Reklama

Reklama

Marta Nieradkiewicz: Świat mnie obchodzi

Marta Nieradkiewicz, aktorka znana z "Płynących wieżowców", Zjednoczonych stanów miłości", "Kampera", a także "Barw szczęścia" i "Paktu" opowiada o pracy w najnowszej produkcji - kryminalnym serialu "Ultraviolet" - oraz zdradza, czym się kieruje przy wyborze ról.

Marta Nieradkiewicz rzuciła grę w "Barwach szczęścia" i okazało się to świetną decyzją

Lubi pani kryminały?

Marta Nieradkiewicz: - Lubię, nawet bardzo. Ostatnio zakochałam się w serialu "Most nad Sundem". Może z racji tego, że jest to bardzo konkretny gatunek i ma zawsze mocno określoną formę, wspaniale się go ogląda. Lubię, jak dreszczyk emocji przechodzi mi po plecach.

Pani bohaterka w "Ultraviolet" rozpoczyna prywatne śledztwo, bo nie wierzy policji. Pani ma zacięcie społecznikowskie?

- Ja? Tak (śmiech). Łatwo się z tym nie żyje, przyznam szczerze - ale mam to. Myślę, że jestem trochę podobna do Oli Serafin. W niektórych sprawach nie potrafię odpuścić - kiedy mnie coś boli, porusza, nie umiem obok przejść obojętnie. Chociaż uczę się, żeby nie przejmować się wszystkimi sprawami, bo nie chcę w wieku 50 lat dostać zawału. Angażuję się w różne rzeczy i przyznam, że świat nie jest mi obojętny. Reaguję.

Reklama

Do "Paktu" musiała się pani nauczyć szybkiej obsługi klawiatury komputera. A do "Ultraviolet"?

- Przeszłam dodatkowe szkolenie jazdy samochodem. Głównie po to, żeby zapewnić sobie i moim pasażerom bezpieczeństwo. Choć oczywiście wszystkie sceny kaskaderskie nie były realizowane przeze mnie, miałam dublerkę. Mimo wszystko jednak, do jazdy autem z dwiema kamerami, czasem w strugach deszczu i przez wiele godzin, musiałam się przygotować. Trzeba przyznać, że dużo jeżdżę w tym serialu.

To się kiedyś przyda?

- Oczywiście. Bardzo lubię prowadzić samochód...

Szybko?

- Jestem rozsądnym kierowcą, ale kiedy mam możliwość, lubię sobie depnąć.

Agata Kulesza, która gra pani matkę, mawia, że cały warsztat aktor nosi w sobie i wyciąga rozmaite cechy w zależności od potrzeby. Co pani najczęściej wyciąga?

- Wydaje mi się, że do tej pory, przez to, co robiłam, w jakich rolach byłam obsadzana, moim podstawowym środkiem wyrazu był smutek. Zawsze się z nim dosyć mocno identyfikowałam. Nawet rok temu jeden z dziennikarzy zapytał, czy nie jestem już tym zmęczona. Odpowiedziałam, że chciałabym spróbować czegoś innego i pokazać inną twarz, ale co ja na to poradzę, że obsadzają mnie akurat w takich rolach. Które zresztą są przecież ciekawe, nie mówię, że nie. Bo granie bardzo specyficznych stanów jest niezwykle rozwijające, ale cieszę się, że teraz trafiła mi się rola osoby impulsywnej, z poczuciem humoru. Dzięki temu oddałam pracy inną cząstkę siebie, a nawet odkryłam ją podczas tych zdjęć.

Powiedziała pani, że wierzy w intuicję. Czyli te smutne role przyjmowała pani dzięki intuicji?

- Wie pani, nie jest tak, że mogę sobie wybierać role, przebierać w trzydziestu scenariuszach miesięcznie i zastanawiać się, który wybrać. Po prostu takie role do mnie przychodziły. Scenariusze były fajne, więc je brałam, szłam na castingi i je wygrywałam.

Decyzję o odejściu z "Barw szczęścia" podjęła pani pod wpływem intuicji?

- Tak. Kosztowało mnie to trochę nerwów, ale myślę, że gdybym wtedy nie podjęła takiej decyzji, tobym dzisiaj tutaj z panią na kanapie nie siedziała. Takie mam przekonanie, że chyba w odpowiednim momencie rozstałam się z serialem, który był moją pierwszą dużą rolą. Mogę teraz pracować w kinie i robić inne fantastyczne rzeczy.

Bo wielu aktorów utrzymuje, że można zarabiać w telenoweli i realizować się w teatrze i kinie.

- Zgadzam się, ale ja od takiej roli zaczynałam, to zupełnie coś innego. Na przykład Agata Kulesza może sobie na to pozwolić. Za nią stoi jej nazwisko i jej marka. A ja byłam początkującą aktorką, która od razu weszła w taki serial.

Jest pani laureatką Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego za filmy "Kamper" i "Zjednoczone stany miłości". Co decyduje o tym, że przyjmuje pani rolę?

- To, że jest ciekawa. Jeżeli znalazłabym wspaniałą komediową rolę, chętnie bym ją zagrała. Uważam granie komedii za równie duże wyzwanie, może czasem i większe, jak dramatu. Proszę mi wierzyć na słowo, że do mnie takie rzeczy po prostu przychodzą.

Marzy pani o jakiejś roli? Obejrzała pani kiedyś coś bądź przeczytała i doznała przebłysku "to rola dla mnie!"?

- Nie. Kiedyś, bezpośrednio po szkole, miałam taki wachlarz oczekiwań, że marzyłam, żeby zagrać to czy tamto, ale teraz nie. Tylko bardzo chciałabym przywdziać kostium i znaleźć się w zupełnie innej epoce, posługiwać się zupełnie innymi środkami i innym językiem. Myślę, że to by było wspaniałe wyzwanie. Mam na to chrapkę.

A inna epoka to przeszłość czy mogłaby być też przyszłość?

- Mogłaby. Ale nie, wie pani - jednak suknia (śmiech).

Czy w "Ultraviolet" zaskoczyły panią wielkie możliwości mediów społecznościowych?

- Nie, bo mnie to zaskakuje na co dzień. Mam Facebooka, Instagram, ale nie zamieszczam wielu zdjęć i komentarzy dziennie. Obserwuję. Myślę, że to stało się częścią naszego życia i ja też nie jestem outsiderką.

Rozmawiała Katarzyna Sobkowicz

Telemax

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Marta Nieradkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje