Maria Dębska: Aktorstwo dało mi wolność

W serialu "W rytmie serca" dostała szansę - jedną z głównych ról. I wykorzystała ją. Widzowie pokochali Weronikę Marii Dębskiej i kibicują jej uczuciu.

Występy przed kamerą i na scenie mnie nie stresują - przyznaje Maria Dębska

Czego możemy się spodziewać po drugim sezonie "W rytmie serca"?

Reklama

Maria Dębska: - Wielu nieoczekiwanych nowych sytuacji, ale też kontynuacji rozpoczętych wątków. Moim zdaniem, dzieje się dużo więcej niż w pierwszym sezonie. Robi się mocno kryminalnie, a relacje między bohaterami komplikują się jeszcze bardziej. I nie chodzi tylko o to, czy ktoś chce z kimś być, ale często szkopuł tkwi w tym, że to wcale takie łatwe nie jest. Akcja się zagęszcza. Jedyne, co się nie zmienia, to to, że w każdym odcinku mamy nowych bohaterów. Również takich, których widzowie poznali w 1. serii, i będą mogli zobaczyć ich także w tej.

Mam nie pytać, czy związek z Adamem przetrwa?

- Tak naprawdę jesteśmy w trakcie zdjęć i ja cały czas tego nie wiem! Są dość duże zawirowania - w życiu prywatnym Weroniki pojawi się kolejny mężczyzna. A pamiętajmy, że jest jeszcze postać grana przez Antoniego Pawlickiego, czyli prokurator Siedlecki. Oprócz bagażu z przeszłości łączącego go z Weroniką, jak wiemy, nie przepada za Adamem Żmudą i może mu zaszkodzić. Będzie się działo.

Jak się pracuje w takim niedużym, a jednocześnie specyficznym mieście jak Kazimierz?

- Wspaniale! Oczywiście kiedy przyjeżdżamy na zdjęcia, już czujemy popularność tego serialu, wcześniej tego nie było. Ale mamy tam świetne warunki i panuje faktycznie wyjątkowa atmosfera. Wszyscy czekamy na wyjazd na zdjęcia jak dzieci na kolonie.

Dużo pani pracuje także w filmie. W "Cichej nocy" gra pani Jolkę, ofiarę przemocy domowej. Zgłębiała pani jakoś ten problem?

- Moim pierwszym skojarzeniem po przeczytaniu scenariusza była myśl, że to mnie w ogóle nie dotyczy. Dziewczyn w moim wieku, w dużym mieście... Co jest zupełną nieprawdą! I podstawową pracą, którą musiałam wykonać nad tą postacią, było to, by ją zrozumieć, ale jej nie oceniać. By wiedzieć, że tak się może wydarzyć, że to jest prawdopodobne. Oczywiście zwracałam uwagę na publikacje na ten temat, ale zaczęłam też wyraźniej dostrzegać pewne niebezpieczne sytuacje. Stałam się wrażliwa na tym punkcie.

Przy okazji pracy w filmie "Zabawa, zabawa" powiedziała pani, że zrozumiała, na czym polega różnica między alkoholizmem a problemem alkoholowym...

- To są niuanse. W tym filmie opowiadamy o trzech kobietach, które znajdują się na różnych etapach picia. Ja gram dziewczynę, która pracuje w korporacji, jest świetną studentką z dobrego domu i po prostu za dużo imprezuje, przeholowuje. Nie można tego nazwać alkoholizmem, z drugiej strony to już jest przekroczenie granicy. Nazywamy to wtedy problemem alkoholowym. Ona musi się zdecydować, czy przyznać się do tego, że ten problem ma, czy nie. Myślę, że dla ludzi w moim wieku to jest niebezpieczne, bo nieoczywiste, trudne do zdiagnozowania. U postaci granej przez Dorotę Kolak, pani profesor, w poważniejszym wieku, jaśniej to widać, jest to ewidentny alkoholizm.

W "Zabawie" i "Moich córkach krowach" pracowała pani z mamą. Jest różnica, gdy pracuje się pod jej kierunkiem i u innych reżyserów?

- Na pewno jest. W "Krowach" byłam na drugim roku, teraz mam dużo większą rolę, główną, a także trudniejszy dla mnie temat. Moja postać jest samotna, więc nie można się wesprzeć na starszych kolegach, muszę sama prowadzić tę historię. Traktuję mamę jako dobrego reżysera. Podeszłam do tej pracy jak do pracy z innymi, ale na pewno mama jest wyjątkowa pod tym względem, że wie, co chce powiedzieć. Nie spotkałam się z wieloma reżyserami, którzy są tak zdecydowani, jasno przekazują swoje intencje, dają zadania aktorskie i potrafią tak opowiadać historie. Poza tym na planie nie ma czasu na sytuacje prywatne, jest skupienie na zadaniu.

Zanosiło się na to, że będzie pani pianistką, ale ponoć powiedziała pani: "Jeśli nie mogę być najlepsza, to muzyka nie ma sensu". Innych zawodów to nie dotyczy?

- Sztuka jest niby niewymierna, ale z drugiej strony trzeba w pewnym momencie życia - właściwie już jako dziecko lub nastolatek - powiedzieć: liczy się tylko to. I postawić wszystko na jedną kartę. Bo są konkursy, wymierne sprawdziany tego, jak dobrzy jesteśmy. Ja nigdy nie potrafiłam oddać się tylko muzyce, choć każdego dnia poświęcałam jej kilka godzin. Z jednej strony chciałam być najlepsza, sama przed sobą, a czułam, że zajmuje mnie dużo innych rzeczy. Ale głównym powodem, dla którego zrezygnowałam z fortepianu, było to, że bardzo męczyły mnie występy. Występy przed kamerą i na scenie mnie nie stresują, a te przy fortepianie jakoś mnie więziły. Chciałam iść dalej w zgodzie ze sobą. Po prostu nie czułam się wolna.

W aktorstwo od kariery muzycznej pani trochę uciekła. To zajęcie spełniło pani oczekiwania?

- Na pewno, dało mi wolność. Choć oczywiście niesie ze sobą poczucie niepewności, ale jestem w nim dużo szczęśliwsza niż w muzyce.

Kocha pani Włochy. Skąd ta miłość? I co w nich urzeka panią najbardziej?

- Jedzenie, ludzie, zabytki, atmosfera, powietrze, wszystko. Nie wiemy, dlaczego się zakochujemy, a ja się zakochałam we Włoszech.

Rozmawiała Katarzyna Sobkowicz


Dowiedz się więcej na temat: Maria Dębska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje