Reklama

Pascal Brodnicki: Cały czas pod presją

To była przygoda życia - tak o udziale w programie "Azja Express" mówi Pascal Brodnicki. Na towarzysza wyprawy wybrał swojego przyjaciela, Pawła. Dla obu kucharzy jedną z trudności w reality-show był brak jedzenia, o które z zasady nie prosili.

Przez to, że znałem francuską wersję programu "Azja Express", oczekiwałem czegoś innego - wyznaje Pascal Brodnicki

Dostając propozycję udziału w programie "Azja Express", mniej więcej wiedziałeś, co cię czeka. Czy w związku z tym jakoś się do tego przygotowywałeś?

Reklama

Pascal Brodnicki: - Byłem i jestem fanem tego programu, oglądałem go we Francji, gdzie był emitowany przez jakieś 10 lat. Natomiast to była zupełnie inna trasa, mieliśmy do wykonania inne zadania. To mi pomogło, ale nie do końca, bo przez to, że znałem francuską wersję, oczekiwałem czegoś innego. Pomogło mi to jedynie w kwestii bagażu - wiedziałem, że muszę go ograniczyć, żeby nie nosić niepotrzebnych rzeczy. Nie pojechaliśmy tam z ciuchami, które ładnie wyglądałyby przed kamerą. Miało być wygodnie i praktycznie. Z kosmetyków spakowałem tylko jedno mydło, które służyło do mycia się i do prania.

Na towarzysza podróży wybrałeś swojego przyjaciela Pawła.

- Mówi się, że prawdziwych przyjaciół można policzyć na palcach jednej ręki. Nie miałem żadnych wątpliwości, że to Paweł powinien pojechać ze mną do Azji. Rozumiemy się bez słów. Paweł jest silnym, wysportowanym człowiekiem. Wiedziałem, że jak będę miał słabsze momenty to on mnie podbuduje, a jeśli ja zobaczę, że on potrzebuje wsparcia, to też je ode mnie dostanie.

Co było najtrudniejsze w programie?

- Wiele rzeczy, np. wysoka temperatura, wilgoć, wysiłek fizyczny, presja czasu i tego, że do końca nie wiemy, na której pozycji jesteśmy, pierwsi czy ostatni. Brak jedzenia był też dla nas trudny.

Zwłaszcza, że obaj jesteście kucharzami...

- Dokładnie. Ciężko było nam przechodzić przez targi i tylko mijać te piękne składniki, kiedy wyobrażaliśmy sobie, co można by z nich przygotować. Było trudno, tym bardziej, że mieliśmy zasadę, że nie będziemy prosić o cokolwiek - o nocleg czy o podwiezienie tak, ale o jedzenie nigdy. Jak sobie radziliśmy? Dostawaliśmy jedzenie. Tam jest buddyzm, to oznacza, że się dzielimy, że otwieramy drzwi obcym i dajemy im coś do jedzenia. Były też takie noce, że nie spaliśmy u żadnych gospodarzy i wtedy nie mieliśmy nic do jedzenia. Bywało, że nasze brzuchy dawały nam znak, że musimy coś zjeść.

Czy zaskoczyliście siebie czymś w programie?

- Nie, bo znamy się od jakichś 14 lat, więc wiedzieliśmy, czego możemy się po sobie spodziewać. Wcale nie jestem zdziwiony, że tak dobrze nam się układało, że tak dobrze nam poszło. Uzupełnialiśmy się, jak któryś czegoś nie wiedział, nie umiał, to drugi już tak. Pawła znam dłużej niż moją żonę.

Czy w tych trudnych warunkach mieliście chwile zwątpienia? Panom też puszczały nerwy i łezka w oku się zakręciła czy nie wypadało?

- Trzeba oglądać program (śmiech). Cały czas byliśmy pod presją, więc były emocje. Oczywiście, ktoś powie, że to ściema, że wieczorem wracaliśmy do hotelu... Nie wracaliśmy. Albo że operator był w samochodzie - był, więc to był kolejna trudność, bo jak szukaliśmy transportu - musieliśmy myśleć o dodatkowym miejscu dla niego. W końcu jakby nie było operatora, to program by nie powstał. Było ciężko, ale to była przygoda życia.

Z Pascalem Brodnickim rozmawiała Paulina Persa (PAP Life).

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Pascal Brodnicki | Azja Express

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje