Reklama

Reklama

Lęk przed życiem

- W pierwszej kolejności zrobiłem ten film dla mojego ojca. To było straszne, kiedy ludzie odwracali się od niego przez te ostatnie lata, nawet ci najbliżsi. Ja też mogłem mu pomóc i zamieszkać z nim, ale nie odważyłem się na tę decyzję, czego teraz żałuję - mówi o przyczynach nakręcenia "Lęku wysokości" Bartosz Konopka.

Fabularny debiut Konopki, reżysera nominowanego do Oscara za dokumentalnego "Królika po berlińsku", to poruszająca historia telewizyjnego spikera (Marcin Dorociński), którego świetlaną karierę i poukładane życie rodzinne zakłóca wiadomość o poważnych problemach psychicznych jego ojca (Krzysztof Stroiński). Czy skoncentrowany dotąd na osobistym sukcesie dziennikarz będzie w stanie zrozumieć i wziąć odpowiedzialność za człowieka, z którym znów połączył go kapryśny los?

Produkcja powstała na podstawie przeżyć samego Konopki: - To jest historia inspirowana wydarzeniami z życia. Zmaganie się z chorobą ojca towarzyszyło mi przez wiele lat. Próbowałem sobie z tym radzić i zastanawiałem się, jak zapisać pewne przeżycia - wyznaje reżyser.

Reklama

Przeczytaj recenzję "Lęku wysokości" na stronach INTERIA.PL!

Z Bartoszem Konopką rozmawiałem na zeszłorocznym festiwalu filmowym w Gdyni, na którym "Lęk wysokości" został nagrodzony za najlepszy debiut reżyserski.

Krystian Zając: Jak oceniasz pozostałe filmy konkursowe i swoją produkcję na ich tle?

Bartosz Konopka: - Bardzo podoba mi się, że filmy w tym roku są tak różnorodne. Odnosi się wrażenie, jakby reżyserzy - w pełnej wolności, a także swobodzie umysłowej i duchowej - szukali swoich dróg. To jest niesamowity zestaw, tak odmienne dzieła. Nie tylko propozycje artystyczne czy też wysoce arthouse'owe, ale też pozycje bardzo szybko komunikujące się z widzem.

- To, co powiem dalej, to już jest tylko moje osobiste nastawienie, gust i pewna uczuciowość. Nie bardzo przepadam za filmami, które są chłodną analizą zjawiska czy jakiejś postaci. Odcinają życie, żywioł filmowy, pewne emocje czy też realność postaci albo fabuły. Po prostu nie do końca kupuję takie wykoncypowane, podporządkowane pewnej tezie artystycznej filmy. Nie lubię tego. Wolę żywioł i spontaniczność.

- Jak oceniam swój film na tym tle? To nie jest prosta rzecz. Byłem na wszystkich jego pokazach, oprócz pierwszego, Z jednej strony chce się go przeżywać z ludźmi, z drugiej, za każdym razem coś nowego w nim odkrywałem. Ciekawe, że na dużym ekranie to wreszcie zadziałało. Po pierwszym pokazie prasowym, na konferencji, Agnieszka Holland (pod jej artystycznym patronatem nakręcono "Lęk wysokości" - przyp.red.) powiedziała, że wszystko się domknęło, działa w pełni i podoba jej się w stu procentach. Dodała też, że jestem dla niej mistrzem ostatniego kroku, ponieważ wcześniej zawsze miała jakieś uwagi do wersji montażowych. Pogratulowała też Piotrkowi Niemyjskiemu korekcji zdjęć i tego, że tak zaryzykował. Bo w tym ukontrastowieniu, wyciśnięciu obrazu, stało się coś takiego, że - według niej - aktorzy grają wszystkimi atomami skóry na twarzy. Stwierdziła. że tam jest o wiele więcej niż widziała wcześniej i to się nagle dopełniło w filmie, który nie ma jakiejś skomplikowanej fabuły, a jest bardziej scenami z życia. Dzięki temu głębiej się w jego fabułę wchodzi. Myślę, że rzeczywiście trochę tak z tym filmem jest.

- Historia pochodzi albo z mojego życia, albo z życia Piotrka Borkowskiego, scenarzysty. Wszystko doskonale nam spasowało i daliśmy się porwać nie tylko scenom z życia, które znamy - czyli ze związku z osobą chorą, ale dodatkowo chcieliśmy pokazać, jak osoba zdrowa próbuje się przy tej chorej odnaleźć, jaki przechodzi proces. Nas to bardzo dotyczyło. Wiem, że poszliśmy za tym i gdzieś po drodze mieliśmy świadomość, że nie wyprowadzamy tego na fabułę. Nie robimy z tego klasycznej opowieści, bo zauważ, że to jest spirala powrotów do ojca. Taka trochę dziwna, otwarta na końcu konstrukcja.


- Istnieje w psychologii koncepcja, która opisał Arnold Mindell w książce 'Śpiące ciało w związkach' (Borkowski uczy w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej). W najważniejszych relacjach między ludźmi jest pewien bazowy sen, czyli archetyp pewnej relacji. On nam się zaciera przez całe życie i nie potrafimy do niego dotrzeć. Ale gdybyśmy ten sen wyśnili do końca, to wszystko byśmy wiedzieli i nie trzeba by w relacjach z ludźmi tak błądzić. Bardzo trudno jest się jednak do tego 'dokopać' - psychologia w tym pomaga.

- Nam w filmie tak się to przypadkowo ułożyło. Zaraz na początku jest sen głównego bohatera, tylko jeden (wówczas nie mieliśmy świadomości istnienia tej koncepcji). W tym śnie pojawia się pomoc od ojca: bohaterowie idą razem w góry, wspinają się gdzieś wysoko, coś osiągają we dwójkę i nie mają wtedy lęku wysokości. Ale sen nie jest wyśniony do końca, jest przerwany. Tak naprawdę cała historia dalej, rok z życia bohatera, jest próbą wyśnienia tego snu do końca. Po części udaje się to dzięki temu, że bohater znajduje kartki zapisane przez swego ojca i po przeczytaniu ich spogląda na niego inaczej.

W tej interpretacji lęk wysokości to po prostu lęk przed życiem, takim, jakie naprawdę chciałoby się wieść?

- Tak. Ja wpadłem na ten tytuł. Na początku mieliśmy inny, ale to jakoś samo przyszło, całkiem przypadkowo. Spodobało mi się, bo od razu czułem tę metaforę bycia na wysokości zadań, życia - sięgania po to, co się chce. Nie wszyscy rozumieli ten pomysł, ale myślę, że teraz jest już jasny. Lęk wysokości to lęk przed wieloma sprawami w życiu.

- Cieszę się, kiedy ludzie mówią, że mój film jest oryginalny. Że jest w nim coś więcej, niż w takich prostych opowieściach. Zależało nam na tym, żeby to był nie tylko realistyczny film, ale żeby nadać mu taki nadpoziom poetycki: dziwny, senny, wspomnieniowy. Cała opowieść, gdyby ją rozebrać, rozgrywa się w 10 minut, w głowie głównego bohatera, kiedy jest w mieszkaniu ojca. Przeszukuje jego karteczki, próbuje się dowiedzieć, co się stało, szuka jakichś ostatnich słów i przypomina sobie całą ich historię. Gdy dochodzimy do końca, znowu jest w tym mieszkaniu, w tej samej sytuacji.

- To film, w którym wszystko jest możliwe. Ludzie mówią, że to nie propozycja dla szerokiego grona widzów, ale z drugiej strony, uderzamy w proste uczucia i emocje. Pobudzamy prosty strumyk w każdym człowieku. Bardzo się z tego cieszę. Dla mnie to ciekawe zestawienie: arthouse w sensie opowiadania, nieliniowej fabuły, a jednocześnie uczucia, które każdy zna. Uczucia związane z miłością, bólem, pragnieniem zbliżenia się do drugiego człowieka, ale jednocześnie niemożnością dogadania się, wyrażenia emocji.


- Jestem mile zaskoczony, że to działa na ludzi. Chciałbym podziękować tym wszystkim osobom, które po projekcjach podchodziły do mnie mówiąc, że mój film dał im wiele do myślenia na temat własnych relacji z rodziną. Że zobaczyli, jakie robią błędy, że mają ochotę zadzwonić do swoich rodziców, pogadać z nimi, zanim będzie za późno. Ten film daje ostrzeżenie. Dużo osób podchodziło do mnie z płaczem, opowiadając, że stykają się z podobnymi problemami. Może nie z chorobami psychicznymi, ale z zaburzeniami, takimi jak: depresja czy melancholia. Rodzice często żyją na marginesie życia, a my im na to pozwalamy. Wydaje nam się, że to jest ich wybór. Nigdy jednak tak nie jest, bo zawsze istnieje odpowiedzialność za drugiego człowieka.

- Uderzyło mnie to dopiero na ostatnim pokazie. Zobaczyłem, że to opowieść o facecie, który w gruncie rzeczy jest lumpem. Widzimy to, kiedy spojrzymy na jego mieszkanie, na to, jak on wygląda. Jest wyrzutkiem społecznym, nikt go nie chce, wszystkich denerwuje. A syn na to pozwolił. Chodzi w garniturze i krawacie, mieszka w dużym mieszkaniu. Matka jest za granicą. U nich wszystko jest w porządku, oni ciągle się kochają. Gdyby nie było miłości, nie zależałoby im przecież na sobie. To pokazuje, jak ktoś niepostrzeżenie osuwa się po równi pochyłej i spada do jakiejś nory, piwnicy, a my na to pozwalamy.

Dlaczego tak naprawdę zrobiłeś ten film? Pewnie niewiele osób wie, że "Lęk wysokości" jest rozwinięciem twojej szkolnej etiudy "Czubek". Czy ten osobisty temat tak mocno w tobie tkwił, że twój pierwszy fabularny film musiał opowiadać właśnie o nim?

- Miałem inne pomysły, ale długo czekałem na debiut, bo nie czułem, że jestem gotowy. Zrobiłem 'Trójkę do wzięcia' (2006) na podstawie prawdziwej historii, którą kiedyś usłyszałem. Bardzo mnie poruszyła, ale po pewnym czasie już tak nie było, natomiast ciągle tkwiła we mnie ta historia z ojcem. Ciągle wracała. Tata nie żyje od 2005 roku, więc to wszystko jakoś powoli odsuwało się ode mnie, a jednak ciągle było obecne. Zawsze, kiedy przyjeżdżałem do Gdyni, widziałem siebie z filmem, który zakasuje wszystko. Szukam oryginalności, możliwości zabawienia się z widzem, zaskoczenia, szukam innego języka. Teraz mam taki projekt. Wyniknął ze zmęczenia 'Lękiem' i będę do niego dążył. Ale tamta historia zwyciężyła. Pomyślałem, że to jakaś uczciwość wobec widza i wobec sztuki. Nie mówię o sobie jako o artyście, bo tego nie lubię, ale istnieje pewna odpowiedzialność za te półtorej godziny w sali i za te setki ludzi, którzy na niej siedzą.


Może po prostu nie czułbyś się wiarygodny, gdybyś nakręcił coś innego? Wolałeś przenieść na ekran coś, co dobrze znasz?

- To chyba kwestia wieku. Widzę, że coraz bardziej interesują mnie ważne rozmowy z ludźmi. Może przez te moje dokumenty: kiedy spotykam ludzi, jestem ich bardzo ciekaw, ale też jestem ciekaw tego, co jest w nich głębiej. Jeśli ktoś osiągnął sukces, ciekawi mnie, jaka jest cena tego sukcesu, a nie to, jak on się z nim czuje i jakimi samochodami jeździ. To się właśnie bierze z realizacji dokumentów, trzeba nauczyć się szukać takich rzeczy. Ale to tkwi też w człowieku, w środku. 'Lęk wysokości' to dla mnie właśnie taka ważna rozmowa.

A czy najzwyczajniej w świecie nie bałeś się odsłonić i dokonać publicznego rozrachunku z własną przeszłością?

- Nie, ponieważ to już trwało latami. Było o wiele trudniej przy trzynastominutowym filmie 'Czubek' w 2001 roku. Było trudno przed kolegami w szkole filmowej, jakoś tak dziwnie. Wtedy po raz pierwszy podjąłem ryzyko. Ale film został dobrze przyjęty i zobaczyłem, że jest sens w dzieleniu się taką osobistą historią. Potem pomyślałem o dokumencie. To była terapia: kiedy zapisywałem, było mi łatwiej wszystko to zrozumieć. Bardzo cenię filmy, w których wiesz, że jest zawarta jakaś prawda, że ktoś się czymś z widzem dzieli.

- Teraz zacząłem się zastanawiać: może to źle, że sprzedaję film jako osobistą historię? Ale myślę, że ludzie i tak by to czuli, i tak by o to pytali. A ja chciałbym o tym opowiadać, to wynika z misji - po prostu lubię kiedy film jest zrobiony w jakimś celu. Wtedy te miliony, które się wydaje, nie są tak ciężkie. Robię to też dlatego, że przez lata borykania się z chorobą mojego ojca, spotkałem masę ludzi, którzy również walczą. Teraz wiem, jak szeroki jest to problem i robię to także dla nich.

- Jednak w pierwszej kolejności zrobiłem ten obraz dla mojego ojca. To było straszne, kiedy ludzie odwracali się od niego przez te ostatnie lata, nawet najbliżsi z rodziny. Rozumiem ich i rozgrzeszam, bo to bardzo trudne. Oni po prostu nie wiedzieli, jak sobie z tym radzić, bali się dzwonić, bali się przyjechać: gdy to zrobiłeś mogłeś zostać wyrzucony, opluty albo okrzyczany. Chory człowiek, mimo że tego nie chce, zostaje sam. Lekarz powiedział mi, że najlepszym lekarstwem byłoby, gdyby z ojcem zamieszkał ktoś zdrowy, na przykład ja. Chorzy potrzebują zdrowej perspektywy, takiej też interpretacji rzeczywistości i tylko z 'normalnymi' ludźmi ją mają. To najlepsze lekarstwo, nie szpital. Stanąłem przed koniecznością podjęcia takiej decyzji, jak bohater w moim filmie: należało przenieść się do niego, i to nie na tydzień czy miesiąc, ale może na rok, i zrezygnować ze swojego życia. Ja się na to nie odważyłem, czego teraz żałuję. Chciałem, żeby chociaż mój bohater to zrobił i żebym mógł zobaczyć, jakby to było...


- Ale wiem, że widzowie są różni i niektórzy mogą odczytywać to jako ekshibicjonizm. Dlatego nie zrobiłem tego filmu sam. Razem ze scenarzystą zamieniliśmy to w historię, która jest zrozumiała dla każdego. Zrozumiałe są wybory, przed którymi staje bohater. Ciągle powtarzam, że to nie jest prywatna historia Konopki. Już w 'Czubku' prawie wszystkie sceny były pewną konfabulacją. Nawet teraz mogę powiedzieć, co jest autentyczne. Autentyczna jest cała sekwencja z karetką i to zawstydzenie bohatera, który nie chce z niej wychodzić i boi się, żeby nikt go nie zobaczył. Ale to całe zdarzenie z nożem, ja tego nie przeżyłem. To już jest dramaturgia.

Czy w "Lęku wysokości" zawarłeś jakieś swoje osobiste obawy?

- Oczywiście. W pierwszej chwili chciałem nawet zrobić film o chłopaku, którego świat się rozpada. To byłoby szalenie atrakcyjne filmowo, ale strasznie dołujące. Pomyślałem więc, że uczciwiej jednak będzie, skoro ja z tego wyszedłem, w ten sam sposób o tym opowiedzieć. Autentyczna jest reakcja najbliższej mi osoby, mojej żony, która uczestniczyła w tym wszystkim i znała ojca. Ale nie wiedziała, jak reagować, jak pomagać i nie wiedziała, co dzieje się ze mną, bo wstydziłem się o tym mówić. Zresztą wszyscy wstydzili się o tym mówić. Ojciec też. Największy problem polega właśnie na tym, że ludzie przez całe lata nie przyznają się do choroby sami przed sobą i nie biorą leków. Dlatego psychozy ciągle powracają. Pewne psychologiczne rzeczy są więc autentyczne. Także to, że bohater mało mówi, tych najważniejszych rzeczy nie potrafi przekazać. Jakimiś opłotkami stwierdza jedynie, że nie może tu siedzieć, kiedy on jest tam. Ale to przecież nic nie znaczy.

Znakomite kreacje stworzyli w "Lęku wysokości" Marcin Dorociński i Krzysztof Stroiński Od początku myślałeś o takiej obsadzie?

- To było długie dochodzenie. Najpierw myśli się bowiem stereotypowo, że aktorzy powinni być fizycznie do siebie podobni, albo kontrastowo powinni różnić się charakterami, żeby coś się działo. Potem, kiedy zacząłem spotykać się z różnymi aktorami, zobaczyłem, że szukam osobowości, która mnie pociągnie, zafascynuje tak, że będę chciał w pewnym sensie dokumentalnie się komuś przyglądać. Marcin i Krzysztof to są tacy artyści, których nie zauważysz w tłumie, kiedy przechodzisz po ulicy. Gdybyś ich nie znał, nie odgadłbyś, że są aktorami.

- Ja nie lubię póz, udawania i grania czegoś. Szukam ludzi, jak już mówiłem, z ostatniego rzędu. Tam można znaleźć ciekawsze historie, niż w tym pierwszym. Najważniejsze jest to, gdy po jakiejś rozmowie czujesz, że ktoś ma coś 'pokomplikowane' w środku i chcesz odbyć podróż, żeby to odkryć. Myślę, że tak ich wybrałem. To była dojrzałość. Film dojrzewał, ale także wybór aktorów dojrzewał. Potem zrozumiałem, że wybrałem ich także dlatego, ponieważ są bardzo uczuciowymi facetami. Nie wstydzą się uczuć i są zdolni wzruszać ludzi tym, kim są.


Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje