Reklama

Nie jestem dość ładna ani medialna

Najpewniej czuje się na własnej kanapie i bardzo nie lubi mówić o sobie. Woli o filmach, bo Agata Kulesza właśnie zagrała role, o których marzyła 15 lat, od skończenia szkoły aktorskiej.

W kinach można ją zobaczyć w "Sali samobójców", a wkrótce w "Róży z Mazur" Wojciecha Smarzowskiego. Agata Kulesza ma nadzieję, że niedługo będzie rozpoznawana dzięki filmom, a nie dlatego, że po wygranej w "Tańcu z gwiazdami" oddała srebrne porsche.

Reklama

Twój STYL: "Nie jestem dość ładna ani medialna, nie lubię wywiadów, czasem mam ochotę rzucić ten zawód" - to pani słowa. Aktualne?

Agata Kulesza: - Mimo że śmiesznie to brzmi, bo właśnie z panią rozmawiam - tak, wszystko podtrzymuję.

Jak na aktorkę nie jest chyba pani też wystarczająco próżna?

- O nie. Spokojnie. Próżności mam naprawdę sporo. Czasami jestem jak studnia bez dna - tak potrzebuję pochwał. Problem tylko w tym, że ja nie wierzę w komplementy. W krytykę uwierzę dużo szybciej. Adam Hanuszkiewicz podobno mówił, że prawdziwy aktor wchodzi na scenę i czuje, jak wypełnia całą przestrzeń swoim zapachem. I jest z tego dumny. Moje wychodzenie na scenę jeszcze do niedawna odbywało się w popłochu, było nerwowym wyrzucaniem z siebie tekstu. Nie dawałam sobie prawa do zatrzymania uwagi widza. Teraz jest już lepiej.

- Pycha, próżność są aktorowi niezbędne do tego, żeby pozwolić sobie na większą odwagę grania. Myślę, że tę próżność trzeba umieć kontrolować. Nie dać się zwieść, że oto jestem kimś wyjątkowym i więcej mi się należy. Osobą, która nie daje mi wejść w taką ułudę, jest mój mąż [Marcin Figurski, operator filmowy - red.], realista do bólu. I jestem mu za to wdzięczna.

Film "Sala samobójców", w którym zagrała pani jedną z głównych ról, został dobrze przyjęty na festiwalu w Berlinie. Właśnie skończyła pani zdjęcia do "Róży z Mazur" Wojciecha Smarzowskiego. Naprawdę nadal waha się pani, czy nie rzucić aktorstwa?

- Lubię grać, ale cały czas nie mam pewności, czy powinnam być aktorką. Myślę, że może jakiś inny zawód powodowałby mniej frustracji, a dawał więcej satysfakcji. A potem zdarzają się takie właśnie role i myślę wtedy: "Mój Boże, jakie ja mam szczęście! Od skończenia szkoły aktorskiej na to czekałam. Czyli jakieś 15 lat!". I tak się w te role zapadam, że ponoszę spore koszty.

Jakie?

- Psychiczne, osobiste. Wpadam w to granie z głową. Biegnę za emocją, orgiastycznym uprawianiem zawodu i potrafię się emocjonalnie rozharatać. Taplam się w bólu, który moje bohaterki mogły odczuwać, chcę jak najbardziej się do nich zbliżyć. Zadręczam przyjaciółki, bliskich opowieściami, analizami. Prowadzę równolegle drugie życie. Użyczam swojego ciała, emocji komuś innemu, kogo tworzę. Przy "Sali samobójców", przygotowując się do roli Beaty Santorskiej, hieny z agencji reklamowej, popsułam sobie charakter.

- Pracując nad tą rolą, dogrzebałam się do swojej bezwzględności. I trochę zaczęłam tak działać. W urzędach, bankach załatwiałam wszystko od razu. "O, Beata weszła ci pod skórę", mówił reżyser, gdy na planie ryknęłam na kogoś, bo wydawało mi się, że mnie nie słucha.

- Dwa ostatnie filmy kręcone były na wyjeździe. To daje inny poziom koncentracji. Na szczęście. Nie było mnie w domu, nie musiałam gotować, odwozić córki do szkoły, łączyć tych dwóch światów. Kiedy wracam po skończonych zdjęciach, wracam do siebie prawdziwej. Rodzina pozwala mi na miękkie lądowanie, a ja bardzo dużo śpię. Po kilkanaście godzin dziennie, oczywiście jeśli akurat nie muszę lecieć na plan serialu. Role mogą mnie nadwątlić, ale rodzina przywraca pion. Bez córki, męża cały czas byłabym w uniesieniach i pewnie za długo bym nie pożyła.

Nie widać pani na bankietach, imprezach. Męczą panią ludzie?

- Po intensywniej pracy na planie wolę być sama. Kiedy od rana ktoś mnie maluje, czesze, ubiera, poprawia ubranie, znów maluje, czesze, dotyka, mam momenty, że jestem tak zmęczona przekroczeniem granicy bliskości, że od samego dotyku pędzla na skórze robi mi się niedobrze. Wielomiesięczna intensywność kontaktu z ludźmi sprawia, że nie mam ochoty wychodzić na premiery, imprezy, więc tego nie robię.

Bywanie nie jest elementem pani zawodu?

- Jestem aktorką, a nie celebrytką. Zawód celebryty polega na pokazywaniu się na wszystkich premierach, otwarciach, prezentacjach pomadek. Ostatnio usłyszałam, że po dużych fetach znani ludzie wychodzą do fotoreporterów i opowiadają ze szczegółami, co mają na sobie, jakich marek buty, torebki. Mnie by to żenowało. Czasami w przypływie próżności pójdę na jakiś bankiet. I na miejscu się zastanawiam, co ja tu robię.

Twój Styl

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Agata Kulesza | Sala samobójców | aktorka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje