Reklama

Reklama

Piotr Trojan i "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy": Nie mamy wpływu na swoje życie

Oparty na faktach film "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy" pojawi się na ekranach kin 18 września. Produkcja wzbudza emocje od samego początku. Z wielu powodów. "Czy coś się zmieniło od dnia, kiedy aresztowano Tomka? Nic. Nie czuję się bezpiecznie, nie czuję, że panuje sprawiedliwość" - przekonuje Piotr Trojan, który gra rolę tytułową, mężczyzny niesłusznie oskarżonego i skazanego za gwałt i morderstwo.

Oparty na faktach film "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy" pojawi się na ekranach kin 18 września. Produkcja wzbudza emocje od samego początku. Z wielu powodów. "Czy coś się zmieniło od dnia, kiedy aresztowano Tomka? Nic. Nie czuję się bezpiecznie, nie czuję, że panuje sprawiedliwość" - przekonuje Piotr Trojan, który gra rolę tytułową, mężczyzny niesłusznie oskarżonego i skazanego za gwałt i morderstwo.
Piotr Trojan długo czekał na "rolę życia" / Michał Baranowski /AKPA

Czego dowiedziałeś się o życiu dzięki historii Tomka?

Piotr Trojan: - Zobaczyłem, jak silna może być relacja z matką, z braćmi. Sam też jestem bardzo blisko z rodziną, ale na szczęście nasza miłość nigdy nie została wystawiona na taką próbę. Podczas pracy nad filmem wyraźnie mi ich brakowało. Podświadomie szukałem tej bliskości, którą kiedyś zabrano Tomkowi. Pamiętam, że dużo dzwoniłem wtedy do mamy. Poza tym, uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie mamy do końca wpływu na swoje życie, że państwo, w którym żyjemy, może nam je w każdej chwili bezpodstawnie odebrać. Przecież nie opowiadamy historii z jakiejś odległej epoki. Te wydarzenia dzieją się tu i teraz. A czy coś się zmieniło od dnia, kiedy aresztowano Tomka? Nic. Nie czuję się bezpiecznie, nie czuję, że panuje sprawiedliwość.

Reklama

Wytrzymałbyś 18 lat w więzieniu?

- Nie, skądże! Chyba zacząłbym kłamać, licząc na złagodzenie kary albo kombinować, żeby tylko wyjść na wolność. Tomek przeszedł piekło, miał zatem wszelkie prawa, żeby tak zrobić. A jednak nie złamał się. Do końca pozostał uczciwy. Pomimo tego, że nikt mu nie wierzył. Ten mocny charakter pozwolił mu przetrwać.

Odczułeś to podczas spotkania z nim?

- Tak. Już samo podanie ręki i spojrzenie sobie w oczy, zmieniło wszystko w mojej głowie. Poza tym spotkaliśmy się we Wrocławiu, w mieszkaniu Tomka, z którego wiele lat temu siłą zabrała go policja. Poznałem też jego rodzinę, która była naocznym świadkiem tych wszystkich strasznych wydarzeń. To sprawiło, że musiałem inaczej spojrzeć na scenariusz, mając w głowie pewne niuanse, które wybrzmiały podczas tamtego spotkania. Chociaż od początku wiedziałem, że nie będę próbował naśladować głosu czy ruchów Tomka, to bardzo mi zależało na rozmowie z nim. Chciałem poczuć tę wyjątkową energię, uchwycić emocje, które były dla mnie najważniejsze w procesie budowania postaci.

Czy podczas tego spotkania odkryłeś coś nowego w Tomku? Coś cię w nim zaskoczyło?

- Zdecydowanie. Nie spodziewałem się, że Tomek ma w sobie takie pokłady energii i poczucie humoru, dzięki któremu stres i wszelkie wątpliwości, z którymi jechaliśmy do Wrocławia, wyparowały w sekundę. Mimo historii, która go spotkała, jest ciekawy ludzi, otwarty na rozmowę. Nawet jeśli dotyczy bolesnych tematów. Nie odwraca się od nich. Nadal jest wyjątkowo pozytywny. Jak sam mówi, po prostu żyje dalej.

Kręciliście zdjęcia w prawdziwym więzieniu?

- Pracowaliśmy w nieczynnych więzieniach w Zabrzu i Wałbrzychu. W obu obiektach jeszcze niedawno osadzeni odbywali wyroki. Do dzisiaj unosi się tam specyficzny, nieprzyjemny zapach. Wzdrygam się na samą myśl o tych małych, klaustrofobicznych celach. Nadal są tam "pamiątki" po więźniach: zdjęcia gołych dziewczyn, święte obrazki czy rozpiski typowe dla osób trenujących na siłowni. Do tego brudne ściany, stare prycze i wszechobecne kraty. Naprawdę przerażające miejsce. A pomyśleć, co się dzieje w funkcjonujących więzieniach, niejednokrotnie przepełnionych. Przemoc, morderstwa, samookaleczenia, próby samobójcze, rozgrywki pomiędzy więźniami. Połamane życiorysy, skumulowane emocje i kipiący testosteron, żądza manipulacji i dominacji. Mówiąc krótko - tykająca bomba. Mieliśmy na planie konsultanta - byłego więźnia, który pomagał nam w wiernym zilustrowaniu warunków, jakie panują na co dzień w więzieniu. To zupełnie inny świat.

Czy zmierzenie się z tak trudną rolą, skłoniło cię do tego, by skorzystać z pomocy terapeuty?

- Nie. Głównie dlatego, że na pracę z kimś takim zdecydowałem się znacznie wcześniej, a więc wchodziłem na plan dużo bardziej świadomie. Ale produkcja na każdym etapie prac była gotowa zapewnić mi pomoc specjalisty, jeśli bym takiej potrzebował. Największym wyzwaniem było dla mnie, odcięcie się od prawdziwej historii Tomka, która nie została jeszcze zamknięta. Musiałem zrozumieć, że nie odwrócę tego, co się stało i nie zdejmę z barków Tomasza problemów, z którymi ciągle musi się mierzyć. Pewnego dnia Agata Kulesza powiedziała mi: "Piotrek, ty po prostu graj, nic więcej nie możesz zrobić". I na tym się skupiłem.

A czy ta rola wymagała od ciebie poświeceń fizycznych?

- Byłem za duży do tej roli i reżyser, Janek Holoubek, chciał żebym trochę zrzucił. W sumie uzbierało się tego 12 kilogramów. A jestem raczej szczupły, więc każdy kilogram był dla mnie dużym wyzwaniem. Miałem treningi aerobowe i specjalną dietę. Odliczałem tylko dni do zakończenia zdjęć, żeby znowu móc się naprawdę najeść. Lekarz, który się mną opiekował, zabronił mi rzucać się na jedzenie. Oczywiście nie posłuchałem. Brzuch mnie bolał z przejedzenia, ale jadłem dalej (śmiech).

- W czasie zdjęć miałem też specjalne protezy na zęby. Na próbach uczyłem się w nich mówić. Chodziłem też w nich na spotkania z przyjaciółmi albo na angielski. Mój lektor zażartował nawet kiedyś, że odkąd je noszę, mówię znacznie lepiej. Potem tak się już do nich przyzwyczaiłem, że musiałem językiem przy jedzeniu sprawdzać, czy je mam na sobie.

Jak to jest, tyle czekać na główną rolę w filmie?

- Już prawie straciłem wiarę w to, że kiedykolwiek doczekam się takiej roli. Tyle razy byłem na ostatnich etapach castingu, tyloma rolami żyłem i ostatecznie musiałem obejść się smakiem. Zawsze jednak tliła się we mnie nadzieja, że może kiedyś los się odmieni. Ale nie czekałem bezczynnie. Reżyserowałem, pisałem, grałem w teatrze, uczyłem w szkole, sam też się uczyłem. Wszystko to pracowało na dziś.

- Gdy reżyser Janek Holoubek do mnie zadzwonił i powiedział, że dostałem rolę, to na początku nie dowierzałem. Potem łapałem się na tym, że podświadomie ciągle rozważałem najczarniejszy ze scenariuszy, że nagle wydarzy się coś, co przekreśli mój udział w tym filmie. Takie rzeczy przecież się zdarzają i trzeba umieć sobie z nimi radzić, choć to naprawdę trudne. Myślę, że dopiero po zakończeniu zdjęć, zacząłem w pełni ogarniać to, co się właśnie stało. Wtedy też pojawiła się totalna radość i satysfakcja. W końcu żyłem tą rolą kilka miesięcy.

Czy boisz się zmiany, jaka w twoim życiu może nastąpić po premierze "25 lat niewinności..."?

- Jakoś niespecjalnie się nad tym zastanawiam. Pracuję już przy innych produkcjach, robię swój pierwszy film, piszę kolejny scenariusz. To obecnie zaprząta moją głowę. Poza tym moja babcia, Ślązaczka z krwi i kości, zawsze mówiła: "Człowiek myśli, Pan Bóg kryśli". W odniesieniu do czasów pandemii, w których przyszło nam żyć, jej słowa wydają się wyjątkowo trafione. Dlatego staram się nie wybiegać myślami zbyt daleko w przyszłość. Po prostu robię swoje.

Wspomniałeś już, że zajmujesz się teraz nowymi projektami...

- Studiowałem reżyserię w Szkole Wajdy, a w międzyczasie pisałem scenariusz czarnej komedii, na realizację której dostałem dotację ze Studia Munka. We wrześniu ruszam ze zdjęciami. Teraz moją głowę zaprzątają sprawy związane z produkcją. Uczę się, że to ja muszę teraz prawie o wszystkim decydować, że inni dopasowują się do świata, który wykreuję. Zupełnie inny poziom odpowiedzialności. Film jest o chłopaku, który chce być kulturystą. Wchodzimy z kamerą m.in. na prawdziwe zawody kulturystyczne, w których będę startował. Bo nie dość, że zachciało mi się reżyserować, to będę też grać główną rolę.

Nie wyglądasz na kulturystę...

- I o to właśnie chodzi. Mój bohater cały czas nagrywa wideobloga i żyje w trochę odrealnionym świecie. Myśli, że jest kimś zupełnie innym niż jest w rzeczywistości.

Jaki tytuł ma ten film?

- "Synthol". Tak samo nazywa się steryd, w formie oleistej cieczy, który sprawia, że już na drugi dzień możesz mieć wielkie mięśnie. Ale przy okazji wyglądasz jak potwór (śmiech).

Czy podczas zdjęć zamierzasz wypróbować na sobie, jak działa ten specyfik?

- Gdyby istniał taki środek, że stałbym się w wielki i umięśniony, a po zdjęciach wróciłbym do normalnej wagi i sylwetki, to jasne. Jestem w stanie sporo poświęcić dla roli. Ale musi to być bezpieczne. Higiena pracy przede wszystkim. Zajęło mi kilka lat, by się tego nauczyć. Czasami właśnie tej świadomości brakuje aktorom i dobrze się dzieje, że pewne propozycje przychodzą później, niż by sobie tego życzyli.

Rozmawiał Andrzej Grabarczuk (PAP Life)

PAP life

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL