Reklama

Reklama

Marion Cotillard: Kim jesteśmy, jak radzimy sobie z lękiem, gniewem i frustracją?

Francuska aktorka Marion Cotillard, znana z filmów "Niczego nie żałuję - Edith Piaf", "Mroczny rycerz", "Incepcja" i "O północy w Paryżu", w swej najnowszej produkcji wciela się w Lady Makbet. Najnowsza ekranizacja dramatu Williama Szekspira trafi na ekrany polskich kin 27 listopada.

Marion Cotillard w Cannes

Reżyserem filmu "Makbet" jest Australijczyk Justin Kurzel, którego debiut z 2001 roku "Snowtown", został bardzo dobrze przyjęty przez krytyków. Tytułową rolę w "Makbecie" zagrał Michael Fassbender, mający na swym punkcie takie filmy, jak "Steve Jobs", "Slow West", "Niebezpieczna metoda" i "Prometeusz".

Krytycy filmowi piszą, że to jedna z najlepszych filmowych realizacji "Makbeta". Film zdobył najwyższe oceny brytyjskiej prasy. Krytycy najważniejszych tytułów prasowych w Wielkiej Brytanii - "The Telegraph", "The Times" oraz "Daily Mail" przyznali mu zgodnie po 5 gwiazdek.

Reklama

"Krwawa walka o władzę, epickie sceny batalistyczne i magiczny mrok. Brzmi znajomo? Jest tu wszystko to, co pociąga nas w 'Grze o tron'" - napisała Kasia Delgado w Radio Times. "Fassbender jest urodzony do tej roli" - stwierdził Robbie Collin na łamach "The Telegraph". Dziennikarz "Daily Mail", Brian Viner w swojej recenzji przyznał, że "film wciska w fotel". "To wielkie kino" - podsumowała Kate Muir, recenzentka "The Times".

Nie tylko o pracy na planie "Makbeta" opowiada, wcielająca się w Lady Makbet, francuska aktorka i laureatka Oscara - Marion Cotillard.

Co pani pomyślała, gdy pierwszy raz obejrzała "Makbeta"?

- Byłam zachwycona. To film, ale i jednocześnie dzieło sztuki.

Do takiego efektu dąży pani w swojej pracy?

- Tak. Zwykle intuicyjnie wiem, że pracuję nad czymś wyjątkowym i podczas zdjęć do tego filmu też mieliśmy takie poczucie. Wizja Justina była niezwykle inspirująca i ciekawa, a szczególnie przekonał mnie humanizm, jakim nasycił tę klasyczną sztukę. Widziałam jego pierwszy, doskonały jak na debiutanta film ["Snowtown"]. Było w nim czuć miłość do ludzi, ciekawość drugiej osoby. Czułam więc, że i tym razem stworzy coś niezwykłego.

Justin Kurzel zmienił nieco tradycyjną emocjonalną oś "Makbeta", odszedł od tak silnie zwyczajowo podkreślanego wątku dumy. Czuła pani, że to nowa jakość?

- W sztuce oglądamy konsekwencje takiego zachowania, on chciał poznać jego genezę. Wyszedł z założenia, że w każdym najgorszym nawet potworze wciąż jeszcze drzemie jakiś pierwiastek człowieczeństwa. Fascynujące jest badać, jak ktoś przechodzi na ciemną stronę mocy. O to chodziło Justinowi i dlatego ten projekt wydał mi się interesujący. Jego pomysł, wizja i chęć ustalenia genezy zachowań Makbeta zrobiły na mnie wrażenie.

Czy miała pani wcześniej styczność z Szekspirem? Grała może Lady Makbet?

- Nie, nigdy wcześniej nie wcielałam się w tę postać. Pierwszy raz obejrzałam "Makbeta" jeszcze w szkole teatralnej. Miałam nadzieję, że kiedyś zagram tę rolę. Byłam pewna, że to się wydarzy. Ale na scenie teatralnej i w języku francuskim - a nie po angielsku, w ojczystym języku Szekspira. Dlatego okazja, by wziąć udział w tym projekcie wydała mi się tak niezwykłą szansą. Nie spodziewałam się tego, ale czułam, że to coś dla mnie, że muszę to zrobić.

Michael Fassbender, filmowy Makbet, nauczył się ponoć wszystkich dialogów przed wejściem na plan. Pani też tak metodycznie do tego podeszła?

- Tak, nie dało się inaczej. Pracowałam nad odpowiednim akcentem i uczyłam się tekstu jednocześnie, bo podczas prób musiałam już znać dialogi na pamięć.

Jak wyglądały te próby?

- Okres prób był najważniejszy. Mieliśmy wspaniałą możliwość pracy z Neilem Swainem, trenerem akcentu i znawcą Szekspira. Pomagał nam przeniknąć przez wszystkie warstwy tekstu. Jedno zdanie ma tu przecież dwa, trzy znaczenia, a my musieliśmy rozumieć je wszystkie, by móc interpretować postać. Mam wrażenie, że im więcej pracy wkłada się w postać, tym więcej wariantów gry ma aktor. Może próbować i próbować. Nawet jeśli pierwsza interpretacja była najlepsza, te późniejsze, choćby mniej udane próby, tylko ją wzbogacą. Mam wrażenie, że wspaniałą energię na planie zawdzięczaliśmy takiemu a nie innemu procesowi przygotowań. Naprawdę mieliśmy okazję wspólnie budować nasze postaci. Justin stworzył wyjątkowa atmosferę, stymulował nasze poszukiwania, pomagał zrozumieć tożsamość postaci, ustalić skąd wziął się w nich mrok, a jednocześnie odnaleźć w nich człowieczeństwo. To było tak niesamowite - próbować zrozumieć człowieczeństwo potwora.

Jak pracowało się pani z Michaelem?

- To zjawiskowy aktor. To był zaszczyt móc patrzeć na niego przy pracy, "od kuchni" podglądać jak przygotowuje postać a tym samym buduje film. Jest szalenie kreatywnym człowiekiem i bardzo szczerym. Rozumie dusze swoich bohaterów, ich osobliwość, jest autentyczny i to właśnie widać w "Makbecie". Jego propozycje zaskakiwały mnie każdego dnia.

Szekspirowska fraza ma specyficzny rytm. Jak wypowiada się tak napisane dialogi?

- Kiedy muzyk gra Mozarta dotyka absolutu. Grać Szekspira to podobne uczucie. Jestem ogromną szczęściarą, że mogłam wypowiadać te słowa, zanurzyć się w ten specyficzny rytm który przypomina bicie serca czy też uderzenie pięścią - pełne miłości i szekspirowskiego zrozumienia dla natury ludzkości, jego wizji, poezji. Ogromne szczęście.

Dlaczego, według pani, ten tekst wciąż pozostaje aktualny?

- Bo sednem jest tu potrzeba zrozumienia ludzkiej duszy, dzielenia się nim, tak jak robił to Szekspir. To genialny portret nas samych - kim jesteśmy, jak radzimy sobie z lękiem, gniewem, frustracją i przez to otwieramy drzwi do naszej duszy złu. Dwudziesty czy jedenasty wiek - wcale nie ma między nami, ludźmi, takiej wielkiej różnicy. Szekspir był wizjonerem, szczególnie "Makbet" zdaje się mieć bardzo kinową energię. Celny i mądry portret duszy ludzkiej nigdy się nie zestarzeje. Dlatego "Makbet" wciąż pozostaje aktualny.

Czy oryginalny tekst uległ znaczącym zmianom w procesie adaptacji?

- W przypadku sztuki teatralnej zdarza się przerabiać drobne fragmenty na potrzeby widowni, ale w tym przypadku zależało nam na Szekspirze w najczystszej postaci. Oczywiście Justin musiał dostosować to i owo, wyciąć jedne fragmenty, poprzestawiać inne, ale słowa, które wypowiadamy w filmie to 100% oryginału.

Zaczęła pani od sztuki a potem przeczytała scenariusz czy pracowała z nimi równolegle?

- Równolegle, bo czasami w filmie pojawiał się dialog, który był pozbawiony oryginalnego kontekstu sceny. Żeby na pewno dobrze wszystko zrozumieć, wypełnić go emocją, uczuciami, czytaliśmy pełne sceny ze sztuki i w ten sposób mieliśmy pojęcie o co chodziło w całości, także we fragmentach które zostały wycięte.

Podobała się pani praca na planie?

- Bardzo. Ale to była jednocześnie przyjemność i ból.

Skąd ból?

- Pojawia się, gdy gram kogoś tak mrocznego.

Potrafi pani "nie zabierać" swojej postaci do domu po zakończonym dniu pracy?

- To jest dla mnie najtrudniejsze, bo gdy spędza się z nią całe dnie, pozwala w siebie wejść, to wywiera to na nas ogromny wpływ. Nie pracuję metodą Stanisławskiego, więc kiedy kończą się zdjęcia jestem na powrót sobą, zostawiam postać za drzwiami. Ale zawsze zostaje jakiś ślad. Musiałam bardzo uważać, żeby nie przenosić energii z planu poza niego, na ludzi którym ona nie była potrzebna.

Czy macierzyństwo zmieniło coś w ani podejściu do zawodu aktora?

- Nagle częste, ciągłe wyjazdy stały się problemem. Jest mi o wiele trudniej, bo często wybieram ciężkie, dramatyczne role i muszę chronić przed ich konsekwencjami bliskich, ludzi, których kocham. W pewnym stopniu miało to wpływ na mój tryb pracy. Kiedy wchodzę w rolę, wchodzę w nowy świat. Wcześniej w takiej sytuacji przyjaciele wiedzieli, że na jakiś czas mają mnie z głowy. Ale dziś nie mogę ot tak zniknąć, muszę godzić te dwa światy - zawodowy i prywatny. Moje życie nie jest ani trochę dramatyczne [śmiech]. To trudne połączenie, bo wciąż chcę wejść w rolę tak głęboko, jak to możliwe. Czasami bywa to cięższe, niż kiedyś.

Jakie to uczucie mieć premierę w Cannes? Tam po raz pierwszy pokazano "Makbeta"...

- To jeden z największych festiwali na świecie, jeśli nie największy. Pokazywanie tu filmu zawsze jest wielką radością. Wspaniale jest być składową energii, jaka powstaje, gdy ludzie z całego świata dzielą się swoimi filmami, wspierać kino i je odkrywać. Bez festiwalu w Cannes niektóre filmy nigdy nie ujrzałyby światła dziennego, nie miałyby takiej medialnej ekspozycji. Program co roku zachwyca. Możemy wszyscy być festiwalowi wdzięczni za filmową różnorodność, jakiej nam dostarcza.

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Marion Cotillard | Makbet 2015

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje