Reklama

Marcin Meller: Zdolny leń

Marcin Meller /Piotr Bławicki /East News

Zawsze uśmiechnięty. Bywa uparty i przekorny, co jednak nie ujmuje mu wdzięku. Przed kamerą czuje się jak ryba w wodzie, choć trema długo była jego wiernym towarzyszem. Prowadził "Agenta", a dziś oglądamy go w "Drugim śniadaniu mistrzów" i "Dzień dobry TVN".

Reklama

Pan z walizką? Wraca pan może z domu na Mazurach? Tam traci się kontakt z rzeczywistością? Na pewno z tą polityczną...

Marcin Meller: - Akurat z Wrocławia. Ale fakt, na Mazurach łapie się dystans. Żeby skorzystać z internetu, trzeba wjechać na wzgórze albo pojechać do knajpy parę kilometrów dalej. Więc jest sposobność popatrzeć w spokoju, jak przyroda się zmienia. Dobrze się też czyta.

A gdyby tak przeniósł się pan na stałe na wieś?


- Chyba jeszcze bym nie mógł. Nadal bardziej jestem z miasta, co widać, słychać i czuć. Na razie łączę te dwa światy. Ze względu na "Drugie śniadanie mistrzów" i "Dzień dobry TVN" przynajmniej w weekendy muszę być w Warszawie. Chociaż za każdym razem, kiedy przyjeżdżam na tę moją wieś, zgrozą mnie napawa myśl o powrocie do miasta.

I to mówi reporter, który był na niejednej wojnie! Jak to się stało, że wylądował pan w "Polityce"?


- Studiowałem historię. Po trzecim roku wyjechaliśmy z rodzicami do Stanów, gdzie tata wykładał na uniwersytecie. Po powrocie szukałem zajęcia na wakacje, bo za to, co zarobiłem w USA, pracując jako pomywacz w knajpie, kupiłem rower, reszta się rozeszła. Poszedłem do pracy w redakcyjnym archiwum. Ale mam już tak, że jak coś sobie zaplanuję, dzieje się na odwrót. Nie miałem aspiracji, żeby pracować w "Polityce", a przepracowałem tam 12 lat.

Z przerwą. Wywalono pana z pracy za lenistwo?

- Raczej za zbyt rozrywkowy tryb życia. Zawaliłem, nie oddałem tekstu na czas. Akurat była "napinka". "Polityka" zmieniała format z dużej płachty na obecny. A i wcześniej były wobec mnie zastrzeżenia. Kierownictwo uznało więc: Meller won. Starsi koledzy uważali, że choć leń, to zdolny... Naciskali, żeby dać mi szansę. Ostatecznie pół roku miałem pracować bez etatu, tylko za wierszówkę.


Reklama

Mogli pomóc rodzice.

- Tata powiedział, że skoro nawaliłem, muszę sobie radzić sam. Mogę przyjść na niedzielny obiad, ale pomocy finansowej nie będzie.

Twardo.

- I słusznie. Pieniędzy było mało, pomogli przyjaciele, dając mi fuchy. Po pół roku karencji mogłem wrócić do "Polityki". Ale wtedy oświadczyłem, że wyjeżdżam na rok do Afryki i gdyby mi to mogli sfinansować, będę wdzięczny. Gruba bezczelność. A jednak dostałem legitymację prasową, niedużo, ale też jakieś pieniądze, i że mam pisać. Pisałem, drukowali.

Jeździł Pan na wojny. Strach...


- ...to dobry doradca, bo pozwala ograniczyć ryzyko, a jak się już wpakujesz w tarapaty, musisz kombinować, jak z nich wyjść.

W Gruzji o mało pan nie utonął.

- Innym razem był ostrzał artyleryjski. A jednak najgorzej wspominam chwile, kiedy pozornie nic się nie działo. Na przykład gdy w Afryce jeździłem z konwojem żołnierzy ugandyjskich, dowoziliśmy żywność do wiosek, a w dżungli siedzieli kompletnie porąbani rebelianci, tzw. Armia Bożego Oporu, którzy w każdej chwili mogli zaatakować. Nawet
noc nie przynosiła spokoju. Spaliśmy w jakiejś parafii, którą miesiąc później doszczętnie spalono. To był strach wykańczający. Ale ja miałem wtedy tylko dwadzieścia parę lat. Teraz już bym tego nie robił.

Rodzice musieli się o pana bać.

- Dziś jako ojciec myślę ze zgrozą, co ja im robiłem. Gdy jechałem pierwszy raz, mogli nie wiedzieć, w co się pakuję, ale potem?

Nic nie wskazywało, że z tego brutalnego świata trafi pan do "Agenta". Jak to się stało?

Prezesowi Walterowi seniorowi podpowiedziała moją kandydaturę córka Sandra. Byłem u niej raz jako gość w programie. A trafiłem tam, bo w TVP, gdzie mówiłem o Afryce, zobaczył mnie prezes senior i pewnie uznał, że młody ma potencjał telewizyjny, więc warto sprawdzić go na swoim terenie. Nic z tego nie wyszło, ale kiedy trzy lata później szukano kandydata na prowadzącego "Agenta", wrócił pomysł z Mellerem.


I pan przed kamerą poczuł się jak ryba w wodzie. I zaprzyjaźnił się z ministrem Arłukowiczem...

- Byłym ministrem, teraz znowu można z nim spokojnie gadać. W 2000 roku "Agent" to była najbardziej nowatorska produkcja telewizyjna w Polsce. Od kulis zobaczyłem, jak to się robi. Ekscytacja! Szwedzką wersję obejrzałem w jedną noc, jak dziś "Grę o tron". Potem było przerażenie, umierałem przed kamerą.

Trema?

- Paraliżująca. Kiedyś jeden ze szwedzkich producentów, widząc jak się denerwuję, wziął mnie na bok i mówi: "Stary, w ogóle to luzik, ale mam radę. Jak zwracasz się do uczestników, każde słowo mów osobno, wtedy w montażu wypowiedzi się potnie i będzie OK". I z tego mojego gadania zrobił się znak firmowy "Agenta", który widzowie uwielbiali. Sam się tym zacząłem bawić!

Wyglądało na to, że to umiejętne budowanie napięcia.


- Przypadek. A tak byłem załamany tym występem, że gdy przyjaciele chcieli się umówić na wspólne oglądanie pierwszego odcinka, odmówiłem. Wstydziłem się! Zacząłem oglądać sam i nagle: Kurde, nieźle! Montażyści wyczyścili niedoróbki. Później co odcinek była u mnie balanga. Próbowano mnie upić, żebym powiedział, kto jest agentem.

Zdradził pan tajemnicę?

- Nigdy!

A pół roku po trzeciej edycji "Agenta" został pan naczelnym "Playboya". Niezły przeskok.

- Gdyby nie "Agent", tej propozycji nigdy bym nie dostał. A tak łączyłem dwa światy - z jednej strony miałem za sobą działalność rozrywkową w "Agencie", z drugiej przeszłość w poważnym tygodniku. Tylko proszę nie myśleć, że przyjąłem to stanowisko bez obaw. Bałem się, że wylecę za burtę, na margines głównego dziennikarskiego nurtu. A przecież nie planowałem pracować w gazecie całe życie.

Zdarzały się jakieś kłopoty z rozbieranymi sesjami?

- Otóż nie! Biurowa robota... Problemy, czasami surrealistyczne, były za to z wywiadami. Jako naczelny zainwestowałem kiedyś 10 tys. zł w sesję nie rozbieraną, której gwiazda zażądała potem 1600 zł w dwóch lampkach szampana w najdroższej knajpie w mieście, ale strzelała takie fochy, że wywiad musiałem zdjąć.

Jak jest w "DDTVN", najpierw u boku Kingi Rusin, teraz Magdy Mołek? Nigdy wcześniej nie proponował pan im rozbieranych sesji?

- Magdzie wielokrotnie! Niezmiennie odmawiała. Potem to już były żarty. Spotykamy się na imprezie, ona pyta zaczepnie: "I co, już z pół roku nie proponujesz mi sesji?". "A co, zgodzisz się?". "Nie". Pierwszy odcinek emitowany był z Sopotu, z okazji festiwalu, oczywiście na plaży. Wychodziliśmy z Kingą z morza. Doświadczenie z "Agentem" niczego nie zmieniło, denerwowałem się strasznie. Spotkałem wtedy Grzegorza Miecugowa, który widząc mnie w takim stanie, tylko wzruszył ramionami: "E, poprowadzisz parę odcinków i już zawsze będziesz chciał prowadzić na żywo". Miał rację.

Pana największa wpadka?

- W "Drugim śniadaniu mistrzów", kiedy rozmawialiśmy, co się stanie z politykami, którzy odeszli z PIS-u. Krzysztof Materna mówi: "Mam nadzieję, że dołączą do PO". Chciałem dodać, że byłaby to sytuacja jak w Meksyku, gdzie przez 70 lat rządziła Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna, a wypsnęło mi się: "To będziemy mieli tu k... Meksyk". Katastrofa! (śmiech) Zacząłem się jąkać, przepraszać. Henryk Sawka chciał mnie ratować, szybko zmienił temat, co spowodowało, że Materna śmiał się jeszcze bardziej. Sytuacji nie polepszał fakt, że operatorzy ze śmiechu puścili kamery. W słuchawce słyszałem głos wydawcy Remika Maścianicy: "Stary, weź się uspokój, bo będziemy musieli kończyć program". Dojechałem do końca, ale do śmiechu to mi nie było. Bo z czego tu być dumnym? Co nie zmienia faktu, że czasem, jak mi ktoś przypomni na fejsie filmik z tego incydentu, to nie potrafię się powstrzymać od parsknięcia.

Bożena Chodyniecka

Tele Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Meller

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje