W swojej twórczości eksploruje temat relacji - zwłaszcza tych kruchych, uwikłanych w niedopowiedzenia i emocjonalne mechanizmy obronne. Opowiadanie o tym, jak wpływają na człowieka, stało się znakiem rozpoznawczym Genovese, który inspiracji do swoich filmów szuka w barach i restauracjach.
- Patrzę na innych klientów i zastanawiam się, jakie łączą ich relacje. Próbuję to zgadnąć. To jest świetny zalążek do opowiedzenia historii o kimś. Z tego punktu wyjścia tworzą się potem przypadki, które trafiają do moich filmów. Jest więc w mojej twórczości bardzo dużo z mojej codzienności - mówi reżyser w rozmowie z Interią.
Najnowszy film Genovese "FolleMente. W tym szaleństwie jest metoda" , który trafił na ekrany polskich kin 4 lipca, bije rekordy frekwencji we Włoszech, gdzie zobaczyło go już ponad dwa miliony widzów. Tym razem reżyser bada wnętrze swoich bohaterów, skupiając się na ich rozterkach. Stawia nas przed pytaniem: jak być blisko drugiego człowieka, skoro najtrudniej dotrzeć do samego siebie?
- Ja naprawdę lubię, kiedy bohaterowie ukazują widzom swoje słabości. Traktuję kino jako przestrzeń, dzięki której publiczność ma dostęp do miejsc niedostępnych na co dzień. A tak jest z emocjami i słabościami - ukrywamy je przed sobą nawzajem, a w kinie w bezpiecznej przestrzeni bohaterowie się z nich obnażają - deklaruje twórca.
Artur Zaborski: Pańska poprzednia produkcja "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" była międzynarodowym hitem. Polacy tak pokochali ten film, że powstał polski remake. Czy pan się spodziewał, że Polacy i Włosi są sobie tak bliscy? Czy zaskoczyło pana, że w Polsce identyfikujemy się z problemami, które pan w swoim filmie pokazał?
Paolo Genovese: - Byłem bardzo zaskoczony sukcesem "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie". Wydaje mi się jednak, że u podstaw tego sukcesu leży bardzo uniwersalna idea. Zgłębiłem problem naszych relacji - z sobą samym, z otoczeniem, z domem, z nastrojami społecznymi, w jakich przyszło nam funkcjonować. To są tematy, które są uniwersalne na całym świecie, wykraczają poza kwestie narodowości czy kultury. Pokazaliśmy, jak jeden tylko telefon albo jeden tylko SMS jest w stanie zmienić życie człowieka. Wydaje mi się, że właśnie to zażarło wśród widzów i dzięki temu film odniósł taki sukces.
Widział pan polski remake w reżyserii Tadeusza Śliwy zatytułowany "(Nie)znajomi"?
- Niestety nie! Ale zamierzam to nadrobić, bo słyszałem dobre opinie. Podobno wyszedł bardzo dobry film. Kiedy "(Nie)znajomi" mieli premierę, pracowałem akurat na planie serialu. Przez sześć miesięcy byłem niemal wyjęty z życia, więc dużo filmów, które były wtedy w obiegu, mi uciekło. Teraz muszę się jakoś w sobie zebrać i nadrobić zaległości.
Jak się pan czuje jako reżyser filmu, który ma najwięcej remake'ów w historii kina i trafił do Księgi Rekordów Guinnessa?
- Mam wrażenie, że to się dzieje w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Aktualnie jest tych remake'ów bodaj 29. Filmy na podstawie mojego powstały w Polsce, Niemczech, Meksyku, Turcji, Korei Południowej czy nawet w Chinach. Wspaniale było obserwować, jak to wszystko się toczy, jak kolejne osoby dają się uwieść naszemu pomysłowi. Jestem z tego powodu niezwykle szczęśliwy i dumny.
Polską wersję "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" z oryginałem łączyła obecność Kasi Smutniak w obu produkcjach. Zastanawia mnie, jak wygląda wasza relacja teraz?
- To, co było cudowne w ekipie tamtego filmu, to że świętowaliśmy sukcesy wspólnie. Nie zliczę, ile razy - kiedy dostawaliśmy jakąś nagrodę na festiwalu - spotykaliśmy się w większym gronie. Wspólnie uczęszczaliśmy w gali, a potem spędzaliśmy czas - najczęściej w czyimś hotelu - w większym składzie. Z Kasią było tak samo, ona się bardzo udzielała w promocji naszego filmu. Pojechała naprawdę w wiele miejsc, żeby spotkać się z publicznością, porozmawiać z fanami, zaprezentować film widzom. Była w wielu krajach, nie odmawiała wyjazdów - jak tylko mogła pojechać, to jechała. Ale jak mam być szczery, to przez to, że mieszkamy z Kasią w tym samym mieście, to częściej spotykamy się przypadkiem, a nie w wyniku zaplanowanego spotkania. Jakiś czas temu wpadliśmy na siebie w barze, ale pamiętam, że widzieliśmy się też, kiedy robiliśmy zakupy w supermarkecie.
Pański nowy film "FolleMente. W tym szaleństwie jest metoda" też opowiada o relacjach międzyludzkich. Tym razem jednak skoncentrował się pan na nieco dojrzalszych bohaterach, którzy są już w późniejszym etapie życia. Co pana tak fascynuje w relacjach międzyludzkich?
- "FolleMente..." to historia, która oddaje współczesne relacje uczuciowe, nasze słabości, nasze lęki. Pierwsze podwaliny tego projektu powstały już w 1999 roku, kiedy zrobiłem spot dla telewizji Rai. Przedstawiłem w nim człowieka targanego różnymi głosami wewnątrz siebie. To była dla mnie ciekawa metafora, sposób na pokazania, jacy jesteśmy wielowymiarowi, niejednoznaczni i skomplikowani. Nie chciałem jednak iść w stronę "W głowie się nie mieści" Pixara i opowiadać o emocjach z pozycji ich samych, tylko oddać struktury osobowości człowieka.
- Naprawdę lubię, kiedy bohaterowie ukazują widzom swoje słabości. Traktuję kino jako przestrzeń, dzięki której publiczność ma dostęp do miejsc niedostępnych na co dzień. A tak jest z emocjami i słabościami - ukrywamy je przed sobą nawzajem, a w kinie w bezpiecznej przestrzeni bohaterowie się z nich obnażają. I widzimy, co się z nami dzieje w środku, gdy na zewnątrz próbujemy być dojrzali, pewni siebie, świadomi.
Jak pan tworzy swoje postacie? Ile jest w nich z pańskich przyjaciół i znajomych? Podgląda pan innych, kiedy pisze pan scenariusze?
- Robię to regularnie.
Pana bliscy rozpoznają siebie na ekranie?
- Dość często, ale reakcje są pozytywne, zazwyczaj prototypom bohaterów podoba się to, co widzą na ekranie. Przynajmniej takie dostaję od nich informacje. Mam takie hobby. Bardzo lubię chodzić do restauracji i kawiarni sam i gapić się na ludzi. Patrzę na innych klientów i zastanawiam się, jakie łączą ich relacje. Próbuję to zgadnąć. To jest świetny zalążek do opowiedzenia historii o kimś. Z tego punktu wyjścia tworzą się potem przypadki, które trafiają do moich filmów. Jest więc w mojej twórczości bardzo dużo z mojej codzienności.
"FolleMente. W tym szaleństwie jest metoda" to kolejna opowieść o związkach w pańskim dorobku. Jaka jest pańska recepta na udany związek?
- Myślę, że podstawą do przetrwania jest wzajemny szacunek. Uważam też, że ważne jest, żeby oferować drugiej osobie zaangażowanie się w to, co najczęściej robimy sami. A nuż ona też się w to zaangażuje? To pozwala nam się do siebie zbliżać, a nie oddalać. Nie wiem, czy był pan gotowy, żeby coś takiego usłyszeć! (śmiech)












