Reklama

Konrad Łęcki o "Wyklętym": Nie zrobiliśmy filmowego pomnika

Tropieni i zabijani niemal jak zwierzęta. Większość z nich zginęła, a historia o nich przez lata była zakłamywana. Choć od 1 marca 2011 co roku obchodzimy święto państwowe poświęcone ich pamięci, w wielu kręgach do dziś uważani są za bandytów. Mowa o Żołnierzach Niezłomnych - członkach powojennego, antykomunistycznego podziemia w Polsce i bohaterach opartej na faktach produkcji "Wyklęty". To film o brutalnych czasach, niedocenionych bohaterach targanych dylematami i sporze o historię, a także osamotnieniu, trudnej miłości i dramatach rodzin.

Konrad Łęcki na planie "Wyklętego"

"Wyklęty" to pierwszy film produkcji Fundacji "Między Słowami", założonej w 2008 r. przez Marcina Kwaśnego, który ma już na swoim koncie role Witolda Pileckiego i Romana Dziemieszkiewicza "Pogody", a w filmie "Wyklęty" wciela się w dowódcę oddziału ps. "Wiktor".

Akcja toczy się w Polsce, w latach 1945-1948 i przedstawia żołnierzy zbrojnego podziemia niepodległościowego, walczących z władzą ludową o powojenny kształt Polski. Historia głównego bohatera oparta jest na kanwie losów ostatniego z Żołnierzy Wyklętych, Józefa Franczaka ps. "Lalek", uczestnika wojny obronnej Polski 1939. Po 1945 r. związany był ze strukturami ZWZ-AK i brał udział w zamachach na tzw. "utrwalaczy władzy ludowej" - milicjantów i żołnierzy formacji bezpieczeństwa. W filmie "WYKLĘTY", inspirację jego historią odnajdziemy w postaci "Lola", zagranej przez Wojciecha Niemczyka.

Reklama

Dla autora scenariusza i reżysera filmu, Konrada Łęckiego film "Wyklęty" to debiut w pełnometrażowej produkcji. - Przedstawiamy opowieść o naprawdę dramatycznych czasach, w których bohaterowie filmu, a zarazem rzeczywiste postacie, stawali przed niezwykle trudnymi wyborami. Ocena tamtych zdarzeń rzutuje także na funkcjonujące do dziś podziały w społeczeństwie. Starałem się nie oceniać decyzji bohaterów, ale w możliwie najbardziej bezpośredni sposób pokazać tragizm ich losów, a także poczucie totalnej izolacji i osamotnienia w sytuacji, w której się znajdowali - mówi Konrad Łęcki.

Czy pamiętasz pierwszy film, który zobaczyłeś na dużym ekranie. Co zrobiło na tobie największe wrażenie?

Konrad Łęcki: - Kiedy miałem sześć albo siedem lat mama z niemałym trudem zdobyła bilety na "Akademię Pana Kleksa" w reżyserii Krzysztofa Gradowskiego. To było wstrząsające, obejrzeć na dużym ekranie film z tyloma efektami, w którym wiele się działo. Na owe czasy film był bardzo dobrze zrobiony. Pamiętam jak się bałem Filipa Golarza i innych postaci. Ale nie mógłbym powiedzieć, że już wtedy pomyślałem, iż będę chciał robić filmy.

Co w takim razie skierowało cię na tę drogę?

- Telewizja. Myślę, że serialem, po którym zacząłem poważnie myśleć o tym, żeby zająć się robieniem filmów, była brytyjska wersja "Robin Hooda". Serial był bardzo nowatorsko zrobiony. Pojawiały się w nim elementy mistyki, zastosowano specyficzny sposób filmowania, dużo ujęć było we mgle, wiele scen rozgrywało się w lesie. Tego wcześniej w serialach nie widziałem. Duże wrażenie zrobił na mnie klimat, na który składały się historia, kostiumy, plenery. To wszystko mocno się we mnie zakorzeniło i wydaje mi się, że spośród tytułów zagranicznych, właśnie ten film był takim krokiem milowym do reżyserii.

- Trudniej byłoby mi natomiast wymienić jeden polski tytuł. Niesamowite wrażenie robiły na mnie ekranizacje klasycznych powieści pozytywistycznych: "Nad Niemnem" Zbigniewa Kuźmińskiego czy "Noce i dnie" Jerzego Antczaka. To były filmy, w których plastyka obrazu, prowadzenie aktorów i muzyka bardzo na mnie działały. Do dzisiaj "Noce i dnie" oglądałem już ponad dwieście razy i nadal realizacja tego filmu mnie zaskakuje, to jest dla mnie absolutny majstersztyk. Wracając do początku, te dzieła mnie utwierdziły w przekonaniu, że chciałbym robić filmy, aczkolwiek jednocześnie bałem się, czy będę w stanie zrobić film na takim poziomie.

Sam sobie też wysoko postawiłeś poprzeczkę, bo w odróżnieniu od wielu kolegów jako swój debiut pełnometrażowy robisz film historyczny. Dodatkowo podjąłeś dość kontrowersyjny temat żołnierzy wyklętych. Czy żołnierze wyklęci są ci z jakiegoś powodu bliscy?

- Mnie filmowo interesują tematy historyczne. Interesuję się historią, dużo czytam i dlatego robiąc filmy historyczne, czuję, że wiem, co robię. Temat żołnierzy wyklętych nie jest jeszcze wyeksploatowanym tematem. Myślę, że przeczytałem większość książek o tej tematyce dostępnych na rynku i utwierdzałem się w przekonaniu, że warto byłoby tę historię sfilmować. Przede wszystkim dlatego, że w wielu przypadkach te życiorysy są niesamowite. Poza tym byłem przekonany, że mam świeże spojrzenie na ten okres w polskich dziejach. Moim filmem dyplomowym w Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie był krótkometrażowy film o mordzie polskich oficerów w Katyniu pt. "Pre mortem". Teraz idę za ciosem i pokazuję, co działo się z tymi żołnierzami podziemia niepodległościowego, którzy przeżyli wojnę.

Szukałeś scenariusza napisanego przez kogoś czy od razu wiedziałeś, że sam napiszesz?

- Nie szukałem. Wszystkie wcześniejsze etiudy zrobiłem według własnych scenariuszy. Kiedy sam piszę, to łatwiej jest filmować, bo mam więź z bohaterami, których sam tworzę. Nie muszę się zastanawiać, jaka była intencja autora, bo wiem, co te postaci myślą i robią. Przy czym samo napisanie scenariusza jest skomplikowane. Z całą pewnością pomaga mi wiedza historyczna i znajomość zasad scenopisarstwa. Kiedyś jeden z moich wykładowców - Andrzej Kotkowski powiedział, że najlepszy bohater filmowy to taki, który reaguje, a nie jest sprawcą wydarzeń. Innymi słowy, wstawiasz bohatera w jakieś sytuacje, budujesz rzeczywistość wokół niego i on musi reagować. Staram się stosować tę zasadę. Bardzo żałuję, że mój promotor nie będzie mógł filmu zobaczyć.

Na kanwie losów prawdziwych bohaterów stworzyłeś postacie filmowe, czy trudno było tak sformatować głównego bohatera, żeby był jednocześnie prawdziwy i uniwersalny?

- Trudnością było to, żeby główny bohater nie był papierowy. Ze względu na temat, łatwo jest popełnić taki błąd, że oto mamy bohatera posągowego, na pomnik. Chciałem, żeby to był człowiek z krwi i kości. Żeby miał zwyczajne emocje. Łatwo się mówi, ale przełożenie tego na język filmu nie jest łatwe. Starałem się wyważyć, np. w warstwie językowej, żeby jego wypowiedzi nie były patetyczne. Bo nawet z krystalicznym bohaterem, podanym w niestrawnym sosie, odrealnionym widz nie będzie sympatyzował. A moim głównym celem było, żeby nie przedobrzyć i pozwolić widzowi zidentyfikować się z bohaterem.

Czy kiedy przystępowałeś do kręcenia filmu, miałeś już postacie głównych bohaterów. Wiedziałeś, kto ma ich zagrać, czy czekałeś, aż aktorzy wypełnią te postacie swoją osobowością?

- Kilka postaci było napisanych pod konkretnych aktorów. Wiedziałem, że głównego bohatera będzie grał Wojciech Niemczyk, a Wiktora zagra Marcin Kwaśny. W kilku przypadkach było tak, że napisałem bohatera, a potem go wizualizowałem poprzez konkretnego aktora. Bardzo mi zależało, żeby pozyskać niektórych aktorów, np. Janusza Chabiora do roli ministra i to się udało. W większości przypadków moje wyobrażenie z tym, kto zagrał w rzeczywistości jest bliskie. W jednym przypadku - doktora Niburskiego - zostałem pozytywnie zaskoczony przez aktora, bo Leszek Teleszyński zagrał tę postać lepiej niż mógłbym sobie ją wyobrazić. Powiedziałbym, że połowa postaci była napisana pod konkretnych aktorów, a w połowie aktorzy byli dobierani do roli.

Czy chciałeś, żeby aktorzy wykorzystywali swoje emploi, czy wolałeś, żeby tworzyli postacie odrębne od tego, z jakimi rolami są kojarzeni?

- Aktorzy zwykle chcą grać wbrew warunkom. I to niezależnie od tego, na jakim są etapie zawodowego rozwoju. Ja akurat wolę, żeby aktor grał "po warunkach", bo wiem, czego się mogę spodziewać. Natomiast w przypadku tego konkretnego filmu, trzeba pamiętać, że wielu aktorów grało albo w ogóle po raz pierwszy, albo był to jeden z ich pierwszych występów przed kamerą. Dlatego trudno mi było zakładać, jacy oni są. Mówiłem im, jaka to jest postać, jak ona ma wyglądać i oni się do tego starali stosować. Jeśli aktor proponował coś, co miało uzasadnienie, to ja się do tego zawsze przychylałem, ale daję ograniczone pole manewru, jeśli chodzi o kreowanie postaci. Wolałem wybierać aktorów pod kątem mojej wizji filmu i dopasowywać ich pod względem warunków i sposobu grania do konkretnych postaci. Na eksperymenty, żeby wychodzić z pewnych ram, czyli emploi, jest jeszcze czas.

Czy z twojej perspektywy trudniejsze były te sceny, w których brało udział kilkuset rekonstruktorów, czy te intymne, kiedy trzeba było w aktorach wyzwolić silne emocje?

- Zdecydowanie najtrudniejsze były sceny batalistyczne, wymagające zapanowania nad dużą liczbą ludzi na planie, kiedy trzeba było zsynchronizować pracę. Również pod względem pogodowym bywało trudno, niektóre sceny mnie i całą ekipę wykańczały psychicznie oraz fizycznie. Ciężko kręciło się zimą i wczesną wiosną. Sceny kameralne, zwłaszcza z dobrymi aktorami, którzy wiedzą jak podawać emocje, nie są takie trudne do zrealizowania. To są bardzo wdzięczne sceny, bo efekt jest od razu widoczny. Natomiast sceny batalistyczne to jest wielka niewiadoma. Efekt zobaczyłem dopiero po wstępnym montażu nakręconego materiału.

Znany jesteś z ogromnej dbałości o detale, w ekipie krążą legendy, jak wytrwale szukałeś autentycznych rekwizytów i kostiumów. Jesteś zadowolony z tego, co udało się osiągnąć?

- W filmie kostiumowym najważniejsze to trzymać się realiów epoki. Mam sporą wiedzę, a tam gdzie nie byłem pewny, zwracałem się do konsultantów. Wiele rzeczy załatwiałem sam, bo interesuję się tym okresem historycznym. Oczywiście nie da się nad wszystkim zapanować. Zdaję sobie sprawę, że widz jest wymagający i mam świadomość, że jeśli coś będzie nie tak, to mogą się pojawić negatywne reakcje. Wiem, że są osoby, które filmy oglądają poklatkowo. Starałem się na tyle, na ile mogłem, żeby wszystko było wierne epoce. Mieliśmy autentyczną broń, dużo mundurów, które pamiętają tamte czasy. Jeden z aktorów grał z oryginalnym AK-owskim orzełkiem na czapce po moim dziadku, który walczył w partyzantce. To jest już najwyższy poziom autentyzmu.

Czy sceny z dziećmi są w jakiś szczególny sposób przygotowywane, czy wymagają innego podejścia aktorów?

- Generalnie praca z dziećmi jest trudna. I tu muszę powiedzieć, że bardzo mi pomagali dorośli aktorzy. Jeżeli grali rodziców, to starali się ze swoimi filmowymi dziećmi zaprzyjaźnić, oswoić je jakoś z planem. Bardzo trudną scenę z gospodarzem udało się nakręcić dzięki temu, że Beata Pszeniczna i Piotr Cyrwus, jako aktorzy z doświadczeniem i wrażliwością, potrafili dotrzeć do dzieci, nawiązać nić porozumienia. Jeśli chodzi o Ksawerego, czyli mojego syna, który zagrał małego Lola, to mam z nim szczególną więź i rozmawialiśmy o tym, co będzie robił na planie. Jednak nie do przecenienia jest tutaj rola mojej żony - Anny, bo to ona uczyła go roli, przygotowywała do sceny, którą potem razem ćwiczyliśmy.

Czy uważasz, że okres historyczny pokazany w filmie ma ciągle wpływ na polską rzeczywistość?

- Ma, jest elementem polityki historycznej, która właśnie teraz zaczyna być doceniana i realizowana. Poza tym, w tamtym czasie powstał podział, który jest do dzisiaj widoczny. Choćby podejście do tych ludzi, których dzisiaj nazywamy żołnierzami wyklętymi, czy jak się częściej mówi, niezłomnymi, definiuje linię podziału w społeczeństwie. Bo są ludzie, którzy mówią, że to są bandyci i są ludzie, którzy mówią, że to są postacie bohaterskie. To wciąż rezonuje. Widzę analogie do dnia dzisiejszego.

Czy chciałbyś, żeby widz wychodząc z kina, był mądrzejszy o twoją wizję tego okresu, żeby był bliższy prawdy?

- Tak, jak mówiłem na początku, kreując bohatera i próbując go uczłowieczyć, chciałem pokazać, że to byli ludzie z krwi i kości, mieli dylematy, które wynikały z sytuacji, w jakiej się znaleźli, a ta sytuacja była efektem pewnej polityki. Mam nadzieję, że poprzez opowiedzenie tej historii w taki a nie inny sposób, udało się rzucić troszeczkę światła na to, kim tak naprawdę byli ci żołnierze, co ich motywowało, pokazać, że oni też nie byli wolni od błędów. Jeżeli widz będzie się identyfikował z tą historią, to już będzie sukces.

Jakie nagrody dla tego filmu najbardziej by cię ucieszyły?

- Naprawdę nigdy nie myślałem o nagrodach. Robię ten film dla widzów. Zależałoby mi na tym, żeby obejrzało go jak najwięcej ludzi. To będzie dla mnie największa nagroda. I żeby widzowie dostrzegli, że wprawdzie opowiadamy o bohaterach, ale jednak nie zrobiliśmy im pomnika. Wspomniany już mój promotor radził: przekładaj rzeczywistość przez siebie, jak sam byś zareagował. Staram się to robić. Mam nadzieję, że bohater jest wiarygodny.

Rozmawiała Dorota Bogucka.

Dowiedz się więcej na temat: Wyklęty | Michał Kondrat

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje