak wystarczająco dużo nie ma nas w domu. Zależy mi na zachowaniu równowagi, chciałbym być obecny jako mąż i ojciec. Plus miałem to szczęście, że zwykle kiedy zaczynałem panikować z braku propozycji, na horyzoncie pojawiała się interesująca rola.

Taka jak Piotr Curie?

- Przed przeczytaniem scenariusza praktycznie nic o nim nie wiedziałem. Słyszałem, że był bardzo nowoczesnym mężczyzną, ale w trakcie pracy nad filmem zdałem sobie sprawę, że to niewłaściwe określenie. Reprezentował podejście wyjątkowe nawet na dzisiejsze czasy. Mimo upływu lat nierówności pomiędzy płciami niestety się utrzymują, także w mojej branży widać to jak na dłoni. Mam na myśli dysproporcje w zarobkach aktorek i aktorów oraz wciąż dość ubogą ofertę interesujących, wielowymiarowych postaci dla kobiet.

- Jak sięgam pamięcią, w szkole właściwie tylko dwie kobiety przedstawiano nam jako te, które coś osiągnęły: Florence Nightingale i Marię Skłodowską-Curie. Mam nadzieję, że dziś dzieciaki uczone są inaczej. Naukowiec może być ciekawszy od agenta 007, trzeba tylko chcieć go tak przedstawić. W końcu Piotr Curie miał świadomość, że wiedza, jaką razem z Marią dali światu, może zostać wykorzystana w niecny sposób.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Sam Riley

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje