Rachel Weisz: Ryzyko nie jest mi potrzebne do szczęścia

- Sama siebie postrzegam jako aktorkę intuicyjną - mówi Rachel Weisz /Robin Marchant /Getty Images

"Ta opowieść fascynuje od prawie półwiecza rzesze filmowców, muzyków, pisarzy i podróżników" - mówi Rachel Weisz, która u boku Colina Firtha gra główną rolę w filmie "Na głęboką wodę". Tytuł zadebiutuje 29 czerwca na ekranach polskich kin.

Reklama

Rachel Weisz to wymagająca, konkretna rozmówczyni. Rzadko pozwala sobie na anegdoty czy dygresje, a na pytania o życie prywatne udziela zdawkowych, szybkich odpowiedzi i niemal natychmiast ucieka w tematy zawodowe. Jest na tym etapie kariery, że może sobie pozwolić na rozważny wybór filmów, w których gra i role, którym decyduje się poświęcać cenny czas.

Chociaż popularność zawdzięcza występowi w przygodowej "Mumii" i jej kontynuacji, potrafiła powiedzieć "nie" późniejszemu powielaniu tych samych schematów, mimo że producenci nalegali. Sukces w kinie popularnym postanowiła natomiast przekuć na coraz ciekawsze wyzwania, głównie w kinie autorskim, awangardowym, między innymi u Terrence’a Malicka, Wong Kar Waia, Yorgosa Lanthimosa czy Paolo Sorrentino.

Reklama

Dzisiaj nikt już nie pyta, jak to jest być żoną Daniela Craiga, aktualnego Bonda. Raczej odwrotnie.

W polskich kinach Rachel Weisz będzie można oglądać od 29 czerwca w opartym na prawdziwych wydarzeniach "Na głęboką wodę" Jamesa Marsha, gdzie partneruje Colinowi Firthowi. To poruszająca opowieść o człowieku, który nigdy nie przestał marzyć i wyruszył w karkołomną samotną żeglarską wyprawę dookoła świata.

Tymczasem aktorka, podobnie jak grana przez nią bohaterka, sama rozpoczyna nowy rozdział życia - za chwilę po raz drugi zostanie mamą. Z dala od Hollywood.

Magdalena Maksimiuk: Jak to się stało, że zdecydowała się pani na rolę w "Na głęboką wodę"? Chodziło o reżysera, samą historię, możliwość współpracy z Colinem Firthem? A może jeszcze o coś innego?

Rachel Weisz: - Absolutnie wszystkie te elementy, naprawdę! Uwielbiam sposób pracy Jamesa Marsha, który jest nieustannie bardzo skupiony, z napięciem i z dokładnością, graniczącą z obsesją, konstruuje każdy najmniejszy fragment poszczególnej sceny. Samej historii nie znałam, zanim nie przeczytałam scenariusza, ale pochłonęła mnie całkowicie od pierwszych stron. Postać Clare wydawała mi się natomiast niesamowicie intrygująca i poruszająca. To kobieta, która w gruncie rzeczy rezygnuje z własnych ambicji i decyduje się wesprzeć męża w jego marzeniach i dążeniach. Nie mogły to być dla niej łatwe decyzje. Myślę, że te dylematy tylko zbliżyły mnie do Clare i w rezultacie nie sposób było odmówić wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu. Każdy w głębi duszy jest podróżnikiem i ta opowieść to odpowiedź na takie tęsknoty i pragnienia. Donald podążył za marzeniem, nawet jeśli słono go to kosztowało, a jeszcze więcej kosztowało Clare i ich wspólne dzieci.

To wręcz nie do wiary, ale wcześniej nie miała pani okazji spotkać się na planie  z Colinem Firthem...

- ... mimo to okazało się, że świetnie się dogadujemy. Pracujemy w podobnym stylu. Żadne z nas nie jest zakładnikiem konkretnej "metody". Po prostu jesteśmy na planie i dajemy z siebie wszystko, próbujemy różnych rzeczy i sprawdzamy, czy zadziałają. Staramy się też za dużo nie przejmować, tylko wciąż czerpać ogromną przyjemność z faktu, że możemy robić to, co kochamy. Myślę też, że mamy podobne podejście do różnych kwestii związanych z pracą, ale i wartościami rodzinnymi. Niełatwo znaleźć dziś takie osoby.

Co ma pani konkretnie na myśli mówiąc o "podobnym podejściu"?

- No cóż, kiedy oczy całego świata zwrócone są w twoją stronę, czuć ogromną presję. Gorzej, jeśli nie dotyczy to tylko ciebie, ale i całej twojej rodziny. Nie można po prostu się z tego wycofać, uciec niepostrzeżenie, zniknąć, chociaż, proszę mi wierzyć, próbowałam! To rodzaj kontraktu: pracujesz ze świetnymi ludźmi, opowiadasz fascynujące historie, ale zgadzasz się też na pewne okoliczności, których częścią się stajesz, czy tego chcesz, czy nie. Niestety, bardzo często takie zainteresowanie staje się po prostu ekstremalne, spotkałam się z tym w swoim życiu kilka razy.

Jak sobie pani z tym radzi?

- Jedyne, co mogę poradzić innym, a co przećwiczyłam na sobie, to po prostu nie pozwolić się temu wymknąć spod kontroli. Trzeba koniecznie być absolutnie świadomym tego, co można od siebie dać, i czego media mają prawo oczekiwać. I nie przekraczać tych barier. Nigdy. Z czasem okazuje się, że zdrowy dystans można zachować. Trzeba tylko jasno wyznaczyć granice. Wystarczy jedno odstępstwo, aby wszystko legło w gruzach. Staram się do tego nie dopuścić.

Jak pani sądzi, co jest takiego w historii Crowhurstów, którą opowiada "Na głęboką wodę", że chce się ją słyszeć wciąż na nowo?

- Rzeczywiście ta opowieść fascynuje od prawie półwiecza rzesze filmowców, muzyków, pisarzy i podróżników. Jest głęboko poruszająca i uniwersalna, bo mówi o ludzkich słabościach i marzeniach. Może chcemy takie historie odkrywać wciąż na nowo ku przestrodze? Łatwiej się utożsamić z postaciami na swój sposób ułomnymi, w których wyczuwamy jakieś wady, niedoskonałości charakteru. Lepiej nam wtedy być ze sobą samymi w zgodzie, bo jeśli ktoś na świeczniku popełnia błędy, szybciej można je zaakceptować u siebie.

Myśli pani, że Donalda Crowhursta powinno się postrzegać jako postać tragiczną czy raczej samotnego, zapomnianego bohatera - niepoprawnego marzyciela?

- Po trochu i jedno i drugie. Donald był bohaterem tragicznym, który miał swoje wady i przywary. Tylko że w podobnych przypadkach wszelkie niedoskonałości sprawiają, że bohaterów jego pokroju można postrzegać jako ludzi z krwi i kości, którzy robią nadzwyczajne rzeczy na co dzień, a jednocześnie są więźniami okoliczności i własnych błędów lub nietrafionych decyzji.

Mimo że udział w konkursie żeglarskim związany był z szeregiem nietrafionych wyborów, nie można nie podziwiać niezwykłej ambicji i motywacji, które pochłonęły go do tego stopnia, że podjął się samotnej próby opłynięcia świata dookoła.

- Och, mieć odwagę marzyć! Podejmowanie tak ogromnego ryzyka wiodąc zwyczajne życie to coś naprawdę wyjątkowego. Donald był po trosze geniuszem, marzycielem i wynalazcą. Był też ojcem i mężem, który popełniał błędy. Niestety za te błędy przyszło zapłacić jego rodzinie.

Dosyć niespodziewanie otrzymał swoją szansę pozostania jednym z największych podróżników na świecie, zaledwie rok przed lądowaniem człowieka na Księżycu. To też działa na wyobraźnię!

- No cóż, rzeczywiście biorąc pod uwagę, że Crowhurstowie nie byli zamożni, trudno mówić o jakimkolwiek rozmachu podobnym temu, które towarzyszyło misjom na Księżyc. Donald i Clare ledwo wiązali koniec z końcem, ale wyprawa dookoła świata mogła się dla nich okazać zbawienna również pod względem finansowym. Niezależnie jednak od tego, czy ktoś wyrusza łódką w podróż po oceanach czy daleko w kosmos, to bardzo samotna, okrutna droga, w którą nie każdy może, a z pewnością nie każdy powinien się wyprawiać.

A czy pani kiedykolwiek miała okazję spróbować swoich sił w żeglarstwie?

- Niestety, nigdy. Ale wydaje mi się, że paradoksalnie całkowity brak doświadczenia w tym zakresie bardziej pomógł mi niż przeszkodził - Clare też nic na ten temat nie wiedziała, kiedy jej mąż zdecydował się na karkołomną wyprawę. Byłam więc dzięki swojej niewiedzy bardziej wiarygodna. W filmie jest jedna scena, podczas której Clare wsiada na łódkę i spędza na niej weekend z rodziną, ale tylko jako pasażerka i okazjonalnie operator rodzinnej kamery, a nie prawdziwy żeglarz. Nie muszę dodawać, że bardzo mi taki status odpowiadał (śmiech).

- Generalnie tego rodzaju ryzyko nie jest mi potrzebne do szczęścia. Aby wspinać się na Everest czy lecieć na Marsa, trzeba mieć stalowe nerwy i oddychać adrenaliną. Ja wolę jednak zacisze swego domu i towarzystwo bliskich.

To chyba jedna z cech, którą dzieli pani z Clare Crowhurst. W ramach przygotowań do roli miała pani okazję obejrzeć kilka wywiadów, których udzieliła dziennikarzom, w czasie gdy jej mąż walczył z "ryczącymi czterdziestkami" na południowej półkuli. Ale jest ewidentne, że Clare wolała zacisze domowe niż medialny szum.

- To były szczególnie wywiady zawarte w filmach dokumentalnych "Deep Water" i "Arena", a także w archiwach BBC, do których James Marsh miał dostęp. Mimo wszystko nie wydaje mi się, żebym z całym przekonaniem mogła powiedzieć, że dzięki tym wywiadom dogłębnie poznałam swoją bohaterkę. Nic z tych rzeczy. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że ona gra, jest kimś zupełnie innym, kiedy spotyka się z dziennikarzami, z mediami w ogóle. Musiała czuć się do tego przymuszona przez rzecznika prasowego męża, któremu zależało na rozgłosie. Sama była raczej zamknięta, chowała uczucia dla siebie. Dlatego kiedy oglądałam fragmenty wywiadów, zdawałam sobie sprawę, że to wystudiowana poza. Nie, aby dowiedzieć się, jaka Clare była naprawdę, musiałabym ją poznać osobiście. Ale dzięki wywiadom odkryłam, w jaki sposób mówiła, jak się zachowywała. Podziwiam ją i darzę ogromnym szacunkiem jako matkę, żonę, ale przede wszystkim kobietę, która niczego się nie boi i wzięła na swoje barki odpowiedzialność za całą rodzinę, pozwalając mężowi odpłynąć nie wiadomo na jak długo i nie wiedząc, czy w ogóle wróci.

Clare Crowhurst nie była wielbicielką skupiania na sobie uwagi mediów. Tymczasem okoliczności zmusiły ją do częstych wypowiedzi publicznych w zastępstwie nieobecnego męża.

- No cóż, wyścig był sponsorowany przez poczytną w Anglii gazetę "Sunday Times", więc wiadomo było, że zainteresowanie mediów będzie olbrzymie. To nie była zwykła próba, zaspokojenie własnej próżności i ciekawości, ale wyprawa opłacona przez ludzi, oczekujących zwrotu swoich pieniędzy. Po to zresztą Crowhurst zatrudnił rzecznika prasowego, aby potrafił lawirować między sprzecznymi interesami, odpowiednio sprawę nagłośnić i zwrócić uwagę wszystkich na konkretne aspekty podróży. Z tym wiązało się też określone ryzyko. Kiedy Donald musiał na jakiś czas zrezygnować z łączności z domem, jego rzecznik mimo to zobowiązany był dostarczać prasie codziennych wiadomości. Wtedy też uwaga wszystkich spoczęła na żonie, która niczym wierna Penelopa czekała w domu na swego ukochanego. Sama naprawdę nie miała łatwo. Pieniądze, które zarabiał jej mąż jeszcze będąc w domu i tak ledwo starzały na utrzymanie gromadki dzieci. Za pieniądze od sponsora i drobne oszczędności skonstruował łódź, a dla rodziny nie zostało prawie nic.

- Aby utrzymać się jakoś na powierzchni, Clare musiała stoczyć własną bohaterską walkę. Zabezpieczyć rodzinę i zaspokoić ciekawość żądnych sensacji reporterów. Oczywiście stała się przez to łatwym celem, ostatecznie musiała przełknąć dumę, i robić to, co jej kazano. Z drugiej strony Donald szybko stał się rodzajem metafory, symbolem ludzkich lęków i marzeń. To akurat częsta przypadłość ludzi sławnych, będąc na świeczniku, traktuje się ich jako wybranych, postaci niemal mityczne, z którymi wiąże się własne nadzieje czy oczekiwania. A to przecież tacy sami zwykli ludzie, którym od czasu do czasu przydarza się coś zupełnie niezwykłego. Donald i Clare szybko stali się kolejną historią z gazet, którą łatwo było manipulować na własne potrzeby. Ona świetnie zdawała sobie z tego sprawę i jestem pewna, że gardziła osobą, którą na potrzeby prasy musiała się stać.

Te ostatnie miesiące są dla pani zawodowo bardzo intensywne. Rola w filmie Jamesa Marsha, "Nieposłuszne" w reżyserii zdobywcy tegorocznego Oscara Sebastiana Lelio, niedługo kolejny występ u Yorgosa Lanthimosa w "The Favorite". To nieoczywiste wybory.

- Spotkania z takimi reżyserami lubię najbardziej, bo jest w nich coś niesamowicie świeżego, oryginalnego i stymulującego, nawet trudno mi to wyjaśnić słowami. Sama siebie postrzegam raczej jako aktorkę intuicyjną, więc najczęściej polegam na tym, co podpowiada mi serce. Z "Nieposłusznymi" mam chyba najgłębszą więź, bo zdecydowałam się sama ten film wyprodukować, jest dla mnie naprawdę bardzo ważny. Wysłałam książkę tylko Sebastianowi Lelio [reżyser filmu "Fantastyczna kobieta" - red.], na długo zanim dostał swojego Oscara, i tylko jemu. Wydawało mi się, że ten niepraktykujący katolik z Chile będzie po prostu najlepszym możliwym wyborem. 

Dlaczego?

- Miałam wrażenie, że Sebastian, jako niepraktykujący katolik z Chile zanurzy się w bardzo specyficzną społeczność ortodoksyjnych Żydów północnego Londynu z otwartym sercem, ale i oczami i zaangażowaniem początkującego antropologa, którego zdumiewa wszystko, co widzi. Na szczęście od razu się zgodził przyjąć propozycję, bo nie wiem, komu innemu mogłabym powierzyć tę historię. To pierwszy anglojęzyczny film Sebastiana, więc zarówno dla mnie jak i dla niego ten nasz wspólny film stanowił jakiś przełom.

A co z pani kolejnym wcieleniem w filmie Lanthimosa?

- "The Favorite" Yorgosa to znowu przeżycie zupełnie innego rodzaju - intensywne, specyficzne, intrygujące. Nie mogę się doczekać, aż efekty tej współpracy pokażemy szerszej publiczności, tego się na pewno nikt nie spodziewa! Przenieśliśmy się tym razem w czasie aż do XVIII wieku, a w rolach głównych trzy fenomenalne kobiety. Jeśli miałabym temu filmowi przypisać jakiś gatunek, powiedziałabym, że to "komedia lanthimosowa" stylem przypominająca hollywoodzkiego klasyka "Wszystko o Ewie"! Dla mnie to wystarczająca rekomendacja (śmiech).

Rozmawiała: Magdalena Maksimiuk

Dowiedz się więcej na temat: Rachel Weisz | Na głęboką wodę

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje