Reklama

Reklama

Piotr Stramowski: Lubię przełamywać granice

Jako napakowany Majami w "Pitbullu. Nowych porządkach" wywołał sensację. Teraz Piotr Stramowski jest grzeczniejszym gliną w "Ultraviolecie" i finansistą w "Żmijowisku", ale i księciem w "Hamlecie". Żonę, aktorkę Katarzynę Warnke, poznał w 2013 roku na planie filmu "W spirali". W 2016 pobrali się, a we wrześniu tego roku przyszła na świat ich córka.

Jako napakowany Majami w "Pitbullu. Nowych porządkach" wywołał sensację. Teraz Piotr Stramowski jest grzeczniejszym gliną w "Ultraviolecie" i finansistą w "Żmijowisku", ale i księciem w "Hamlecie". Żonę, aktorkę Katarzynę Warnke, poznał w 2013 roku na planie filmu "W spirali". W 2016 pobrali się, a we wrześniu tego roku przyszła na świat ich córka.
Piotr Stramowski jako Majami w filmie Patryka Vegi "Pitbull. Nowe porządki" /AKPA

Warszawiak z krwi i kości, jego mama była przez lata konserwatorem zabytków w Muzeum w Wilanowie. Jednak aktorstwo studiował i skończył w krakowskiej PWST. Występował  w Teatrze Polskim w Bydgoszczy i teatrach warszawskich. Pamiętamy go m.in. z seriali "Na dobre i na złe", "2XL", "Na noże". Jego sława wybuchła dzięki roli Majamiego w filmie "Pitbull. Nowe porządki" Patryka Vegi. Mężczyzna z niewątpliwym poczuciem humoru.

Piotr Stramowski (32 lata) jest mężem aktorki Katarzyny Warnke (43 lata). Poznali się na planie filmu "W spirali". Na początku września para powitała na świecie córeczkę.

Pewnie nie wszyscy wiedzą, jak ważny jest teatr w twojej aktorskiej historii. Niedawno zagrałeś w "Hamlecie" w Teatrze Telewizji. Kim jesteś w tym spektaklu?

Reklama

Piotr Stramowski: - Naprawdę cieszę się, że o tym mówisz. A w "Hamlecie" zagram Fortynbrasa. Czyli mam złote wejście!

Tak, to wdzięczna rola.

- Owszem, bardzo ciekawa i wiele podsumowująca. Z reżyserem Michałem Kotańskim staraliśmy się to zrobić trochę współcześnie, bo ten tekst jest przecież bardzo aktualny.

Zauważyłam, że masz upodobanie do odbioru sztuki "na współcześnie". Lubiłeś to już od szkoły - dużo pracowałeś przecież z Mają Kleczewską.

- Ale tak się teraz pracuje - raczej nie przygotowuje się spektakli po bożemu. W każdym razie mnie chyba się to nie zdarzyło. Za każdym razem były to interpretacje reżyserów i adaptacje dramaturgów. No, chyba że w szkole teatralnej, tak, wtedy grało się "w epoce".

Czyli ta "Burza", w której grałeś dawno temu w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, też taka była?

- Tak, to była inscenizacja, w której wszystko było zawieszone między rzeczywistością a snem. I żeby było śmieszniej, graliśmy wtedy z Martą Nieradkiewicz, z którą też spotkaliśmy się tu, na planie "Ultravioletu". Bardzo lubiłem ten spektakl. W ogóle cenię Maję Kleczewską za to, że dotyka problemów, a nie skupia się na tym, żeby tylko coś odtworzyć. Wtedy możemy na nowo odkrywać treść, chcemy, żeby dotarła do widzów. A to następuje wtedy, gdy daje im się możliwość utożsamienia się z jakąś sytuacją.


Wracając do serialu "Ultraviolet". Jakub Szeląg to kolejny policjant w twojej karierze. Czy nie obawiasz się zaszufladkowania?

- Nie. Najwyżej będę musiał się bardziej postarać, żeby rozbić takie myślenie. Ale mam świadomość tego, że jestem w stanie zagrać bardzo różne rzeczy. Niedługo wchodzi film "Solid Gold", w którym gram gangstera, ale jest to tragikomiczna postać - drugoplanowa zresztą, ale komediowa. Wiesz, pokażę się ze strony, z której wcześniej kompletnie siebie nie pokazywałem. I powiem ci, że prawda jest taka, że ja uwielbiam się bawić tym zawodem. Czekam tylko na momenty, kiedy dostanę możliwość, żeby się pobawić. Ale faktycznie, sporo moich ostatnich ról to są tacy prawdziwi twardziele.

Ale chyba Majamim mogłeś się nieźle bawić?

- Owszem, tam również były komediowe, zabawne sytuacje, ale generalnie to był dla mnie wielki stres. Bo pierwszy raz totalnie odszedłem od siebie.

Właśnie, co takiego dostrzegł w tobie Patryk Vega, że od chłopaka supergrzecznego, jak w "2XL", przeszedłeś do Majamiego?

- O to trzeba by zapytać Patryka. On ma jakieś niesamowite wyczucie do ludzi. Byłem na jego filmie "Polityka", widziałem to, co zrobił z Ewą Kasprzyk, którą znam z teatru, i nie byłem w stanie zobaczyć tam Ewy Kasprzyk! Widziałem zupełnie inną osobę. Patrzę też po innych odkrywanych przez niego na nowo aktorach i uważam, że to niesamowite. Dostrzega w ludziach coś, czego oni sami nie widzą. Ja początkowo kompletnie nie wiedziałem, o co mu chodzi. Moja wizja była zupełnie inna, ale musiałem mu zaufać. W tym czasie jeszcze nie byłem znany, a po "Pitbullu" wszystko się zmieniło. Wtedy nie miałem wielkiego doświadczenia filmowego. Właściwie miałem na koncie tylko "W spirali", w którym zresztą poznałem moją żonę. I musiałem stworzyć postać, jedynie słuchając tego, co ten facet mi mówi. Poszedłem za tym i zaskoczyło. Ale kiedy oglądałem się na ekranie, byłem w szoku, bo ja siebie takiego nie znałem. Nie przypuszczałem, że tak się sprawdzę w tej przestrzeni, że mogę być twardzielem.

Ćwiczysz i pakujesz na co dzień czy tylko przed filmami, które tego od ciebie wymagają?

- Uczciwie - intensywniej to przed filmami. Jednak nie mogę w ogóle nie ćwiczyć, bo mam chory kręgosłup i brak ćwiczeń, nieruszanie się od razu spowodowałyby problemy. Przyzwyczaiłem się więc do regularnych, choć na pewno nie obsesyjnych ćwiczeń.

To ciekawe, bo popularność przecież zawdzięczasz przede wszystkim filmom, w których możemy podziwiać twoją niesamowitą sprawność.

- Tak, z drugiej strony zawsze marzyłem o takim amerykańskim bohaterze i chciałem być na tego rodzaju rolę przygotowany. To zabawne, na moim przykładzie widać,  że marzenia jak najbardziej  się spełniają. W filmie "Fighter", który notabene przechodził różne koleje losu, osiągnąłem maksimum swoich możliwości i pewnie też niejedno sobie udowodniłem. Za to teraz mam już ochotę trochę od tego odejść. Żeby nie musieć tak skupiać się na fizyczności, a na emocjach, i podziałać intelektualnie.

A propos emocji, ale i ćwiczeń. Szykujesz się już do ćwiczeń z dzieckiem?

- Tak (śmiech), szykuję się mentalnie.

Powiedziałeś, że twój bohater, Jakub, był tworzony na bieżąco. To utrudnia czy ułatwia pracę?

- Na początku byłem trochę zdenerwowany - zmieniały się pomysły, zmieniali się reżyserzy. Postać tworzyła się do ostatniego odcinka, więc to było niesamowite doświadczenie, trochę dziwne - ostatecznie mogło jednak coś wnieść do mojego rozwoju zawodowego.

Wspomniałeś kiedyś,  że drugi sezon "Ultravioletu" powali nas na kolana. Dlaczego?

- Ja tak powiedziałem? A, rzeczywiście, kazali mi coś takiego przeczytać z promptera (śmiech).

Ponoć wcale nie korzystasz z pomocy kaskaderów i dublerów. To ambicja?

- Wolę się przygotować i zrobić wszystko sam.

Nie boisz się? Masz chory kręgosłup...

- No czasami tak mam, że wyłączam myślenie. Coś ty, przecież żartuję, jesteśmy zabezpieczeni, a ja naprawdę nie robię nic strasznego. Nie zdecydowałbym się przecież na spadanie z dachu i nikt by mi na to nie pozwolił.

A miałeś kiedyś dublera od pokazywania tyłka, jak miewają gwiazdy typu Mel Gibson?

- No nie, też nie miałem. Ale wiesz, widz i tak myśli, że to jest mój tyłek, więc niech on już będzie mój.

Podobno chciałbyś zagrać Czesława Niemena?

- To prawda, mam takie marzenie.

Ale zanim powstanie o nim film, może czekają na ciebie w "Twoja twarz brzmi znajomo"?

- Nie, nie czekają, bo nigdy nie zadzwoniono i nie proponowano mi udziału.

Ale chciałbyś?

- Tak, bo to przecież jest jakieś sprawdzenie się od tej muzycznej strony. Ja lubię śpiewać, naśladować ludzi, mam taki dar, choć nigdy nie byłem szkolony. No i bardzo lubię przełamywać granice.

Rozmawiała Katarzyna Sobkowicz

Super TV
Dowiedz się więcej na temat: Piotr Stramowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL