Reklama

Lance Henriksen: Dzisiaj męskość postrzega się inaczej

Lance Henricksen to jeden z najbardziej rozpoznawalnych aktorów lat 80. XX wieku /Aaron Rapoport/Corbis /Getty Images

Lance Henriksen? Nawet, jeśli to nazwisko nie od razu brzmi znajomo, to już charakterystyczna twarz Amerykanina o norweskich korzeniach bezbłędnie otwiera portal skojarzeń. Odkąd w latach 60. XX wieku rozpoczął karierę aktorską, Henriksen zagrał w ponad 250 produkcjach. Uwielbia swoją pracę, nie gardzi nawet epizodami. Do dziś gra w nawet pięciu filmach lub serialach rocznie. Pojawiał się w "Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia", serialu "Drużyna A", filmach "Pirania II. Latający mordercy" i "Rozpruwacz umysłu" czy serialu "Opowieści z krypty". Można ze spokojem powiedzieć, że jeśli filmowy maraton na Halloween nie zawiera choćby jednego tytułu z jego udziałem, to programer dał ciała (pierwsza podpowiedź: "Dyniogłowy"!). Pośród morza charakterystycznych ról w tzw. kinie klasy B, tworzył role ikoniczne. Jak Vukovich w "Terminatorze", Bishop z serii "Obcy", Jesse Hooker w "Blisko ciemności" czy Cole Wilson w "Truposzu".

Dopiero niedawno ten osiemdziesięciojednolatek dostał szansę zagrać rolę życia. W filmie "Jeszcze jest czas" wciela się w Willisa Petersona, starszego mężczyznę, który osuwa się w odmęty demencji. Utrata samodzielności zmusza Willisa do sprzedania rodzinnej farmy i przeprowadzki do Kalifornii, gdzie mieszka jego syn. Tu zaczyna się problem: John (Viggo Mortensen), jest utytułowanym weteranem, ale też zamężnym gejem. Dla konserwatywnego i homofobicznego Willisa to przeszkoda nie do przejścia. Do tego dochodzą rozmaite niezabliźnione rany z przeszłości.

Reklama

Film obserwuje wloty i upadki ich napiętej relacji, wnikliwie rozkładając na czynniki pierwsze tematy męskości, rodziny, miłości i wybaczenia. Choć porusza trudne zagadnienia,  podchodzi do nich z imponującą empatią a nawet czułością, a postać Lance'a Henriksena, mimo całego towarzyszącego jej mroku, szkicowana jest niejednowymiarowo. To obraz, który porusza do głębi, zachęcając widza do refleksji nad upływem czasu i własnymi, także niedoskonałymi, relacjami z bliskimi i przyjaciółmi.

Reżyserski debiut Viggo Mortensena spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem krytyków, zdobył też m.in. tytuł najlepszego filmu na prestiżowym Festiwalu Filmowym w San Sebastian. Henriksen spokojnie mógłby powalczyć o Oscara, Mortensen też. Dlaczego żaden z aktorów nie został wyróżniony nominacją, pozostanie tajemnicą. Może powodem było to, że film nominalnie jest produkcją kanadyjską? Zbyt mała promocja? Na pewno nie jakość występów. "Jeszcze...", to bez wątpienia jeden z najlepszych ról w dorobku Henriksena. Kiedy aktor mówi, że w ekranowej historii odbija się całe jego życie, nie przesadza.

W rozmowie z Anną Tatarską opowiada o pracy nad tym filmem, ale też o relacjach z rodzicami, kształtowaniu swojego wyobrażenia męskości i o tym, jak sztuka potrafi ratować życie.

Film "Jeszcze jest czas" będzie w ten weekend (27-28 marca) dostępny na platformie Moje eKino.

Anna Tatarska: "Jeszcze jest czas" koncentruje się na tym, jak mocno potrafią na nas wpływać relacje z rodzicami. Jak pana dzieciństwo ukształtowało to, kim jest pan dziś?

Lance Henriksen: - Z moją matką mieliśmy bardzo skomplikowaną relację, która była jak rozpędzające się auto. Dopiero przy końcu nabrała pewnego tempa. Pamiętam, jak zadzwoniła do mnie ostatni raz. Była już wtedy na kroplówce z morfiny, ale w słuchawce jej głos brzmiał bardzo żywo, świadomie. Stałem na ganku, a ona szczebiotała: "Lance! Sprzedajmy mój dom! Przeniosę się do ciebie! Co ty na to?". Byłem przeszczęśliwy, to byłby wspaniały czas. Trzy dni później już jej nie było. Umarła.

Pana relacja z ojcem była podobna do tej, która łączy ekranowych Johna i Willisa?

- Na pewnych poziomach. Mój ojciec był wikingiem. Urodził się w Norwegii, ale jako młody chłopak wyemigrował do USA, wiem, że czuł się Amerykaninem. Bardzo wcześnie zaczął pracować na morzu. Do około szesnastego roku życia był rybakiem, potem rozpoczął pracę w marynarce handlowej. Był też bokserem, amatorsko się bił. Kiedy rodzice się pobierali, ojciec miał 24 lata, mama - ledwie szesnaście. Za chwilę wybuchła wojna, potem ja pojawiłem się na świecie. Całą drugą wojnę światową ojciec spędził na morzu, przewożąc karabiny, czołgi, pociski do Europy. Wielu jego znajomych zginęło w wypadkach, utonęło, ale jemu nigdy nie przydarzyła się awaria. Niby nie walczył, ale ten czas na zawsze odcisnął na nim piętno. To był specyficzny styl życia. Rodzice rozstali się, kiedy miałem dwa lata, mama przejęła opiekę nade mną i moim młodszym bratem.

Ojciec utrzymywał z wami kontakt?

- Kiedy dorastałem, ojca przy mnie nie było. Wiecznie na morzu. Kiedy przybijał do brzegu, przez chwilę było głośno i intensywnie. Przywoził prezenty: kurtkę z Japonii albo jakieś inne nieprzydatne gówno, mające się nijak to tego, kim byłem i o czym mógłbym marzyć. Nie znał mnie. Potem szedł do kasyna albo do baru i wydawał wszystko, co przywiózł. Pił jak dzikie zwierzę. I znowu znikał. Można powiedzieć, że nasza relacja rozpłynęła się w tej słonej wodzie.

Pana ojciec, jak Willis, byli z tego pokolenia, w którym facet musiał być twardy i nigdy nie okazywać emocji.

- Tym samym robiąc krzywdę sobie i innym. A ten stres i trauma wpływały na związki, na relacje z dziećmi. Do tego koniec wojny nie oznaczał końca traum. Pamiętam, że kiedy miałem cztery lata, zobaczyłem okładkę gazety z wielkim atomowym grzybem na zdjęciu lub rysunku. "Początek ery atomu". Zapytałem wujka, który był w armii, co to znaczy. Do dziś pamiętam to przerażenie w jego oczach...

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Lance Henriksen

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje