Reklama

Reklama

Maria Sadowska: "Sto lat kino opowiadało o mężczyznach, teraz nasza kolej"

Od 7 października można oglądać w kinach najnowszy film Marii Sadowskiej "Miłość na pierwszą stronę". Na uroczystym pokazie produkcji mieliśmy okazję porozmawiać z artystką. O tym, dlaczego zdecydowała się na nagranie komedii romantycznej, idealnej Polsce, wpływie młodego pokolenia na branżę filmową czy sile społecznego kina. "Dopiero teraz przy tym filmie, a jest to mój piąty film, weszłam na plan i czułam, że nie muszę nic nikomu udowadniać" - przyznała Maria Sadowska.

"Chciałam, żeby kobiety poczuły się wzmocnione, żeby odczuły siłę"

Aleksandra Kalita, Interia: Twoje poprzednie filmy, "Sztuka kochania" i "Dziewczyny z Dubaju", poruszały kontrowersyjne tematy. Wokół tych produkcji było wiele szumu. "Miłość na pierwszą stronę" to film o wiele spokojniejszy. Skąd ta zmiana?

Maria Sadowska: Zrobiłam dużo filmów o trudnej tematyce. Był "Dzień kobiet", "Sztuka kochania" czy "Dziewczyny z Dubaju", które w ogóle były bardzo mrocznym i ciężkim filmem.  Chciałam zrobić coś lżejszego, nawet dla siebie. Tworzenie filmu zajmuje rok, czasami nawet więcej. Poświęcasz ogromną ilość pracy swojej i energii. Myślisz i żyjesz tym filmem, żyjesz w tej rzeczywistości. Chciałam po prostu odkryć w sobie znowu dziewczynę, bo byłam bardzo długo taką silną kobietą. Musiałam odkryć w sobie znowu połacie romantyzmu.

Reklama

- Co ciekawe, tak naprawdę wcale nie lubiłam komedii romantycznych. Więc też uznałam to za ciekawe wyzwanie, żeby zrobić film gatunkowy, ale równocześnie opowiedzieć o takich rzeczach, które mnie najbardziej interesują. Oprócz tego, że jest tam wątek o paparazzi, o show-biznesie, czyli o świecie, który bardzo dobrze znam, jest to też film o miłości do kina. Producenci dali mi dużą przestrzeń, żebym mogła zrealizować różne swoje marzenie filmowe. To jest film, w którym mogłam zrobić parafrazę sceny w fontannie Felliniego. W którym główni bohaterowie rozmawiają cytatami z filmów. Ja jestem takim geekiem popkulturowym. To na pewno jest taki film, który państwo zobaczą nieraz i za drugim trzecim razem zauważycie kolejne tropy filmowe.

- Nie byłabym też sobą, żebym nie przemyciła takiego społecznego wątku. Jak zwykle jest to film o silnych kobietach. Już na początku okazuje się, że znajdujemy się w rzeczywistości, gdzie Polską rządzi pani prezydenta. Myślałam bardzo wiele o kobietach w Polsce, w której jest pięć milionów bezrobotnych kobiet. Wiele kobiet czuje się jak główna bohaterka naszego filmu, czyli że poświęciły wszystko rodzinie, zawiesiły swoje plany, poświęciły się dla innych, bo jako kobiety mamy to poświecenie wpisane w naszą naturę. I one nagle zostają z niczym. Nie wiedzą, jak sobie dalej poradzić, jak stanąć na własnych nogach. O tym jest ten film. Chciałam, żeby kobiety poczuły się wzmocnione, żeby odczuły siłę.

- Ale też mamy dosyć ciężkie czasy, mamy za sobą covid, trwa wojna, wszyscy czujemy się niepewnie. Nie chcę państwa jeszcze dołować smutnymi filmami. Myślę, że ten eskapizm w kinie, w kulturze jest teraz potrzebny. Potrzebujemy dobrej rozrywki, nieogłupiającej, która da coś do myślenia. Myślę, że ten film właśnie taki jest. Chciałabym, żeby państwo wychodzili z tego filmu uśmiechnięci. Czuli się lekko, radośnie i mieli w sobie siłę do zmieniania świata na lepsze.

Dla mnie tej film jest bajką o idealnej Polsce. Mamy w niej prezydentę, poradziliśmy sobie z covidem, panuje tolerancja. Czy to jest twoja wersja idealnej Polski?

- To jest oczywiście utopia. Jak to ktoś ładnie powiedział o komediach romantycznych, że to są baśnie, w których tworzymy rożne utopie, w których chcielibyśmy żyć, a jednocześnie muszą być bardzo prawdziwe w sferze emocjonalnej, żebyśmy mogli się nimi przejąć. Mam nadzieję, że to się tutaj udało. 

"Ten film tak naprawdę jest trochę obroną paparazzi"

"Miłość na pierwszą stronę" to współczesna wersja Kopciuszka. Jest to motyw często powtarzający się w filmach. Czym wyróżnia się ta konkretna historia?

- Myślę, że jest tu wiele innych rzeczy, właśnie dlatego, że od początku rozbieram ten schemat komedii romantycznej, wręcz naśmiewam się z tego schematu. To jest oczywiście kino gatunkowe, więc w zasadzie każda komedia romantyczna ma w sobie te podstawy gatunku, czyli dziewczynę czy kobietę w roli Kopciuszka, czy tych romantycznych rzeczy, których zawsze nam wmawiała popkultura. Myślę, ze każdy kto zobaczy ten film doskonale rozumie, ze to jest właśnie to z czego ja się trochę nabijam w tym filmie i staram się ten balon napuszenia przekłuć.

W filmie pada kwestia "jesteś prawdziwy kiedy śpisz". A kiedy ty jesteś prawdziwa?

- Wydaje mi się, że cały czas jestem prawdziwa tylko mam różne twarze. Wiadomo, ze jak dzisiaj tu jestem tak pięknie zrobiona, to czuję się inaczej i to jest moja zbroja, ale to nie znaczy, ze jestem nieprawdziwa. Jestem prawdziwa na planie kiedy robię moje filmy. Na pewno myślę, że byłam bardzo autentyczna na planie "Miłości na pierwszą stronę".

Nina, główna bohaterka filmu, by utrzymać swoją rodzinę zostaje paparazzi. Skąd pomył na taką tematykę filmu. Czy chciałaś utrzeć nosa paparazzi, którzy często utrudniają życie osobom związanym z show-biznesem?

- Ten film tak naprawdę jest trochę obroną paparazzi. Zaciekawił mnie ten temat i nie chciałam, żeby nasza bohaterka była taka krystalicznie czysta, która nie popełnia żadnych błędów. Chciałam ją postawić w obliczu ciekawych moralnych wyborów. I od razu mnie to zaciekawiło, że ona wykonuje zawód, który jest przez wszystkich uważany za niemoralny i są brzydko nazywani np. hienami. Myślę, że ten film tak naprawdę ich broni.

- Chodzi mi o to, żebyśmy nie oceniali, bo wszyscy jesteśmy ludźmi. Łatwo jest kogoś ocenić źle. Tak jak paparazzi oceniają nas źle i chcą nas ukazać w jak najgorszym świetle, tak samo oni są tak oceniani.

Czy osobiście spotkałaś się z kobietą paparazzi?

- Osobiście nie, ale wiem, że była taka kobieta i obejrzałam z nią kilka rozmów, wywiadów i jej wypowiedzi. To właśnie jej historie zostały w filmie zawarte. Opowiadała o tym jak udawała, że zemdlała, żeby dostać się na ślub znanych osób. To właśnie w jej historii gram ja samą siebie, bo to była jej historia, w której czyhano na znanego aktora, który wychodził ze szpitala z dzieckiem. Wszyscy czyhali gdzieś w krzakach, a ona jako jedyna miała jaja i podeszła po prostu zapytała grzecznie czy może zrobić zdjęcie i wtedy ten ktoś powiedział: "piętnaście lat za mną biegacie i nikt mnie po prostu nie poprosił o to zdjęcie". To jest autentyczna historia.

A ciebie ktoś kiedyś tak grzeczne poprosił?

- Nie, nigdy.

Paparazzi: Gwiazdy przed nimi uciekają, a kompromitujące zdjęcia są na wagę złota!

"Sto lat kino opowiadało o mężczyznach, teraz nasza kolej"

"Miłość na pierwszym planie" to film bardzo kobiecy. Mamy dużo kobiet za sterami produkcji. Czy jest to nowy trend w polskim kinie, czy tylko chwilowa zmiana?

- Mam nadzieję, że jest to nowy trend. Wydaje mi się też, że nie jest on już taki nowy. Fala feminizmu w kinie trwa już kilka lat. Ja rzeczywiście byłam jedną z pierwszych osób, które postawiły kobiety w centrum. Każdy mój film nadal jest o kobietach i to o silnych kobietach. Dlaczego ja nie lubiłam komedii romantycznych szczególnie polskich? Bo pokazywały kobiety jako kompletne kretynki, idiotki. Niestety, te filmy były robione przez mężczyzn. Uważam, że należą się kobietom dobre komedie romantyczne robione przez kobiety.

Jak wyglądały twoje początki w reżyserii, która długo była uważana za męski świat. Miejsce kobiet było przed kamerą, najlepiej w roli ozdobnika. Jak jest teraz?

- Jak ja byłam w szkole filmowej, a było to już dobrych 25 lat temu, to na moim roku były aż dwie dziewczyny, a reszta to byli sami chłopcy. Generalnie uważano to za bardzo męski zawód. Na mnie patrzyli zawsze trochę zdziwieni i mówili: "wiesz aktorski wydział... pomyliłaś chyba korytarze, jest dwa korytarze dalej". To był bardzo patriarchalny świat, ale bardzo wiele się zmieniło ku lepszemu w ciągu ostatnich lat. Mam nadzieję, że ja też się przyczyniłam do tego przyczyniłam swoimi filmami. Pokazałam producentom, że warto stawiać kobiety za kamerą, bo jednak moje ostatnie filmy "Sztuka kochania" i "Dziewczyny z Dubaju" miały duże sukcesy boxofficowe. A w filmie niestety te pieniądze jednak grają rolę, bo to wszystko kosztuje. Jest takie trochę myślenie, żeby kobiety robiły kameralne kino psychologiczne, gdzie nie ma dużego ryzyka finansowego. Zresztą tak samo jest w biznesie. Gdzie się kończy ten szklany sufit? Tam gdzie zaczynają się duże pieniądze.

- Ja miałam to szczęście już od "Sztuki kochania", że Piotr Starak we mnie uwierzył. To był wysokobudżetowy film, jak na tamte czasy. "Dziewczyny z Dubaju" były jeszcze bardziej wysokobudżetowym filmem. I naprawdę dziękuję producentom, że we mnie uwierzyli. Na pewno nie było to łatwe powierzenie takiej kwoty blondynce, na dodatek piosenkarce. Ja mam wykształcenie filmowe, ale nie każdy o tym wie, ze mam zawodowe wykształcenie reżyserskie. Skończyłam szkołę filmową w Łodzi. Staram się pokazywać, że warto dawać kobietom też większe budżety. Przy tym filmie mogliśmy się wspaniale pobawić. Mamy tu i sceny pościgów i też duże sceny z mnóstwem statystów. Myślę, że udowadniam, że kobiety rzemieślniczo mogą zrobić każdy film, tak samo kino akcji, że nie powinno być to przynależne mężczyznom.

- Ale tak naprawdę, to przyznam szczerze, że lepiej być teraz kobietą reżyserem. Na całym świecie kobiety realizują filmy. Na platformach streamingowych jest wręcz przykaz, są takie parytety, że jak serial ma dziesięć odcinków, to połowa musi być zrobiona przez kobiety. Myślę, że już bardzo dużo się dzieje dobrego i jeszcze wiele dobrych filmów powstanie. Sto lat kino opowiadało o mężczyznach, teraz nasza kolej.

Masz jakieś rady dla młodych kobiet, które chciałby by związać się ze światem filmu jako reżyserki, producentki, scenarzystki?

- Przyznam szczerze, że jestem zachwycona młodym pokoleniem. One same doskonale wiedzą, co mają robić. Młode pokolenie kobiet jest tak pewne siebie. Ja jeszcze była wychowywana, że musisz być grzeczna, miła i uległa. Musiałam się nauczyć walczyć o siebie i znajdywać tę siłę. Tak zresztą jak bohaterka "Miłości na pierwszą stronę". Młode pokolenie dziewczyn wie czego chce, są pewne siebie, znają swoje granice i znają swoją wartość. Jedyne, co mogę im doradzić, to jest banał, że naprawdę nie można się poddawać, bo nadal kobietom jest trochę trudnej i nadal trzeba czterdzieści razy udowadniać to samo, gdzie mężczyzna od razu ma ten kredyt zaufania. 

- Dopiero teraz przy tym filmie, a jest to mój piąty film, weszłam na plan i czułam, że nie muszę nic nikomu udowadniać. Czułam totalnie, że mam super szacun zarówno ekipy jak i też pełne zaufanie producentów. Zresztą, co ważne, producentką filmu jest również kobieta - Agnieszka Odorowicz, z którą fantastycznie mi się pracowało. Jedyne co, to chcę jeszcze powiedzieć dziewczynom, że bądźmy solidarne, bo tego musimy się jeszcze uczyć.

"Miłość na pierwszą stronę": Ja cię kocham, a ty pstryk! [recenzja]

"Kino ma ogromną siłę zmieniania świata"

Jako artystka masz poczucie misji?

- Tak, oczywiście. Myślę, że realizuję tę misję konsekwentnie od wielu lat.

Myślisz, że kino społeczne ma prawdziwą siłę zmiany?

- Uważam, że jak najbardziej. Spójrz na to, co się dzieje. Kino teraz pokazuje zupełnie inny model. Nie tylko w sferze kobiet, ale też i w sferze mniejszości seksualnej czy rasizmu. Wszyscy się śmieją, że na Netflixie jest czarna królowa, ale patrz, jak to zmienia świadomość. Jeżeli widzisz świat, w którym na tym samym poziomie są wszyscy ludzie traktowani, to nasze dzieci już zupełnie inaczej to postrzegają. Uważam, że kino ma ogromną siłę. Wręcz dużą większą niż muzyka, która miała tę siłę w latach siedemdziesiątych. Kino ma ogromną siłę zmieniania świata, więc ja jak już robię jakikolwiek film to po to, żeby zmienić ten świat trochę na lepsze.

Jaka produkcja poruszające kwestie społeczne zrobiła na tobie ostatnio największe wrażenie?

- Na przykład fantastyczny serial "Maid", który opowiada o nierównościach społecznych, o ubóstwie i o przemocy w rodzinie. To z tych ostatnich odcinków, które teraz pamiętam.

Twój kolejny projekt, czyli "Pokusa to znowu film kontrowersyjny. Medialny szum, który nie ukrywajmy, na pewno się wokół niego zrobi, pomaga czy szkodzi produkcji?

- Jest takie powiedzenie w świecie show-biznesu, że każdy rozgłos jest dobry. Ja uważam, ze pomaga. Film musi być kontrowersyjny, musi wkładać kij w mrowisko i być tematem do rozmów. Ja poruszam jakiś temat społeczny, ale jednak staram się to robić z szacunkiem do widza. Staram się robić taki film, żeby obejrzało go wiele osób. Tak jak "Miłość na pierwszą stronę", żeby się świetnie przy tym bawili, żeby dostali naprawdę doskonałą rozrywkę, ale żeby też wyszli z kina z jakąś refleksją.  

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Maria Sadowska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy