Reklama

Paweł Królikowski: "Ranczo" to bajka o miłości

Za rolę w "Ranczu"pokochali go widzowie. Czy będzie tęsknił za Kusym? Chyba nie znajdzie na to czasu, bo na brak zajęć nie narzeka.

Paweł Królikowski podczas prezentacji ramówki Polsatu na jesień 2016

W tym tygodniu startuje ostatni już, 10. sezon serialu "Ranczo". Rolą Kusego w tej produkcji aktor zdobył ogromną popularność i sympatię widzów. Ale to nie wszystko - rozpoczyna się również kolejna odsłona show "Twoja Twarz Brzmi Znajomo", w której Paweł Królikowski jest jurorem. Mimo napiętego grafiku znalazł czas, żeby w lecie zorganizować zupełnie nowy festiwal.

Reklama

Czy pamięta pan, jak zaczęła się przygoda z programem "Twoja Twarz Brzmi Znajomo"?

Paweł Królikowski: - Kiedy dowiedziałem się o realizacji takiego show - a nie wiedziałem jeszcze, że są plany, żeby mnie tam zaprosić do uczestnictwa - to się bardzo ucieszyłem. Bo brakuje u nas programów, w których trzeba trochę popracować, a potem oglądamy efekty tej kreacji - fajnego warsztatu aktorskiego i piosenkarskiego. To wymaga przede wszystkim talentu, a także umiejętności, chęci i potrzeby zabawy na profesjonalnym poziomie. A jeszcze, jak się okazało, że mogę w tym wszystkim uczestniczyć, to już byłem bardzo uszczęśliwiony. Bo sama obecność, emocje, które tam powstają podczas występów, to jest rzecz nie do przecenienia. Mamy do czynienia ze stawaniem się czegoś pięknego, co jest wypracowane, i do tego podszyte albo nutką wzruszenia, albo serdecznym poczuciem humoru. Nie ma większej frajdy, niż uczestniczyć w czymś, co przynosi ludziom radość, a czasem ma też kroplę wody mądrości.

Czyli oczekiwania się spełniły?

- Tak, tak! Ja jestem tylko jednym z malutkich trybików w całej tej maszynie. Na osoby, które zajmują się programem od strony redakcyjnej, produkcyjnej, reżyserskiej czy doboru repertuaru, patrzę z podziwem. Odpowiedzialność, jaką biorą na siebie, nie ma nic wspólnego z żartami. Efekt jest świetny, zabawny i wzruszający, ale to wymaga rozeznania w rynku piosenkarskim, warsztacie aktorskim, obsadzie, w orientowaniu się, kto co może i tak dalej. W ubiegłym sezonie miałem okazję zajrzeć za kulisy programu i byłem naprawdę zaszokowany ogromem pracy, jaką trzeba włożyć w realizację tego show. W Polsce nie mamy wypracowanych standardów. Kiedyś one były, ale zostały zaprzepaszczone w latach 90. i później przez mnogość odtwarzanych, prostych formatów. Takie zresztą są potrzeby rynku, takie są rzekomo potrzeby widzów, ale... nie do końca. Bo okazuje się, że jak się robi rzecz, która wymaga nakładu pracy, to przychodzi sukces. Pamiętam, jak po pierwszej serii na plan przyjechał prezes Polsatu. I radość to mało, co malowało się na jego twarzy - poważny biznesmen był wzruszony tym, że potrafił stworzyć dla wielu twórców fajny front pracy, przy którym jest i zabawa, i wzruszenie, i ogromny sukces wśród widzów. To były fantastyczne chwile.

Czy jest ktoś, kogo pan najbardziej pamięta z wszystkich edycji?

- Kiedy otwieram notes w głowie z fotografiami kolegów i koleżanek, którzy tam występowali, to na widok każdego mam jakieś serdeczne słowo, uśmiech, nutę wzruszenia. Bywały momenty, że każdy z nas jurorów miał wyrzuty sumienia o punktację - że się zagapił, że mógł inaczej ocenić. Takie wewnętrzne rozterki świadczą o tym, że to jest program, z którym się identyfikujemy. Dawno nie miałem poczucia, żebym się tak identyfikował z tym, co robię. Jak powiedziałem, jestem tylko jednym z trybików, a mam poczucie, że jest tam kawałek mnie. I strasznie jestem z tego dumny, że jeszcze tam jestem.

A nie korciło pana, żeby wziąć udział w tym programie jako uczestnik?

- Napisałem w życiu kilkadziesiąt piosenek, reżyserowałem teledyski, ale... Była kiedyś bajka o misiu Colargolu, który "choć bardzo kochał śpiew, wciąż fałszował pośród drzew"! Mimo że słyszę świetnie, to jak śpiewam - fałszuję. Słyszę to, denerwuję się, i to mnie jeszcze bardziej pogrąża. Czasami, jak coś wypracuję, to jestem w stanie nadać temu jakiś wyraz, ale to nie jest ten teren, na którym czuję się najpewniej. Chociaż zdarzało mi się muzyczne formy w moich zawodowych dokonaniach odhaczyć pozytywnie, z satysfakcją.

Ma pan ulubiony gatunek filmowy? Szeroka publiczność zna pana najbardziej z "Rancza", czyli z roli komediowej...

- Nie mam ulubionego gatunku. A jeśli chodzi o Kusego, to on wcale nie jest rolą komediową! Nagrodę dostałem tak naprawdę za dwie czy trzy sceny z pierwszej serii, które były rzeczywiście zagrane komediowo. Ale ta postać nie jest w ogóle komediowa - jest refleksyjna, depresyjna, zamyślona. I z komedią ma niewiele wspólnego.

To już ostatni sezon "Rancza". Co pan poczuł, jak się skończyło - ulgę czy żal?

- Tak, z tym serialem już się rozstaliśmy na dobre. Po zakończeniu produkcji poczułem... ulgę. Dlatego, że dość mocno byłem z nim związany i to nie tylko ja, ale też cały zespół aktorski i realizacyjny. Do tego ja miałem szczególną, przyjacielską więź z Iloną Ostrowską, która grała Lucy. Zawsze powtarzałem, że mieliśmy z Iloną szansę opowiedzenia najpiękniejszej bajki o miłości. I zrobić tak, żeby to zaangażowanie emocjonalne nie straciło szczerości i piękna artystycznego przekazu - takich, na jakie może aktor zdobyć się, grając w serialu - to jest obciążające. Nie umieliśmy w pewnym momencie już bez wzruszenia grać tych scen. Mieliśmy wrażenie, że scenarzysta Andrzej Grembowicz trochę nas przez te 11 lat poznał i wiedział, w które struny uderzyć, żeby wywołać najpiękniejsze wzruszenie i najszczerszy śmiech. I to nie mogło być obojętne. "Ranczo" przestało być obowiązkiem zawodowym, a zaczęło też być czymś osobistym. Więc dobrze, że ta najpiękniejsza bajka o miłości znalazła swój finał.

Jakie ma pan plany na najbliższą przyszłość?

- Moją pasją poza rzeczami, z których mnie znają ludzie, poza serialami, jest wymyślanie i realizowanie nowych projektów. Tego lata zrobiłem... festiwal kultury polsko-czeskiej w Kudowie Zdroju.

Skąd taki pomysł?

- Mieszkaliśmy z żoną przez dziesięć lat we Wrocławiu, pracowałem tam w telewizji. I na początku sporadycznie, potem coraz częściej zaglądałem do naszych południowych sąsiadów Czechów. Poznawałem język, kulturę, literaturę, kupowałem płyty, książki, poznałem czeskich bardów, i bardzo mi się to wszystko podobało. Zacząłem kombinować w Kotlinie Kłodzkiej, w południowo-zachodniej Polsce. Dowiedziałem się, że władze Kudowy-Zdroju byłyby skłonne wysłuchać, jakie mam pomysły. I przychyliły się do nich. To było trochę szaleństwo, ale wszystko się udało. Namówiłem TVP2 i radiową Trójkę, a także fajnych ludzi i parę organizacji, które nam pomogły. I wspólnymi siłami zrobiliśmy ciekawą imprezę. Przez cztery dni bawiło się na niej kilka tysięcy ludzi. Koncert galowy pokaże Dwójka 17 września.

Z pana entuzjazmu wnioskuję, że chyba będą następne festiwale?

- Taki jest plan. Będę trzymał za rękaw władze Telewizji Polskiej i Polskiego Radia, bo nie wyobrażam sobie, żebyśmy to bez nich zrobili. Przecież po to oni w końcu są, żebyśmy takie spotkania, interesujące dla ludzi, robili.

Czyli nie miał pan wakacji w tym roku?

- To były dla mnie najfajniejsze wakacje!

Rozmawiała Maria Wielechowska.

To i Owo

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Paweł Królikowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje