Robin Campillo: "120 uderzeń serca" powraca do czasu, kiedy nie było komórek ani internetu

"Gdy czujesz gniew i sprzeciw wobec tego, co robią politycy, nie czekaj. Walcz o swoje prawa" - czytamy w opisie filmu "120 uderzeń serca". Porywająca historia o sile młodości i narodzinach ruchu sprzeciwu na początku lat 90. zadebiutuje na ekranach polskich kin 11 maja 2018 roku.

Robin Campillo z nagrodą w Cannes, maj 2017

"120 uderzeń serca" to pełen pasji i furii portret młodości spotykającej śmierć, rozdyskutowane kino polityczne i poruszająca love story. To także zbiorowy portret pokolenia, chyba ostatniego, które tak namiętnie wierzyło w możliwość zmiany i w to, że politykę trzeba uprawiać na ulicach.

Reklama

Są wczesne lata 90. XX wieku, epidemia AIDS zbiera we Francji żniwo przy cichej zgodzie rządu i koncernów farmaceutycznych. Zmowę milczenia wokół choroby akcjami, marszami, happeningami starają się przerwać aktywiści z paryskiego ACT UP.

Film Robina Campillo, wyróżniony w 2017 roku Grand Prix przez canneńskie jury (na czele którego stał Pedro Almodóvar), jest powrotem do lat 90. XX wieku - reżyser sam był aktywistą ACT UP, a jego partner zmarł na AIDS.

Jaki był twój związek z Act Up Paris przed przystąpieniem do realizacji filmu?

Robin Campillo: - Dołączyłem do Act Up w kwietniu 1992 roku, około 10 lat po wybuchu epidemii AIDS. Jestem gejem, więc lata 80. przeżyłem w strachu przed tą chorobą. Na początku lat 90. trafiłem w telewizji na wywiad z Didierem Lestrade'em, jednym z założycieli Stowarzyszenia. Mówił o "społeczności AIDS", do której zaliczył osoby dotknięte chorobą, ich bliskich oraz pracowników służby zdrowia zmagających się z epidemią, którzy w większości przypadków nie mogli liczyć na żadne wsparcie ani zainteresowanie ze strony społeczeństwa. Ta wypowiedź przełamała ponad dekadę ciszy. Wtedy postanowiłem dołączyć do Act Up.

- Już podczas pierwszego spotkania, w jakim uczestniczyłem, uderzyła mnie radość i żywiołowość grupy - mimo tego, że epidemia przechodziła właśnie apogeum. Każdy mógł się swobodnie wypowiedzieć. Geje, którzy w latach 80. byli bezbronni w obliczu choroby, stali się - w ujęciu kolektywnym i publicznym - kluczowymi graczami w walce z AIDS. Towarzyszyły im inne osoby dotknięte chorobą, dzięki którym nasza perspektywa rozszerzała się o osobiste doświadczenia ludzi uzależnionych od narkotyków, cierpiących na hemofilię, byłych więźniów, itp. W ramach zbiorowej walki o ich podmiotowość informowano o chorobie, uczono technicznych zawiłości medycznego języka. W tamtym okresie standardem nie było nawet mówienie w liceach o prezerwatywach czy upominanie się o punkty wymiany igieł i strzykawek dla uzależnionych.

Jak opisałbyś ten film? To autobiografia czy rekonstrukcja?

- "120 uderzeń serca" to film fabularny. Starałem się odtworzyć wiele debat i akcji, które miały miejsce w przedstawionym okresie, ale odchodziłem przy tym od faktycznego przebiegu zdarzeń i aranżowałem je tak, aby pasowały do fabuły. Inspiracją do stworzenia moich bohaterów były głównie sytuacje oraz emocje, z jakimi się zmagali, a nie konkretne postaci. Chciałem jednocześnie skonfrontować z tą historią nowe pokolenie, a także wykorzystać osobowości aktorów wyłonionych na drodze castingu. Dzięki temu udało mi się całkowicie uchronić przed pokusą naśladowania rzeczywistych osób.

Twoim zdaniem, "120 uderzeń serca" to film dokumentujący tamten czas?

- Nie chodziło mi o stworzenie malowniczego opisu przeszłości. Wolę skupiać się na związkach przeszłości z teraźniejszością. Na przykład: jeśli chodzi o ubrania, sam jestem w stanie dostrzec pewne cechy wspólne. Krój jeansów i kurtek bomberek trochę się zmienił na przestrzeni lat; to wpływa na sposób poruszania się ludzi i bardzo szybko przeniosło mnie do przeszłości. Pod tym względem kluczowa była kwestia technologii komunikacyjnych. "120 uderzeń serca" powraca do czasu, kiedy nie było komórek, internetu czy mediów społecznościowych. W tamtym okresie organizacje nie miały jeszcze możliwości publikowania swoich materiałów na szeroką skalę, a dominującą rolę odgrywała telewizja - miało to ogromny wpływ na sposób przygotowania i zorganizowania akcji Act Up. Dzięki internetowi i sieciom społecznościowym łatwo dziś poczuć się częścią jakiejś wspólnej wrażliwości czy walki, ale tego rodzaju zjednoczenie trudno pokazać. W momencie przedstawionym w filmie było ono możliwe tylko na płaszczyźnie fizycznej: ludzie stali naprzeciwko siebie i wymieniali się pomysłami. Act Up Paris to jedno z niewielu stowarzyszeń organizujących cotygodniowe spotkania dla wszystkich członków i członkiń, które jednocześnie były otwarte dla każdego.

Film opowiada też o chorobie.

- W Act Up chorzy przeżywali swoją chorobę, jednocześnie ją pokazując. Nadchodzi jednak moment, w którym człowiek przestaje uczestniczyć w tych działaniach. Gdy choroba staje się zbyt poważna, Sean (główny bohater filmu) nie może już grać. Choroba na powrót wpycha go w samotność, z którą grupa pozwoliła mu się wcześniej uporać. W ostateczności Sean przeżywa swoją chorobę w tunelu samotności, to ona go definiuje. Scena w szpitalu, gdy Sean ogląda fragment akcji w wiadomościach telewizyjnych przypomina mu, że chociaż te działania zostały podjęte dla niego, od tej pory będą odbywać się bez niego.

Seanowi w jego samotności towarzyszy jednak Nathan. Jakie jest znaczenie tej historii miłosnej w ramach szerszej historii grupy aktywistów?

- Dlaczego ludzie przywiązują się do siebie? Często zapominamy, że prawdziwej miłości zawsze towarzyszą sztuczne wyobrażenia - to wszystko, co nazywamy romantyzmem. Nathan zakochuje się w Seanie, bo zakochał się w całej grupie. Nie deprecjonuje to w żaden sposób wyjątkowości uczucia, jakim darzy Seana. Jest jedno zdanie, które nie znalazło się ostatecznie w filmie, ale trafia w sedno jego motywacji: "Może jestem w nim zakochany właśnie dlatego, że on umrze". Nathan nie jest tego pewien, ja też nie. Z drugiej strony może Sean jest z Nathanem, bo chce mieć kogoś, z kim mógłby dzielić się swoim doświadczeniem choroby. To właśnie, mniej więcej, mówi Nathanowi, kiedy przeprasza go, że akurat w nim się zakochał.

Między tą parą a grupą polityczną pojawia się kolejny wymiar zbiorowości - rodzina.

- Rodzina biologiczna, reprezentowana przez matkę Seana, i rodzina z wyboru, aktywiści... Zawsze wolałem określenie "społeczność". Rodzina biologiczna to rodzina, którą w pewnym momencie opuszczamy, aby przyłączyć się do innych społeczności. W grupie mamy do czynienia ze swego rodzaju braterstwem. Chciałem, aby rodzina biologiczna pojawiła się na sam koniec filmu, co miało też uwydatnić kruchość tych więzów - matka to jedyna osoba, o której do tego momentu nie pada ani jedno słowo. Interesował mnie ten brak zazębiania się pomiędzy nią a grupą. Max jest jedynym przyjacielem Seana, którego zna jego matka. Zupełnie jakby podążała równoległą ścieżką. Motyw "pękniętej biografii" często pojawia się w odniesieniu do gejów. Dziś nie jest to już tak częste, ale podczas epidemii AIDS było na porządku dziennym. Jednocześnie podoba mi się, że kobieta, która nikogo nie zna, nagle ma poczucie, że ci ludzie są jej rodziną. Zupełnie nie zważa na kwestie biologiczne.

Film kończy się eutanazją. Czy twoim zdaniem Sean zmarł na AIDS?

- Stopień zaawansowania choroby Seana pozostaje kwestią otwartą. Oczywiście, jego stan pogarsza się w miarę upływu czasu. Dla mnie jednak najważniejsze w sekwencji w mieszkaniu było pokazanie chłopaka w punkcie, z którego nie ma powrotu, gdzie połączenie ze światem zewnętrznym jest najbardziej nadwątlone. On po prostu chce, żeby to się już skończyło. Podczas epidemii AIDS zdarzały się takie nielegalne eutanazje. Może nadszedł czas, by o tym opowiedzieć.

Twój poprzedni film, "Eastern Boys", był podzielony na rozdziały, z których każdy utrzymany w różnym stylu. "120 uderzeń serca" też nie jest obrazem jednorodnym, każda sekwencja jest inna.

- Nigdy nie wiem, jak mam się określić, kiedy pyta się mnie o gatunki filmowe. Interesują mnie zmiany stanu, perspektywy i skali. Kiedy postać przechodzi z jednej emocji w drugą, analogicznie zmienia się kolor i rejestr teatru rzeczywistości. Staram się kręcić filmy, w których publiczność nie ma kompasu, nic nie jest konkretnie zaplanowane, a wszystko może się zmienić w każdej chwili. Na przykład akcja w liceum kończy się pocałunkiem Seana z Nathanem, który miał być prowokacją, przechodząc od razu w radośnie naiwną scenę w klubie, po czym para od razu ląduje w łóżku. Starałem się przenieść oświetlenie klubowe do sypialni, aby widzowie zagubili się w tych zamazanych liniach i granicach, doświadczając w efekcie niczym nieskażonych emocji.

Międzynarodowy tytuł filmu, "120 Beats per Minute", sugeruje tempo muzyki albo rytm serca. Czyli już w samym tytule podkreślasz rolę, jaką w filmie gra muzyka.

- Nie każdy słuchał house'u i nie wszyscy po zakończonej akcji szli wieczorem do klubów. Jednak narzucenie tego muzycznego stylu pozwoliło mi dotknąć konkretnego momentu w czasie. W moim odczuciu muzyka house stanowi swego rodzaju soundtrack tej epoki. Jednak tak naprawdę tylko jeden utwór pochodzi bezpośrednio z tamtych lat: "What About This Love" w wykonaniu Mr. Fingers. Reszta została skomponowana przez Arnauda Rebotiniego, z którym współpracowałem już przy "Eastern Boys". Arnaud jest DJ-em i chodzącą encyklopedią muzyki lat 90., ma też wszystkie instrumenty z tamtego okresu. Jest tylko jeden wyjątek w ścieżce dźwiękowej skomponowanej przez Arnauda: zremiksowany przez niego na potrzeby filmu oryginalny synthpopowy utwór "Smalltown Boy" Jimmy'ego Somerville'a. Jednym z moich pierwszych wspomnień związanych z Act Up był wspaniały koncert, jaki Somerville zagrał dla naszego stowarzyszenia w hali Cirque d’Hiver. "Smalltown Boy" pochodzi z 1984 roku, więc jest bardziej związany z czasami, w których rozpoczęła się epidemia. To jedna z pierwszych otwarcie gejowskich piosenek w historii muzyki pop. Dla mojego pokolenia był to ważny element, który nas łączył i pobudzał do działania.

Czy jest konkretny powód, dla którego nakręciłeś ten film akurat dziś?

- Decyzja o nakręceniu takiego, a nie innego filmu w danym momencie zawsze wynika z jakiejś potrzeby. Chciałem opowiedzieć tę historię, bo miałem poczucie, że nikt tego wcześniej nie zrobił. Zależało mi też na tym, aby zyskała uniwersalny, pozbawiony nostalgii wymiar. Nie wierzę w bezpośredni wpływ kina na politykę. Nie chodzi mi o zaproponowanie remedium na coś, co dziś nie działa. I mówię to bez żadnej nostalgii - nie może być mowy o tęsknocie za brutalnością tamtych lat. W filmie można wyczuć smutek związany ze stratą tych wszystkich ludzi, których podziwialiśmy, kochaliśmy i z którymi się śmialiśmy. Jednak staram się skupić na tych z nas, którzy przetrwali i wciąż walczą z chorobą.

Dowiedz się więcej na temat: 120 uderzeń serca | Robin Campillo

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje