Reklama

Reklama

Lech Majewski o filmie "Dolina Bogów": Zdarza się, że coś kręcę, a później to się wydarza

"Udało mi się porozmawiać z paroma najbogatszymi ludźmi na świecie. Zobaczyłem, gdzie są ich ograniczenia. Zupełnie zabrana jest im wolność" - mówi Lecha Majewski. Jego najnowszy film "Dolina Bogów" trafi na ekrany polskich kin na początku 2020 roku.

Lech Majewski na festiwalu filmowym w Gdyni 2019

"Dolina Bogów" - jak mówił podczas realizacji filmu Lech Majewski - to rodzaj moralitetu i współczesnej baśni dla dorosłych, inspirowanej legendą Indian Navajo o herosie Ullikummim; to także współczesna parafraza "Obywatela Kane'a".

Film splata ze sobą trzy wątki narracyjne. Pierwszy, archaiczna legenda Indian Navajo, opowiada o ich ziemi i bogach, którzy pod postacią skał-pomników zaludniają dolinę zwaną Valley of the Gods. Drugi jest historią najbogatszego człowieka, Wesa Taurosa, eksperymentującego na sobie możliwości, jakie daje nieograniczony pieniądz. Trzeci wątek jest historią narratora, Johna Ecasa, pisarza, który pracuje jako copywriter w firmie Taurosa.

Reklama

W najnowszej produkcji Lecha Majewskiego główne role zagrali: John Malkovich, Josh Hartnett, Charlotte Rampling, John Rhys-Davis, Keir Dullea i Bérénice Marlohe, znana z roli dziewczyny Bonda.

Film był prezentowany w Konkursie Głównym 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni 2019. Z Lechem Majewskim rozmawiał Jakub Izdebski.

Jakub Izdebski: Kiedy pojawił się pomysł na "Dolinę Bogów"?

Lech Majewski: - Dawno, w 1988 roku, gdy pracowałem z Lynchem w Propaganda Films w Hollywood i przygotowywałem "Basquiata", napisałem "Ewangelię według Harry’ego" - esej jak wyglądałaby ewangelia, gdyby powstała współcześnie. Z takiej zabawy wyszedł mi scenariusz, który planowałem początkowo zrealizować na którejś pustyni zachodnich Stanów Zjednoczonych. W związku z tym przydzielono mi człowieka od dokumentacji specjalizującego się w pustyniach. Jego podrasowanym silnikiem, który mógł wyciągać 200 mil na godzinę, przejechaliśmy Nevadę, Oregon, Utah, Nowy Meksyk i Arizonę. Zrobiliśmy przeszło pięć tysięcy mil po pustyniach amerykańskich. W trakcie tej podróży trafiliśmy na Dolinę Bogów, która jest czymś w rodzaju świątyni indiańskiej. Są tam wyjedzone przez erozję formacje z piaskowca, które mają antropomorficzne kształty. Przypominają popiersia zatopione w piramidach. Jest też gigantyczny masyw przypominający jeźdźca na koniu, a za nim kawalkada Indian. Niezwykłe miejsce, a ja nigdy nie widziałem go w kinie. Prędzej Monument Valley wielbiony przez Johna Forda. Cały czas myślałem, że muszę tam wrócić.

Wtedy też zainteresował się pan wierzeniami Indian Nawajo?

- Tak, zacząłem studiować ich legendy. Zachwyciły mnie swoją poetyką, tak surrealną, że cała francuska awangarda to przy niej żłobek. W mitologicznym Genesis Nawajo jest opisane, że na początku niebo było ze skał. Aż przyleciał sęp i zaczął dziobać od dołu i wydziobał ogromną dziurę, przez którą weszły niebieskie mrówki. One zeszły na ziemię i to właśnie byli indiańscy Adam i Ewa. Gdy szaman chce odprawić swoje śpiewania, to najpierw obchodzi ich świętą górę. Zajmuje mu to cały dzień. Wokół tej góry, z czterech stron świata, wbija patyki, by góra nie oddaliła się podczas jego śpiewu. Tego typu mentalność, archaiczne widzenie świata, zestawione z otaczającą Nawajo Country supercywilizacją amerykańską, powoduje napięcie pomiędzy kulturą archaiczną i niemal futurystyczną. Na ile duchowość wyparowała z tej drugiej? Z tego zestawienia narodziły się kolejne sceny filmu. Często w moim wypadku jest tak, że jest obraz, który generuje kolejne. Drobiazg może stworzyć całą serię innych scen. Jeżeli obraz matka jest odpowiednio silny, będzie generował inne.

Kiedy dopisał pan wątek najbogatszego człowieka na świecie?

- On był wpleciony w granicę świętego miejsca Indian. Na peryferiach cywilizacji Nawajo, mieszkają najbogatsi ludzie na świecie. Dzisiejsi potentaci, Bill Gates, wcześniej Jean Paul Getty i pierwowzór "Obywatela Kane’a", czyli William Randolph Hearst. Orson Welles zastanawiał się przecież, co można kupić, mając nieograniczone środki finansowe. Teoretycznie można za to kupić prawie cały świat materialny i oni budują takie mikroświaty u siebie. Jakby pan był kiedyś u Billa Gatesa w jego tajnym pałacu... No, trudno to nazwać pałacem, bo to współczesna budowla - to zobaczyłby pan przyszłość, pełną futurystkę, pomieszaną ze starociami. Pracując nad filmem "Basquiat" udało mi się porozmawiać z paroma najbogatszymi ludźmi na świecie. Zobaczyłem, gdzie są ich ograniczenia.

Wydawałoby się, że mogą wszystko.

- Zupełnie zabrana jest im wolność. Tak jak pan i ja możemy sobie chodzić po ulicy każdego miasta, oni nie mogą. Muszą poruszać się w szczelnej kuli ochronnej. Otoczeni są różnego rodzaju agentami ochrony i nie tylko nimi. Mają wokół siebie cały system zabezpieczeń. Nie mówiąc już o tym, że ci ludzie umierają z lęku o swoich najbliższych. Że ich dzieci staną się ofiarami porwań. Każdy rodzic chce zapewnić swojemu dziecku normalne życie. Żeby zwyczajnie mogło pójść do szkoły, miało kolegów i koleżanki, rozwijało się normalnie i poznało życie. Oni tego nie mają, nie mogą mieć i bardzo ich to boli, wręcz niszczy. A wszyscy dzisiaj marzą o nieograniczonej kasie.

Prace nad "Doliną Bogów" rozpoczęły się gdy tylko odkrył pan to miejsce w 1988 roku?

- Nie. Pracowałem wtedy nad innym filmem, "Ewangelią według Harry’ego". Lynchowi pokazałem mój debiut fabularny, "Rycerz", który był kręcony na piaskach w Łebie. Lynch stwierdził, że zna tę pustynię - jest w Iranie. Nie chciał wierzyć, że taki plener jest w Polsce. "Rycerz" był także debiutem Viggo Mortensena, czyli przyszłego Aragorna z "Władcy Pierścieni". Viggo latał nago po wydmach Łeby i wygrzebywał z piasków różne parafernalia, pozostałości po drugiej wojnie światowej. Niemcy bowiem kręcili tam propagandowe filmy o zwycięstwach Afrika Korps na Saharze. Viggo wywiózł z Łeby do Los Angeles całą walizkę żelastwa. Że go puścili wtedy... Załatwiliśmy mu porządne mieszkanie w willi w Łebie, a on powiedział "nie". Chciał wojskowy namiot na wydmach.

Kiedy przystąpił pan więc do prac nad filmem?

- Przyszedł taki moment... Wie pan, kiedy? Jechałem do Sundance z "Młynem i krzyżem". Powiedziałem do żony: "Słuchaj, lecimy do Las Vegas, weźmiemy samochód, pokażę ci te miejsca". Wtedy idea wróciła do mnie z całą siłą, w 2011 roku. W 2013 napisałem scenariusz, a pięć lat temu zaczęliśmy prace na planie. Jak każdy mój film, trochę czasu to trwało.

Niektóre wątki zdają się pokrywać z rzeczywistością. W "Dolinie Bogów" bohater Johna Malkovicha chce wykupić ziemię Nawajo, by wydobywać tam uran. A w prawdziwym świecie prezydent Trump nosił się z zakupem Grenlandii.

- Tak, były też wiadomości, że prezydent Trump chce wykupić ziemie Indian pod wydobycie ropy naftowej. To było wpisane w ten temat wcześniej. Rzeczywistość często naśladuje sztukę. Zdarza się, że coś kręcę, a później to się wydarza. Już chyba trzy czy cztery razy coś zrobiłem, a później miało to miejsce. Dziwne, ale tak się dzieje.

Może pan podać inny przykład?

- Na przykład w "Onirice" w pięknej katedrze w Sosnowcu zbudowałem finałową scenę filmu, w której oczyszczająca woda wylewa się wodospadem na ołtarz. Kosztowała mnóstwo czasu i zachodu, żeby zrealizować ją dobrze jako efekt cyfrowy. Rok później zapalił się dach nad tą katedrą. Strażacy lali nań wodę, a ona spadała dokładnie tak, jak w moim filmie, a przecież "Onirica" była już gotowa.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Lech Majewski | Dolina Bogów

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy