Reklama

Przemysław Babiarz krytykuje polskich piłkarzy

Komentator, który relacjonował już siedem mundiali, podsumowuje nieudany występ Biało-Czerwonych na piłkarskich MŚ w Rosji. Przemysław Babiarz uważa, że reprezentacja Polski przegrała, bo zajęła się konsumowaniem wcześniejszych sukcesów. Opowiada także o swoich dziecięcych marzeniach, rozstaniu z teatrem i słynnym występie na tegorocznym Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu.

Przemysław Babiarz w niezbyt ciepłych słowach wypowiedział się na temat występu polskich piłkarzy na mundialu w Rosji

Dlaczego polska reprezentacja zagrała tak słabo na mistrzostwach świata?

Reklama

Przemysław Babiarz: - Myślę, że złożyły się na to dwie rzeczy. Nie mamy mocnej piłkarsko drużyny, ale jednocześnie ta ekipa nie była w pełni swoich możliwości. Przed mistrzostwami mówiłem, że jeśli zagramy tak jak na Euro 2016, to mamy duże szanse na wyjście z grupy. Nie zagraliśmy i nie wynika to z jakości przeciwników. Ta drużyna jest już po apogeum swoich możliwości. Skończył się też czas kilku piłkarzy. Ze słynnej trójki z Borussii Dortmund w pełni sił jest tylko Robert Lewandowski. A on również nie był w optymalnej formie. Kontuzje i upływ czasu sprawiły, iż po tamtym trio zostały tylko wspomnienia. Dodajmy do tego Milika po urazie i kontuzję Glika przed mundialem, Krychowiaka po przejściach i co nam zostanie z "tamtych lat"? Już przed mistrzostwami mogliśmy powiedzieć, że nawet jeśli ta reprezentacja jest personalnie podobna, to nie są już równie mocni piłkarze.

A jednak próbowaliśmy tego nie zauważyć.

- Bardzo nam się rozjechały rzeczywistość i przekaz. Uwierzyliśmy, że wizerunek kreowany przez reklamy i media to prawda. Konsumowaliśmy sukces awansu na mundial. W co drugiej reklamie występowali zawodnicy, selekcjoner, nawet prezes. Weryfikacja okazała się bardzo bolesna. Przebudziliśmy się z nierzeczywistości. Uwierzyliśmy we własną propagandę.

Siła kadry okazała się blagą?

- Proszę zobaczyć, jak wirtualną sprawą okazał się ranking FIFA. Zawsze mówiliśmy, że on nie oddaje w pełni siły reprezentacji, ale chcieliśmy się widzieć wśród dziesięciu najlepszych zespołów świata. Do pierwszego koszyka trafiliśmy dzięki taktyce nierozgrywania meczów towarzyskich. Nie trafiliśmy do żadnej grupy śmierci. Tylko że my okazaliśmy się nawet na nią o wiele za słabi.

Na ilu mundialach miał pan okazję pracować jako dziennikarz?

- Policzmy! 1994, 1998, 2002, 2006, 2010, 2014 i obecne. Czyli razem siedem mistrzostw świata w piłce nożnej. Całkiem niezły wynik.

Prowadzi pan zawsze studio w Warszawie. Nie zazdrości pan tym, którzy jadą na turniej?

- Przyznam szczerze, że po tylu latach już nie. Kiedy zaczynałem swoją pracę jako dziennikarz sportowy, to rodziła się czasem we mnie jakaś zazdrość. Od tego czasu jednak byłem na tylu wielkich turniejach - letnich i zimowych igrzyskach olimpijskich oraz wielu mistrzostwach świata w lekkiej atletyce i pływaniu.

Marzył pan w młodości o karierze piłkarza?

- Jak każdy chłopak na początku lat 70. chciałem grać w piłkę. Wychowałem się w czasach wielkich sukcesów. Gdy miałem siedem lat, oglądałem Górnika Zabrze w finale Pucharu Zdobywców Pucharów, dwa lata później cieszyłem się z sukcesu kadry olimpijskiej w Monachium. Wtedy nie było gotowych strojów piłkarskich do kupienia. Prosiłem mamę i babcię o naszycie na koszulki numerów gwiazd reprezentacji. Biegałem albo z siódemką na cześć Grzegorza Laty, albo z dziewiątką Deyny. Człowiek najpierw ubierał się jak piłkarz, a dopiero potem próbował zapisać się do klubu.

Udało się panu?

- Owszem. Zapisałem się do trampkarzy najpierw Polonii Przemyśl, potem Polnej Przemyśl. Ale chęć bycia piłkarzem dosyć szybko mi przeszła. Z jednej strony dlatego, że pokochałem też inne sporty, przede wszystkim lekkoatletykę. Pojawiły się też inne zainteresowania.

Z wykształcenia jest pan aktorem i grał w pierwszych latach kariery w kilku spektaklach. Nie tęskni pan za tym?

- Moment zmiany zawodu był dla mnie trudny, ale istotny. W teatrze skończył mi się kontrakt i nie było woli, żeby go przedłużyć. Za to telewizja otworzyła przede mną ramiona. Wziąłem udział w konkursie redakcji sportowej przed igrzyskami w Barcelonie. Zwróciłem na siebie uwagę komisji. Przysłużył mi się wrodzony talent do publicznych występów i "obracania językiem w gębie" (śmiech). Zakwalifikowano mnie do szkolenia, a potem zostałem jednym z prowadzących studio olimpijskie. Niedługo potem dostałem etat.

Głos sprawozdawcy sportowego to jedno, a niedawno zachwycił pan widzów swoim śpiewem.

- W mojej rodzinie wszyscy mieli słuch muzyczny, śpiewali, grali na różnych instrumentach, ja również uczyłem się gry na pianinie. Na studiach teatralnych musiałem zdawać egzaminy z piosenki, co pozwoliło mi trochę oszlifować technikę śpiewania. Od czasu do czasu pojawiały się pomysły, żebym zaśpiewał. W 1994 roku na koncercie "Pożegnania lata z Jedynką" wystąpił kwartet Redakcji Sportowej ze mną w składzie. Zaśpiewaliśmy "Kochać nie warto" (śmiech). Chętnie śpiewałem też utwory Kabaretu Starszych Panów.

Kto wyszedł z pomysłem pana występu na festiwalu w Opolu?

- Wszystko zaczęło się od Wielkiego Testu o Przyrodzie w TVP. Namówiono mnie wtedy do zaśpiewania piosenki Jana Kaczmarka "Do serca przytul psa". Zostałem bardzo życzliwie przyjęty przez publiczność, a różne osoby to podchwyciły i zaczęły mnie namawiać do kolejnych występów. Reżyserka koncertu piosenki literackiej "Ja to mam szczęście" na festiwalu w Opolu, Beata Szymańska, zaprosiła mnie do zaśpiewania wybranego utworu. Padło na "W Polskę idziemy".

Ma pan zamiar kontynuować występy wokalne?

- Byłbym ostrożny z takimi deklaracjami. To była wspaniała przygoda. Zaśpiewanie na wielkiej scenie przy akompaniamencie orkiestry to rzecz niełatwa, ale i ekscytująca. Występ w Opolu był dla mnie zaszczytem. Wydaje mi się jednak, że ta przygoda nie będzie miała ciągu dalszego.

Zastanawiał się pan kiedykolwiek nad genezą nazwiska "Babiarz"?

- Mam dosyć dobrze udokumentowaną genealogię mojej rodziny. Do kilku pokoleń wstecz. Rodzina pochodzi z okolic Łańcuta. Przyczyny zdobycia takiego nazwiska mogły być różne. Pierwsza wersja związana jest z powiedzmy... zamiłowaniem do kobiet (śmiech), druga kieruje nas bardziej w stronę wypieków bab wielkanocnych. Ta druga jest zdecydowanie mniej romantyczna. To dosyć charakterystyczne nazwisko, ale były przede mną osoby publiczne, które się tak nazywały. Nie jestem jedynym, ani nawet pierwszym Babiarzem.

Rozmawiał Tomasz Gardziński


To i Owo

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Przemysław Babiarz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje