Reklama

Patrycja Volny: Dusza motyla, skóra słonia

Patrycja Volny popularność zdobyła kontrowersyjną rolą w wyszukanym formalnie thrillerze "Pokot". W tym roku córka Jacka Kaczmarskiego pojawia się natomiast w dwóch skrajnie odmiennych produkcjach. Zarówno "Kurier" Władysława Pasikowskiego, jak i "Obywatel Jones" Agnieszki Holland podejmują trudne historyczne tematy. Prywatnie aktorka jednak stara się unikać zbyt częstego patrzenia w przeszłość. - Historii należy się uczyć i wyciągać z niej odpowiednie wnioski, lecz nie wpatrywać w nią i ideologizować. To do niczego dobrego nie prowadzi - przekonuje.

Podobna do ojca? Niewiele osób wie, że Patrycja Volny jest córką legendarnego Jacka Kaczmarskiego

Adrian Luzar: W filmie "Kurier" Władysława Pasikowskiego wcielasz się w rolę Marysi - łączniczki, która pomogła w misji Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Co było dla ciebie najważniejsze w trakcie przygotowań?

Reklama

Patrycja Volny: - Gdy pracowałam nad tą postacią, chciałam, żeby godnie reprezentowała wszystkie kobiety, które nie tylko walczyły w Powstaniu Warszawskim, ale też mocno przyczyniły się do tego, by w ogóle doszło ono do skutku. Kobiety odegrały bardzo istotną rolę, nie tylko jako łączniczki takie jak Marysia, ale także sanitariuszki. Oprócz tego pracowały w garkuchniach, opiekowały się walczącymi i same walczyły.

Czy przed zdjęciami udało ci się porozmawiać z uczestniczkami powstania?

- Niestety nie miałam tej przyjemności, ale rozmawiałam z ludźmi, którzy takie kobiety znali. Najbardziej pomogła mi jednak literatura -  rozmowy z Jadwigą Branicką, jedną z bohaterek powieści "Dziewczyny z Powstania". W tej książce znalazłam także wspomnienie o żonie Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Jadwidze. Tych relacji, z którymi miałam do czynienia, było tak wiele, że nie jestem ich w stanie wszystkich przytoczyć. Każda była jednak przejmująca i silna. Co ciekawe, z większości przebijała filozofia, która w naszym pokoleniu nie jest już chyba tak powszechna, że walka za naród to priorytet, a nie obowiązek. Niemal wszystkie te kobiety były wychowane w archetypicznym poczuciu patriotyzmu. Walczyły o ochronę dziedzictwa kulturowego, o "polskość".

Czy właśnie ten rodzaj "poświęcenia" dla narodu najbardziej zafascynował cię w tej historii?

- Ja wcale nie odniosłam wrażenia, że one się "poświęcają". To było dla nich oczywiste, że muszą walczyć. Branicka wspomina na przykład, że jej ojciec, hrabia Branicki, nie czuł się właścicielem zamku w Wilanowie, lecz kustoszem i opiekunem czegoś, co jest własnością Polski. To nie było więc poczucie poświęcenia, lecz dumy z tego, czym człowiek się opiekuje i co kocha. Porównam to, może odrobinę patetycznie, do tego, że jestem matką i bardzo rzadko mam poczucie, że "poświęcam się", opiekując się córką. Daję siebie z własnej woli, z radością. Może jak jest nieznośna to troszkę mniej (śmiech).

Czy młodzi widzowie, którzy wybiorą się na "Kuriera", mają wyjść z filmu z tą samą refleksją?

- Nie śmiem takich życzeń wysnuwać. Każdy widz wyniesie z filmu coś innego.  "Kurier" to przede wszystkim kino gatunkowe - rasowy thriller - nie ma więc takiego celu, żeby "umoralniać". Jeżeli młody widz wyjdzie z takimi przemyśleniami, to tylko lepiej, ale nie to było naszym zamiarem. A na pewno nie moim. Mój zawód to nie jest misyjność, a przynajmniej ja nigdy tak do niego nie podchodziłam. Tymi relacjami kierowałam się przede wszystkim przy pracy nad moją postacią, chcąc ją uwiarygodnić.

Dla wielu historia Jana Nowaka-Jeziorańskiego będzie jednak z pewnością zupełną nowością.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Patrycja Volny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje