Reklama

Piotr Kraśko: Jestem skrajnym optymistą

Piotr Kraśko okres intensywnych wyjazdów ma już za sobą. Dziennikarz prowadzi teraz bardziej osiadły tryb życia, który mu najwyraźniej służy. Już od kilku lat można go zobaczyć w programie śniadaniowym TVN, gdzie z odwiedzającymi studio gośćmi rozmawia na frapujące społeczeństwo tematy.

Piotr Kraśko

Wszyscy znają pana z telewizji, jest pan jednym z prowadzących "Dzień Dobry TVN", ale usłyszeć można pana także w radiu. Co jest bardziej wymagające: radio czy telewizja? 

Reklama

Piotr Kraśko: - Jadąc do telewizji budzik ustawiam na 5:45. Jest to idealna pora, żeby dojechać do studia i się przygotować. Na szczęście mieszkam niedaleko, więc nie jest tak źle. Poza tym o tej porze nie ma korków. Do programu przygotowuję się wieczorem, ale jeśli w nocy lub o świcie wydarzyłoby się coś, o czym powinniśmy powiedzieć, to oczywiście musimy to uwzględnić. Zdarza mi się pracować także w radio i tam zaczynając program o 7 rano muszę być o 6 w pracy, żeby przeczytać wszystkie gazety i zobaczyć, co się wydarzyło w ostatnich godzinach. Radio jest piekielnie wymagające. Są takie chwile, na przykład w Tok FM, że przez 15 minut na antenie jesteś tylko ty i mikrofon. Nie można puścić żadnej piosenki. Trzeba opowiedzieć o tym, co się wydarzyło, co się wydarzy, co pojawiło się w gazetach. W telewizji są goście, rozmówcy, ogromny sztab ludzi, który pracuje nad programem. W radiu czasem jest tylko jedna osoba w postaci realizatora.

W "Dzień Dobry TVN" występuje pan z Kingą Rusin. Czy kiedykolwiek w grę wchodziła zmiana, jeśli chodzi o duety?

- Chyba nikt nigdy nie miał takiego pomysłu. Te pary są wspaniale dobrane. Z podziwem patrzę na naszych przyjaciół i kolegów z redakcji. Każdy duet jest inny, na czymś innym się opiera i każdy jest wyjątkowy.

Agata Młynarska jakiś czas temu opublikowała na Instagramie stare zdjęcie z państwa młodości. Jak wspomina pan waszą współpracę?

- Zdarzało mi się pracować z Agatą i zawsze było to super doświadczenie. Ona wszystko robi z wielką pasją i ogromną autentycznością. To wspaniała dziennikarka oraz wyjątkowa osoba. Znam ją już od bardzo dawna. Ona cały czas ma tę samą pasję życia, ciekawość, otwartość na drugiego człowieka, chęć wysłuchania jego historii, zrozumienia. U niej jest to głębokie i autentyczne.


Też ma pan taką pogodę ducha?

- Jestem bardzo skrajnym optymistą, ze skłonnościami do depresji. Zawsze uważam, że wszystko się dobrze skończy.

A co, gdyby zdarzały się jakieś trudniejsze dni?

- W "Dzień Dobry TVN" nie było takich dni, ale pracując w programach informacyjnych zdarzało mi się relacjonować tragiczne, smutne i rozpaczliwe wydarzenia. Było ich bardzo wiele. Pracując dla programów informacyjnych, jeździłem po świecie jako reporter. Wtedy mało kto jest wysyłany do Szwajcarii, gdzie każdemu żyje się dostatnio i spokojnie. Zazwyczaj jeździ się do Iraku, Libanu, do strefy Gazy, gdzie życie ludzi jest ciężkie i przerażające.

Nie brakuje panu tych wyjazdów?

- Ja się naprawdę bardzo dużo "nawyjeżdżałem". Jeździłem przez ponad 10 lat. Mieszkając przez trzy lata w USA, większość czasu spędziłem w podróży, a nie w Waszyngtonie, gdzie teoretycznie był mój dom. To się tylko tak łatwo mówi - połączyć życie rodzinne z pracą. Jeżeli kogoś bez przerwy nie ma, to wiąże się to z ogromnymi emocjami. Adrenalina to jedno. Wydaje mi się, że byłem czasem trochę trudny. Ciężko jest wrócić do normalności po wizycie w Libanie, gdzie patrzysz na umierające dzieci, leżące na ulicy matki ze zmiażdżoną głową. Trudno jest żyć z osobą, która widziała tyle cierpienia. Czasem zdarzają się wyjątki, że ktoś umie to połączyć z życiem rodzinnym, ale większość historii, które znam, skończyła się źle. Cieszę się, że w przypadku mojej rodziny tak się nie stało. Gdybym nadal intensywnie wyjeżdżał i nie byłoby mnie w domu tak często jak przez poprzednie 10 lat, to pewnie sytuacja wyglądałaby inaczej.

Gdy ma się dzieci, inaczej patrzy się na życie. Patrząc jak rozwija się technologia, czuje pan niepokój związany z tym, że jest pan podsłuchiwany przez własny telefon?

- Nie, nie mam takich obaw. Amerykanie mają zupełnie inne podejście do spraw dotyczących prywatności niż Europejczycy. Zaczynając od tego, że tam nie ma zwyczaju używania pierwszej litery nazwiska, kiedy mówi się o osobie podejrzanej, której postawiono zarzut. Oni używają pełnego imienia i nazwiska. Po 11 września przyjęto prawo, zgodnie z którym firmy telekomunikacyjne miały obowiązek podawać wszystkie dane i udostępniać telefony 60 milionów Amerykanów do odsłuchów tamtejszym służbom. Praktycznie każdy mógł być podsłuchiwany. Byli tacy, którzy powiedzieli, że tak nie może być, ale większość obywateli stwierdziła, że nie mają nic do ukrycia. Jeśli ktoś był przeciw, to pytano, czy planuje zamach, skoro boi się, że go podsłuchują.

Nie brakuje panu w "Dzień Dobry TVN" tematów bardziej związanych z polityką i gospodarką?

- Nie, bo w każdym programie mamy genialnych gości. Ponadto w "Faktach o świecie" w TVN24 BiS poruszamy prawie bez przerwy tematykę brexitu i tego, co się dzieje w USA. W "Dzień Dobry TVN" rozmawiamy o robieniu knedli, wakacjach, chorobach naszych dzieci, szkole i odrabianiu lekcji. Nie powiedziałbym, że któryś z tych tematów jest ważniejszy niż drugi, bo jeśli moje dzieci będą miały kłopoty z matematyką, to będzie dla nas najważniejszy temat, ważniejszy niż brexit.

Dobrze umie pan matematykę, żeby w razie czego pomóc?

- Jeszcze daję radę, ale coś czuję, że to są ostatnie chwile. Jeszcze w siódmej klasie sobie poradzę, ale dalej już wątpię. Na razie na tym poziomie sam jestem zaskoczony. Kiedyś był taki moment, że chciałem studiować matematykę, naprawdę uwielbiałem ten przedmiot.

Kiedyś powiedział pan, że nie widzi pan swoich dzieci w zawodzie dziennikarza, dlaczego?

- Myślę, że obiorą inny kierunek niż dziennikarstwo. Na razie są oni na etapie absolutnej fascynacji jeździectwem i końmi. We wszystkich możliwych wymiarach. Pokochali jazdę konną w skokach przez przeszkody i startują w zawodach sportowych. Wspaniale sobie radzą. Kochają konie i cieszą się, jak w stajni urodzi się źrebak, opiekują się swoimi zwierzętami, a to jest ciężka praca. Koń to nie rower, gdzie po jeździe odstawimy go na jakiś czas do serwisu. Koniem trzeba się zająć przed treningiem i po treningu. Mówimy o godzinach opieki. Na zawodach, gdzie są przenośne boksy i hydrant stoi w jednym miejscu, trzeba przejść 100-200 metrów z wiadrem wody. Nie jest to trudne zadanie, ale dla 10 czy 12-latka jest to wyzwaniem. Oni czują się odpowiedzialni za swoje konie i uważają, że startują w parze. Odniesiony sukces nie jest sukcesem Konstantego i Aleksandra, tylko sukcesem pary - Konstantego na Amstrongu, a Aleksandra na Pierocie. Nasze dzieci bardzo chcą robić wszystko same i nam się to podoba, bo uważają, że są temu koniowi to winni, za radość jaką im daje. Muszą się nim opiekować, żeby on był w dobrej formie i dobrym zdrowiu. Uważam, że jest to wspaniałe, bo buduje niesamowitą relację miedzy człowiekiem a zwierzęciem.

Barbara Skrodzka 

***Zobacz także***

AKPA

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Kraśko

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje