Reklama

Michał Żebrowski: Liczy się gra

"Liczy się to, czy aktor ma coś do zagrania, czy wyłącznie proszą go o wzięcie udziału w projekcie" - tak o aktorstwie mówi PAP Life Michał Żebrowski. Aktor przyznaje, że śledzi produkcje ze swoim udziałem, by sprawdzić, jakie robi błędy i jak kombinują koledzy.

Michał Żebrowski podczas świętowania 18. urodzin "Na dobre i na złe"

Spotykamy się tuż po próbie w Teatrze 6. Piętro. Do jakiego spektaklu się państwo przygotowują?

Reklama

Michał Żebrowski: - Zapowiada się niezwykła petarda teatralna, którą sprezentujemy naszym widzom już 2 grudnia. Mówię o polskiej prapremierze tekstu "Niezwyciężony" Torbena Bettsa, pisarza młodej angielskiej dramaturgii uważanego za tzw. Czechowa XXI wieku. Jest to dla nas wielkie wyzwanie i powód do dumy, że teatr prywatny, jako pierwszy w Polsce, sięga po ten tekst, który jest przenikliwą odpowiedzią na to, co obecnie dzieje się na świecie. Zaproszeni zostali do tego wydarzenia wyśmienici aktorzy, jak Agnieszka Grochowska, Aleksandra Popławska, Bartłomiej Topa i Szymon Bobrowski. To są artyści w takiej kondycji aktorskiej, którzy w zetknięciu z reżyserem Eugeniuszem Korinem pozwalają mi uczyć się aktorstwa siedząc i patrząc jak pracują na próbach.

Serial "Na dobre i na złe", w którym wciela się pan w postać apodyktycznego prof. Falkowicza świętuje w tym roku swoje 18. urodziny. To dużo jak na polskie warunki. W czym, pana zdaniem, tkwi sukces tego serialu?

- To jest sukces nie tylko na warunki polskie, ale w ogóle na światowe. Mówiąc wprost, być może troszkę brutalnie, ojcem tego sukcesu jest producent, czyli pan Tadeusz Lampka, bo "jaki pan, taki kram". Jeżeli producent przez wiele lat dba o to, żeby dostarczać aktorom materiał do gry, to w zależności od tego, jak ci aktorzy się zaangażują w pracę, może liczyć na przychylność widowni. Tak się składa, że pan Lampka dba nie tylko o tekst, ale też o obsadę, o to, jak ta obsada pracuje, jakie są warunki tej pracy, kto reżyseruje, kto świeci. Nikt w tym serialu nie ma obiecane nic na stałe i nic na zawsze, co buduje mądrze pojętą konkurencję artystyczną, która służy wyłącznie widowni.

Sam ogląda pan ten serial? W ogóle śledzi pan produkcje ze swoim udziałem?

- Oglądam, ponieważ chcę podpatrywać, jak kombinują młodsi koledzy i sprawdzić, jakie robię błędy.

A pana rodzina, żona, dzieci również oglądają pana w telewizji?

- Zdarza im się, bo ich tym zamęczam (śmiech).

Ponoć pana żona podpowiada panu w kreowaniu roli prof. Falkowicza.

- Tak było 5 lat temu, kiedy zaczynałem. Ponieważ jest młodsza ode mnie o 15 lat, podrzucała mi różne, śmieszne teksty. Teraz staram się opierać swoje dialogi na konsultacjach z ekipą "Na dobre i na złe", która bardzo chętnie mi w tym pomaga.

Czy pana dzieci wiedzą, że jest pan znanym aktorem?

- Na szczęście nie są tego świadome i robię wszystko, żeby tak zostało.

Jest pan aktorem zarówno teatralnym, jak i filmowym, serialowym. Gdzie czuje się pan lepiej - na scenie czy przed kamerą?

- Liczy się towarzystwo i to, czy aktor ma coś do zagrania czy wyłącznie proszą go o wzięcie udziału w "projekcie".

A gdyby nie był pan aktorem, w jakiej innej zawodowej roli by się pan widział?

- Chyba byłbym sportowcem, bo to również niesie w sobie element realizacji aktorskiej.

Jakie są pana sposoby na relaks? Jak się pan wyłącza po pracy?

- Uciekam w góry i rozmawiam z żoną. Też prowadzenie gospodarstwa jest - w najlepszym tego słowa znaczeniu - mądrze pojętym hobby, które pozwala mi twardo stąpać po ziemi.

Spotykamy się w Pałacu Kultury i Nauki, gdzie mieści się pana teatr. Jakie jest pana stanowisko, jeśli chodzi o plany zburzenia tego budynku?

- Uważam, że reformę Polski powinniśmy rozpocząć od zburzenia Koloseum w Rzymie, ponieważ tam mordowano pierwszych chrześcijan.

Z Michałem Żebrowskim rozmawiała Paulina Persa (PAP Life).

PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Michał Żebrowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje