Reklama

Marcin Dorociński: Zainspirować widzów

Marcin Dorociński wciela się w legendarnego Witolda Urbanowicza w pełnej rozmachu i emocjonujących podniebnych walk superprodukcji "303. Bitwa o Anglię" - opowiadającej niesamowitą historię Dywizjonu 303 imienia Tadeusza Kościuszki - legendarnych polskich lotników, którzy stali się najskuteczniejszymi pilotami podczas bitwy o Anglię w czasie II wojny światowej.

Marcin Dorociński na uroczystej premierze filmu "303. Bitwa o Anglię"

Jest rok 1940. Władze i ludność Wielkiej Brytanii z rosnącym przerażeniem patrzą na inwazję niemieckiej armii na Europę. Rozpoczyna się bitwa o Anglię, w której doskonale wyszkoleni i doświadczeni piloci Luftwaffe zaciekle atakują alianckie samoloty RAFu. Z pomocą przybywają doborowi polscy lotnicy: Jan Zumbach, Witold Urbanowicz, Mirosław Ferić i Witold "Tolo" Łokuciewski. To weterani, którzy pragną walczyć w obronie swojej ojczyzny nawet poza jej granicami.

Reklama

Początkowa nieufność Brytyjczyków musi ustąpić wielkiemu szacunkowi, jakim Anglicy zaczynają darzyć polskich pilotów. Tak powstaje Dywizjon 303 imienia Tadeusza Kościuszki, który okazał się najskuteczniejszym oddziałem powietrznym w trakcie bitwy o Anglię. Bohaterom przypisuje się zestrzelenie ponad 120 niemieckich samolotów - to wynik, jakiego nie udało się osiągnąć żadnemu innemu powietrznemu dywizjonowi.

"303. Bitwa o Anglię" to kolejna międzynarodowa produkcja z twoim udziałem. Jak do niej trafiłeś?

Marcin Dorociński: - Propozycję dołączenia do obsady dostałem już kilka lat temu, ale w związku z tym, że producenci długo szukali właściwego reżysera, do pracy przystąpiliśmy dopiero, kiedy go znaleźli. Postawiono na Davida Blaira, który przyjechał do Polski, żeby przesłuchać naszych aktorów. Towarzyszył mu Milo Gibson, z którym spotkałem się i zagraliśmy razem kilka scen. Na początku najbardziej zainteresowany byłem rolą Jana Zumbacha, którą dostał znany z "Gry o tron" Iwan Rheon, a mnie przypadła postać dowódcy Dywizjonu 303, Witolda Urbanowicza.

Byłeś zawiedziony, że nie zagrasz Zumbacha?

- Nie, bo kocham tę pracę za to, że mnie zaskakuje - nigdy nie wiem, kogo niesamowitego przyjdzie mi zagrać. Staje mi się bliski ktoś, kto wcześniej był niemal obcy, bo nagle dowiaduję się o nim tak dużo. Tak było z Urbanowiczem, a wcześniej z pułkownikiem Ryszardem Kuklińskim. Historie obu znałem wcześniej, ale dopiero dzięki graniu mogłem się w ich losy zagłębić. Tworzenie takich ról opiera się na scenariuszu i wiedzy na temat biografii. To na ich styku powstaje kreacja, która ma zainspirować widzów, by chcieli się dowiedzieć jak najwięcej o prototypie postaci i jego historii.

Bogatszy o tę wiedzę, jak byś opisał pilotów z Dywizjonu 303?

- Charakteryzował ich heroizm w walce o ojczyznę, która toczyła się nie na swojej ziemi, a na obczyźnie. Kino kocha takie historie. Cieszę się, że podobne filmy powstają i nie pozwalają nam zapomnieć o ludziach, o których sam Winston Churchill powiedział: "Nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym".

Odbijaliście ich historię jeden do jednego?

- Historia musi być "ufilmowiona", bo jest rodzajem skrótu. Ale postaci, liczby, fakty - to wszystko jest prawda. Nie musieliśmy niczego dopowiadać, bo żyje pośród nas wielu ludzi, którzy tamte wydarzenia pamiętają. We wszystkich ich relacjach pojawia się wspomnienie tego, jak waleczne i odważne były polskie oddziały. Operujemy prawdą skróconą na potrzeby scenariusza.

Witold Urbanowicz w twoim wykonaniu to interpretacja postaci czy próba wiernego oddania go?

- Porywanie się na wierne oddawanie go byłoby trudne. Już w czasie, kiedy przygotowałem się do roli, spotykałem ludzi na ulicach Warszawy, którzy mówili mi, że ich wujek, dziadek albo sąsiad znał Urbanowicza. Każda z tych osób miała jego własny obraz, swoje wyobrażenie o nim. Moja rola musiała być interpretacją, żeby usatysfakcjonować wszystkich tych ludzi trzymających kciuki, żeby wyszedł dobry film na temat człowieka, który stał się niemal członkiem ich rodziny.

Jak opisałbyś swojego bohatera?

- Niezwykle odważny, świetny pilot, znakomicie wyszkolony. Zaczął walczyć przed powstaniem Dywizjonu 303 i zdobył doświadczenie większe niż jego młodsi koledzy. To, co mi w nim imponuje, to gotowość do stawania na wysokości zadania i brawura, której nie pozwolił się pochłonąć. Zawsze trzymał się przepisów, nawet jeśli miał pretensje do Brytyjczyków, że nie pozwalają jego oddziałowi na więcej. Myślę, że gdybyśmy mieli takich Witoldów Urbanowiczów dziś w naszym lotnictwie, moglibyśmy spać spokojnie.

Losy niektórych członków Dywizjonu 303 po wojnie są jednak mniej godne podziwu.

- My pokazujemy wycinek z wojny, po której różne rzeczy się działy. Wielu z tych pilotów miało niesamowite dalsze losy, inni z kolei musieli zmierzyć się z syndromem powojennym, o czym wtedy się nie mówiło, bo temat stresu pourazowego pojawił się dopiero po wojnie w Wietnamie. To wtedy dowiedzieliśmy się, że nie może nie odbić się na zdrowiu psychicznym to, co przeżyło się w trakcie zbrojnego konfliktu. Ludzie z Dywizjonu 303 wzbijali się w niebo samotnie.

- Wsiadłem kiedyś do prawdziwego hurricane'a, zamknąłem kokpit, silniki były włączone. To był niesamowity hałas, który im towarzyszył w połączeniu z hukiem wystrzałów. Oni wracali na ziemię, kiedy wystrzeliwali wszystko albo kiedy kończyło im się paliwo, po to tylko, by uzupełnić zapasy i z powrotem wznieść się w górę. Byli nieustannie skoncentrowani na walce. Na dodatek o tym, co dzieje się z ich rodzinami, dowiadywali się przez depesze, co stanowiło dodatkowe źródło silnych emocji, które kotłowały się w nich, ale przez tyle tygodni nie mieli w ogóle czasu dla siebie, nie mieli jak się od nich uwolnić. Po czymś takim bardzo trudno jest wrócić do normalnego życia.

Jak patrzysz na takich ludzi - jesteś krytyczny czy bezkrytyczny wobec nich?

- Wszyscy, którzy oddawali krew za ojczyznę, przyczynili się do tego, żeby była wolna, zasługują na najwyższy szacunek i na pamięć. Podziękowanie należy się im bezkrytycznie. Żyjemy w szczęśliwych czasach, gdy nie wiemy, co to jest tragedia, co to jest z dnia na dzień stracić wszystko. Powinniśmy pamiętać o tych, którzy doskonale wiedzą, co to znaczy, i dziękować im za to, co dla nas zrobili.

"303. Bitwa o Anglię" to miał być film o bohaterskich Polakach w Wielkiej Brytanii czy jednak najważniejsza była historia brytyjska?

- Kiedy przystępowałem do tego projektu, zapytałem producentów, którzy - choć wiele lat spędzili za granicą - mają korzenie nad Wisłą, czy ten film ma mówić o marginalnym, nic nie znaczącym epizodzie Polaków w bitwie o Anglię, czy jednak będzie podążać za słowami Churchila. Powiedzieli mi wtedy, że "303..." odda sprawę taką, jak była. Wpływ polskich pilotów na losy bitwy był duży, ale nie sami ją wygraliśmy, tak jak nie sami wygraliśmy wojnę, choć nie można nam odmówić ułańskiej fantazji, która Polakom zawsze każe powiedzieć, że dadzą radę.

Przez co nad polskimi pilotami czasem trudno było zapanować dowódcom.

- Piękna jest postawa granego przez Milo Gibsona Johna Kenta, który patrzy na tę zbieraninę jak na nierasowe psy i poprzez ćwiczenia, naukę jednego języka i przekazywanie im komend, unifikuje ich, łączy w spójną grupę, jeden organizm. Poprzez ćwiczenia i pokorę udało się ich zebrać i przygotować do latania samolotami, z którymi nie mieli wcześniej styczności. To był niezwykle wzruszający proces.

Mnie najbardziej wzruszyło to, że tych chłopaków tyle dzieli, ale potrafią o tym zapomnieć na rzecz sprawy.

- Im przyzwoitość każe działać, to ona ich napędza. Ci młodzi ludzie z różnych domów, z różnych rodzin, z różną historią dokonali pospolitego ruszenia. Czuli, że muszą coś zrobić, i zrobili. Chciałbym taki być. Dziś wartości takie jak Bóg, honor, ojczyzna zdewaluowały się i niezwykle łatwo się je wymienia. Ich znaczenie widzę, kiedy patrzę na starszych mężczyzn.

Co w nich dostrzegasz?

- Proste cechy, które dla ludzi dziś tak mało znaczą: odpowiedzialność, honorowość, punktualność, szarmanckość. Chciałbym, żebyśmy ja i moje dzieci się nimi wykazywali.

Wspomniałeś o Milo Gibsonie, synu Mela Gibsona. Jak pracowało ci się z nim i z Iwanem Rheonem?

- Milo to fascynujący chłopak i bardzo ciekawy aktor. Widać było, że ta australijska krew się w nim gotuje, kiedy zagrał wyszczekanego człowieka, ale bardzo konkretnego. Iwan Rheon był bardziej otwarty i przyjacielski niż Milo, który z dystansem podchodził do ekipy. Ale taką ma metodę. Kiedy zobaczył, że wszyscy gramy do wspólnej bramki, stał się bardziej kontaktowy. Stworzyła się na planie grupa ludzi młodych i starszych, z którymi pracowało się na tyle świetnie, że po zdjęciach szliśmy na piwo, podyskutować nie tylko o pracy, ale i o wielu innych sprawach.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Dorociński | 303. Bitwa o Anglię

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje