Robert Gonera: Niczego nie planuję

Robert Gonera /Piotr Bławicki / DDTVN /East News

Znakomity aktor. Sprawdza się w rolach ludzi postawionych przed wyzwaniem – im jest ono trudniejsze, tym lepiej. Pamiętamy go m.in. z „Samowolki”, „Gier ulicznych” i „Długu”, obecnie oglądamy w serialu „Belfer”, a wkrótce zobaczymy w „Kantorze”.

Reklama

Podobno szykuje się pana wielki come back...

Robert Gonera: - Ale ja nigdzie nie wyjechałem... Cały czas pojawiam się w różnych produkcjach i mam nadzieję, że wkrótce na dobre zagoszczę na ekranach. Za sobą mam zdjęcia do serialu "O mnie się nie martw", w którym wcielam się w rolę prawnika Borysa Górskiego. W Canal+ trwa emisja kryminalnego "Belfra" z moim udziałem - gram ojca Asi, Bogdana Walewskiego. Wystąpiłem też w trzeciej części niemieckiego serialu kryminalnego "Telefon 110". Akcja toczy się na granicy w Słubicach.

Pod pana domem ustawiają się kolejki fanek?

- Być może trafiają jeszcze pod stary adres, bo nic mi na ten temat nie wiadomo.

Często zmienia pan adresy?

- Dość często. Kiedyś te zmiany wynikały m.in. z przyczyn rodzinnych, a dziś z zawodowych. Przestałem przywiązywać się do miejsc i mieszkam tam, gdzie w danym momencie mam pracę. Na stałe we Wrocławiu, a kiedy mam więcej dni zdjęciowych, wynajmuję mieszkania w Warszawie.

Czyli jednak najbliższe pana sercu jest miasto rodzinne?

- Oba są mi bliskie, choć pod względem atmosfery i relacji międzyludzkich zupełnie różne. Trudno byłoby mi tworzyć jakikolwiek ranking i wskazywać w nim zwycięzcę.

Pamięta pan, w jakich okolicznościach zaczęła się pana przygoda z aktorstwem?

- Teatrem i poważniejszą literaturą zafascynowałem się w liceum. Zacząłem grywać w pierwszych amatorskich przedstawieniach, kabaretach i tak się zaczęło. Wcześniej była fascynacja kinem, do którego chodziłem najczęściej jak mogłem. Kumulacja tych zainteresowań stała się dla mnie pretekstem do nieskromnych myśli o studiach na reżyserii. Żeby składać papiery, trzeba było mieć dyplom. Dlatego wymyśliłem sobie, że najpierw pójdę na studia aktorskie i jakież było moje zdziwienie, gdy się dostałem.

Reklama

Pierwszy aktor w rodzinie był powodem do dumy?

- Mama widziała mnie w roli lekarza, a w najgorszym wypadku - filologa. Jednak później już z pełną wyrozumiałością podchodziła do tego, co robię. Zaangażowałem się w granie na tyle, że zapomniałem o reżyserii.

Miał pan autorytety, na których się pan wzorował?

- W tej chwili trudno mi sobie przypomnieć, ale myślę, że to były po prostu ówczesne gwiazdy ekranu - za oceanem Robert De Niro czy Al Pacino, a na rodzimym gruncie ówcześni tuzowie, m.in. Tadeusz Łomnicki, Daniel Olbrychski.

Pierwsze doświadczenia zawodowe wiązały się z rozczarowaniem?

- Nie, ponieważ na początku nie miałem specjalnych wymagań wobec tego zawodu i siebie w nim. Myślę natomiast, że miałem dużo szczęścia do poznawania fantastycznych reżyserów i ludzi, którzy przeprowadzali mnie z jednej roli do drugiej.

Dziś, po blisko 30 latach od zdania do szkoły filmowej, mógłby pan podsumować, co dało, a co zabrało panu aktorstwo?


- Aktorstwo niczego mi nie zabrało. Dało natomiast profesjonalne doświadczenie branżowe i spory dorobek artystyczny. Czynnikiem, który coś zabiera, jest zwykle głos z boku w formie plotki czy komentarza, najczęściej nie do końca zgodny z prawdą. Wobec takich sytuacji aktorzy są bezbronni. Nie mamy wpływu na to, co się o nas wypisuje. A ja przyzwyczaiłem się uprawiać mój zawód, a nie prywatny PR czy marketing.

Jakie ma pan odczucia, widząc siebie na ekranie?

- Oglądając "Determinatora", widzę dobrze zagraną rolę człowieka w depresji, a nie Gonerę w depresji. To jest ta różnica między tworzeniem jakiejś postaci, a tym, co prywatnie mi się przypisuje. Myślę, że moje aktorstwo sprawdziło się w tak rozmaitym repertuarze, że coś mnie jeszcze czeka, o ile nie będzie medialnej nagonki na moją osobę. Prawda jest taka, że nigdy nie unikałem odpowiedzialności. Przez 30 lat pracy nie było sytuacji, żebym nie pojawił się na planie czy zerwał kontrakt.

Jak wspomina pan serial "Przepis na życie"?

- Bardzo miło, chociaż myślałem, że w końcu przestanę grać postać proszącą o łaskę głównej bohaterki. Myślałem, że to się przełamie na jakimś etapie, ale tak się przełamało, że serial się skończył. Uważam, że każda rola wymaga zmiany.

W przyszłości chciałby pan grać amantów, bandytów, czy może np. statecznych ojców?

- Nigdy nie marzyłem o zagraniu konkretnej roli, a raczej o tym, żeby spokojnie uprawiać swój zawód. Cóż mogę chcieć w moim wieku, z moimi doświadczeniami... Myślę, że elastyczność aktora jest zależna od jego emploi, więc moja jest dość duża. Coraz częściej zdarza mi się grać osoby dojrzałe, natomiast każda postać ma jeszcze swoje specyficzne cechy. I tu się zaczyna aktorstwo, czyli granie tego, co jest zapisane w scenariuszu, a nie tego, co bym chciał.

Podobno pan również pisze scenariusze?

- Jestem bardzo krytyczny wobec swojego pisania, więc nie można powiedzieć, że cały czas piszę. Nigdy nie nazwałbym siebie scenarzystą. Na produkcji kreatywnej w Szkole Andrzeja Wajdy nauczyłem się prowadzenia projektów, m.in. czytania scenariuszy ze zrozumieniem i pewnej umiejętności analizy.

Chodzi pan czasami na imprezy celebryckie?

- Jestem już w takim wieku, że trudno byłoby mi się narzucać do tej medialnej rzeczywistości. Z drugiej strony jestem świadomy, że bywanie jest w pewnym sensie przypisane do zawodu publicznego, więc nie mam do tego żadnych uprzedzeń.

Mimo to pewnie nie wierzy pan w przyjaźń w show biznesie?

- Nadal we wszystko wierzę, tyle że w czasach, w których żyjemy, relacje między ludźmi w ogóle przestały być istotne. Wychodzę z założenia, że należy pogodzić się z faktem, iż w trudnych sytuacjach tylko nieliczni są w stanie pomóc.

Skoro mowa o relacjach, w kim obecnie znajduje pan największe oparcie?

- Dużo pomaga mi rodzina. Prywatnymi przemyśleniami w największym stopniu dzielę się ze starszym bratem. Poza tym staram się mieć dobre relacje ze wszystkimi ludźmi. Domysły w prasie, a tym samym obsadzanie mnie w roli kogoś, kim nie jestem, powodują, że coraz trudniej mi wytłumaczyć, że jestem normalnym człowiekiem, który dba o relacje.

Łatwiej jest panu nawiązać porozumienie z dorosłą córką, czy z synami w wieku szkolnym?

- Gdy ma się dzieci, porozumienie istnieje od samego początku, ale trzeba o nie dbać. Córka ma 26 lat i swój świat, którego jestem świadkiem. Staram się wspierać ją z całych sił i zawsze trzymam za nią kciuki. A chłopaki są w tym wieku, że wymagają bardzo dużo kontaktu z ojcem. Pracujemy nad tym. W wakacje, jak co roku, byliśmy nad Bałtykiem. Mamy tam zaprzyjaźnione miejsce, w którym uruchamiamy wszelkie formy aktywności na świeżym powietrzu, takie jak: kąpiele, rowery, spacery.

Chciałby pan, żeby dzieci zawodowo poszły w pana ślady?

- Rodzice nie mają wpływu na większość życiowych decyzji swoich pociech. Natomiast uważam, że warto obserwować ich predyspozycje i fascynacje. Myślę, że bez względu na profesję, najważniejsze jest, żeby to, co robimy, coś mówiło i znaczyło. Aktorstwo to zawód chimeryczny, mimo to córka w pewnym sensie zaczęła już podążać tą trudną ścieżką. Z drugiej strony nie mogę narzekać na to, że przytrafiło mi się w życiu ponad 50 dobrych ról.

Jakieś plany na dalszą przyszłość?

- W myśl powiedzenia "Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach", przestałem planować. Trzymam się raczej kursu i nie wybiegam myślami w kolejne dziesięciolecia. Koncentruję się na tym, żeby spokojnie żyć, rozwijać się zawodowo i przynosić trochę radości widzom.

Jest pan szczęśliwy na obecnym etapie życia?

- Patrząc, jak wiele dzieje się na świecie i widząc, że wszystko jest pozorne - umiarkowanie tak. Każdy ma swoją definicjęszczęścia. Moja mówi o znalezieniu wewnętrznej równowagi i spokoju np. w chwilach, gdy wstaję rano, świeci słońce i wiem, że wszystko jest ok.

Pomaga panu praktykowanie zen?

- Tak, ponieważ zen jest sztuką świadomego kroku. Przekonałem się o tym, że warto wysilać umysł i medytować nad rzeczywistością i sobą po to, żeby każdy kolejny dzień był coraz bardziej świadomy, a w efekcie konstruktywny.

Wyzbył się pan również marzeń o znalezieniu tak zwanej drugiej połówki?

- Niczego nie planuję, nikogo nie szukam. Przerzucając własne pragnienia czy dążenia na osoby trzecie, czułbym się jak wampir. Tymczasem z doświadczenia doskonale wiem, że człowiek gotowy na związek spotyka właściwą osobę w stosownym czasie. Moje dwa małżeństwa traktowałem poważnie, co sprawiło, że dziś mam co robić.

Dorota Czerwińska


***Zobacz materiały o podobnej tematyce***


Dowiedz się więcej na temat: Robert Gonera

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje