Olga Sarzyńska: Jak bungee

W każdym odcinku "La La Poland" gra kilka postaci. Olga Sarzyńska wciąż ma jednak apetyt na więcej ról, w których mogłaby zaszaleć.

Mam dużo pracy, ale wciąż czekam na wymarzonę rolę w filmie - mówi Olga Sarzyńska

Była m.in. Rutką w "Czasie honoru", zagrała też w serialu "W rytmie serca". Zgarnia nagrody za role teatralne, a życzliwość telewidzów zaskarbiła sobie ostatnio jako pracownica Polskiego Centrum Lotów Kosmicznych, nauczycielka albo bywalczyni pewnego baru w "La La Poland".

Reklama

"La La Poland" to swego rodzaju teatr telewizji, kabaret, a może program satyryczny?

Olga Sarzyńska: - Ja bym powiedziała, że to serial komediowy.

Dla kogo powstaje?

- Mam wrażenie, że robimy go dla wszystkich. Rozmawiałam o nim ze znajomymi i rodziną - ze zdziwieniem dowiedziałam się, że oglądają go też dzieciaki: podoba im się cykl "Rada pedagogiczna" albo "Polskie Centrum Lotów Kosmicznych". Ostatnio byliśmy z reżyserem i częścią obsady na spotkaniu z widzami na festiwalu w Międzyzdrojach. Było sporo starszych osób, które reagowały żywiołowo. Okazuje się więc, że niezależnie od wieku można w tym serialu znaleźć coś dla siebie. Jest zróżnicowany, wiele w nim wątków, postaci, rodzajów żartów.

Dzisiaj Polacy są bardzo podzieleni, także w kwestii humoru. Jednych bawią tylko żarty z rządzących, inni śmieją się wyłącznie z opozycji, dla wielu dowcipy z patriotyzmu, feminizmu albo Kościoła są niedopuszczalne.

- Nie istnieje coś takiego jak humor idealny. W ekipie "La La Poland" też mamy różne poczucie humoru. Dlatego właśnie skecze i dowcipy w tym serialu są tak różnorodne - każdy odcinek to wypadkowa tego, co nas śmieszy. Robimy serial, jaki nam samym wydaje się zabawny. Opowiadamy o codziennym życiu, wykorzystujemy sytuacje podpatrzone w domach, na ulicy, na zakupach. I nie zawsze żartujemy - czasem o niektórych kwestiach mówimy poważniej. Pewne spostrzeżenia są gorzkie, niektórzy nawet uważają, że te dotyczące naszych wad narodowych bywają smutne.

Dzisiaj rzeczywistość bywa śmieszna sama w sobie, po co więc jeszcze śmiać się z niej w telewizji?

- Reżyser "La La Poland" Wawrzyniec Kostrzewski mówi, że chcemy nakłuć balon narodowej dumy. Zresztą nie wszystko ujmujemy wprost, sięgamy po metafory i wiele pozostawiamy widzom do interpretacji. Polityka - rzeczywiście coraz częściej groteskowa - nie bez powodu zajmuje w naszym serialu poboczne miejsce. Życie codzienne wydaje nam się znacznie ciekawsze.

Są tematy, które traktujecie jak tabu?

- Oczywiście, nie chcemy nikogo obrażać ani wprawiać w zakłopotanie. To ma być program rozrywkowy, nie satyra polityczna ani publicystyka. Nie uprawiamy jazdy po bandzie.

Nauczyciele albo księża nie czują się urażeni państwa żartami?

- Otóż właśnie nie. Mam nawet księdza w rodzinie - z życzliwością mówi o "La La Poland" (śmiech).

Jeden z reżyserów przekonywał panią, że najważniejsze to cieszyć się z tego, że wychodzi pani na scenę albo staje przed kamerą. Praca przy "La La Poland" sprawia pani frajdę?

- Ogromną! Tym bardziej, że ten serial jest zwieńczeniem pracy Kabaretu na Koniec Świata, z którym jestem od lat związana. Poza tym robimy "La La Poland" po swojemu - to od A do Z nasze dzieło, powstające bez niczyich sugestii ani ingerencji z zewnątrz. No i serial jest dla nas wszystkich wyzwaniem zawodowym...

Naprawdę?

- Tak. Każde z nas wciela się tam w wiele postaci, z fascynacją przyglądam się kolegom, których znam bardzo długo, jakie metamorfozy przechodzą kilka razy w każdym odcinku. Rzadko mamy szansę pokazać taki wachlarz swoich możliwości w jednej produkcji. Zwykle szefowie castingów albo reżyserzy postrzegają nas jednowymiarowo, mają tendencje do szufladkowania aktorów.

A nie boi się pani, że zostanie teraz zaszufladkowana jako aktorka komediowa?

- Ostatnio moja agentka powiedziała, że pojawiła się propozycja, żebym zagrała w pewnym serialu. Reżyser castingu nie był jednak przekonany, bo uważa, że jestem... zbyt dramatyczna. Mam nadzieję, że obejrzał już "La la Poland" (śmiech). Poza tym w teatrze gram nie tylko komediowe role.

Jedną z najważniejszych - w sztuce wyreżyserowanej przez Bogusława Lindę.

- Tak, w "Merylin Mongoł" w Teatrze Ateneum. Bardzo się stresowałam, kiedy dowiedziałam się, że mam zagrać w jego spektaklu. Na dodatek w obsadzie są też Agata Kulesza i Marcin Dorociński, a ja dostałam pierwszą tak dużą, poważną rolę. Bogusław Linda rzeczywiście jest bardzo wymagającym reżyserem, ale spotkanie z nim było fascynujące. Ta praca była jak dotąd najważniejszą przygodą teatralną w moim życiu.

Przeczytałam, że któryś z kolegów powiedział o pani: "jest jak bungee". Co to znaczy?

- Ojej, naprawdę ktoś tak powiedział? Może miał na myśli, że jestem energiczna albo odważna... Nie bardzo wiem, o co chodziło, ale bardzo mi się podoba to określenie.

Może gdyby zajęła się pani reżyserią, mogłaby [ani obsadzać siebie w takich rolach, jakie się pani podobają?

- Gdybym miała spróbować reżyserii, to tylko z jednego powodu. Czasami irytuje mnie to, jak bardzo aktorzy zależni są od innych: od kogoś, kto da nam propozycję i ma własną, zamkniętą wizję postaci... Niewielu reżyserów pozwala samodzielnie kreować bohaterów filmu albo serialu. Ale tak poważnie - to za trudny zawód. Jestem prywatnie związana z reżyserem, więc wiem, jaki to ogrom pracy, za ile rzeczy trzeba odpowiadać. Wolę aktorstwo.

Mówi pani tak, jakby uważała, że ten zawód nie ma mankamentów.

- Oczywiście, że ma. Najtrudniejsze w nim jest to, żeby nie stracić wiary w siebie. Jednego miesiąca mamy kilka propozycji, innego - żadnych. Trzeba mieć silną psychikę, żeby nie wpadać z euforii w zwątpienie i odwrotnie.

Teraz jest pani na szczycie czy w dołku?

- Jestem pośrodku. Wychowuję dziecko i zwolniłam nieco tempo. Zrobiłam serial, gram w kilku spektaklach, zaczynam próby do nowych, ciekawych projektów. Mam dużo pracy, nie mogę narzekać, chociaż... wciąż czekam na wymarzoną rolę w filmie. Ale wierzę, że to jeszcze przede mną.

Rozmawiała Anna Bugajska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje