Reklama

Rafał Zawierucha: "Trzeba robić filmy. I kochać filmy"

Rafał Zawierucha i Quentin Tarantino /Rex Features/EAST NEWS /East News

16 sierpnia do polskich kin wejdzie "Pewnego razu... w Hollywood", dziewiąty film Quentina Tarantino, który przenosi widzów do Fabryki Snów końca lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. W rolach głównych wystąpiły największe gwiazdy filmowe, między innymi Leonardo DiCaprio, Brad Pitt i Margot Robbie. W postać reżysera Romana Polańskiego wcielił się Rafał Zawierucha. W wywiadzie dla Interii wspomina swoją pracę z twórcą "Bękartów wojny". Zdradza także, czym chciałby zająć się w przyszłości.

Jakub Izdebski, Interia.pl: Pamiętasz swój pierwszy kontakt z kinem Quentina Tarantino?

Reklama

Rafał Zawierucha: - "Pulp Fiction". To był dla mnie najmocniejszy obraz. Nie wiem, ile lat wtedy miałem. Wręcz zachłysnąłem się światem, który Tarantino stworzył w tym filmie. Później obejrzałem "Wściekłe psy", "Jackie Brown", jeszcze później dylogię "Kill Bill". Natomiast "Pulp Fiction" to był dla mnie film magiczny na tamten czas. Ta swoboda tworzenia i pokazanie - zwłaszcza nam w Polsce - pewnego świata, który tutaj, by nie przeszedł. Było nie do pomyślenia, że takie rzeczy możesz zrobić. To zabrzmiało mega pozytywnie gdzieś tam we mnie. Później rozwijałem zapotrzebowanie kinem Tarantino w sobie. Podchodziłem kilka razy do "Django". Nie mogłem złapać na początku tego filmu. Chyba dopiero za trzecim raz go w całości pochłonąłem i mi się spodobał. Natomiast "Nienawistną ósemkę" uwielbiam.

Czy po pracy z Tarantino twoje podejście do jego kina zmieniło się? Czy zauważasz coś, na co wcześniej nie zwracałeś uwagi?

- W naszym filmie "Pewnego razu... w Hollywood" mam takie udogodnienie, że tego doświadczyłem. Znam aktorów na ekranie i widzę, jak oni kombinują. Jak aktor gra, jak go prowadzi reżyser. Widzę, gdzie Quentin daje swoje rzeczy, ile tam jest wskazówek reżyserskich... których jest niewiele, ale jak są - to w punkt. To nie jest tak, że on mówi, co masz zrobić. Quentin dużo opowiada wokół scen i historii, otaczających dane wydarzenie. Spędziłem z nim niewiele czasu, ponieważ wszystko, co chciał pokazać, było zapisane i określone w scenariuszu. Jeśli coś zaproponowałem, to albo się zgodził, albo nie. Wie, czego chce, a jednocześnie bawi się tym. Daje też aktorom przestrzeń do pokazania ich wnętrza.

Scenariusze Tarantino są podobno bardzo rozpisane. Znajdują się w nich rzeczy, które nigdy nie zostaną wspomniane na ekranie, ale on chce, żeby czytający o tym wiedzieli.

- Jest dużo, jeśli chodzi o muzykę, radio i audycje. W didaskaliach jest sporo opisów, które dają ci poczucie klimatu - jaki to jest świat, w jakiej atmosferze twoja postać wstaje z łóżka czy jedzie autem. To jest bardzo pomocne.

Tarantino zwykł mówić, że razem ze swoimi aktorami i resztą ekipy tworzy rodzinę. Na planie rzeczywiście panuje taka atmosfera?

- Tak, stwarza poczucie bycia jednością, bycia drużyną. Tam nie musisz się bać, że nie możesz przyjść na plan, gdy nie masz zdjęć. Ja nie robiłem tego za często. Nie chciałem chodzić i rozpraszać. Chociaż byłem mega zajarany, więc jak tylko mogłem, to patrzyłem, jak on pracuje. To niezwykła energia. Jest charyzmatycznym człowiekiem, a także zwyczajnym, normalnym facetem, który uwielbia opowiadać historie. A jednocześnie to jest filmowe dziecko. Ma takie poczucie dziecięcej ciekawości. Mimo że wie już tyle - bo jest niezwykłym mózgiem, wręcz encyklopedią filmową - to jednocześnie jest bardzo ciekawy, co mu powstaje na ekranie.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Zawierucha | wywiady | Pewnego razu w Hollywood

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje