Reklama

Kocham Hollywood!

Roger Donaldson zalicza się do twórców, którego filmy znamy i kojarzymy po nazwiskach gwiazd w nich współwystępujących. Rzadko pamiętamy jednak nazwisko reżysera. "Koktajl" to Tom Cruise, "Bunt na Bounty" - Mel Gibson i Anthony Hopkins, "Góra Dantego" - Pierce Brosnan, w końcu "Rekrut" - Collin Farrell czy Al Pacino. Wszystkie łączy jedno nazwisko - Donaldson. Australijczyk z pochodzenia, a reżyser nowozelandzki. To on takimi filmami jak "Sleeping Dogs" czy "Smash Palace" zainicjował w latach 70. nową falę w tamtejszym kinie, o którym zrobiło się głośno na świecie. W latach 80. przeniósł się za ocean. Teraz wraca do kraju swoich dziadków - Wielkiej Brytanii, by opowiedzieć niezwykłą historię napadu na bank, który faktycznie miał miejsce. Donaldoson był gościem festiwalu "Era Nowe Horyzonty" we Wrocławiu, gdzie rozmawiała z nim Martyna Olszowska.

Z tego, co wiem pierwotny tytuł "Angielskiej roboty" miał brzmieć odrobinę inaczej i wiązał się w pewien sposób z postacią Sherlocka Holmesa?

Reklama

Gdy zgodziłem się na udział w tym projekcie, scenariusz nosił tytuł "Baker Street", a jak wiadomo ta ulica od zawsze kojarzyła się z Sherlockiem Holmesem. W końcu jednak producenci postanowili zmienić ten tytuł, chyba właśnie z powodu tego skojarzenia. W gruncie rzeczy bohaterowie "Angielskiej roboty", ci prawdziwi, inspirowali się jedną powieści Artura Conana Doyle'a, w której jest dokładny opis podkopu do banku z pobliskiego sklepu. Poza tym, bank który obrobili - Lloyds Bank, mieści się przy Baker Street.

Czy opowieści o Sherlocku Holmesie to twoja lektura z dzieciństwa?

Nie, raczej nie. W anglosaskim kręgu kulturowym ta postać jest po prostu legendarna, ale w czasie polskiej premiery zastanawiałem się, czy w ogóle w Polsce ktoś wie, kim był Sherlock Holmes.

Podejrzewam, że sporo osób.

Naprawdę. Doyle był tłumaczony na polski?

Tak, i jak Agatha Christie, jest dość popularny.

O, to fantastycznie, ale zaskoczyłaś mnie muszę przyznać.

Co zainteresowało cię w historii "Angielskiej roboty"?

Przede wszystkim chyba fakt, że jest to autentyczne wydarzenie. Gdy wyobraziłem sobie całą sytuację - ludzi, którzy obrabiają bank, policja słyszy ich przez radio, ale nie może znaleźć - wydawało mi się, że mogę z tego zrobić interesują film i wciągająca rozrywkę. Lubię robić filmy, które sam chciałbym oglądać, a ten typ kina mnie interesuje.

"Angielska robota" odbiega jednak od typowego filmu o napadzie na bank, z precyzyjnie przygotowanym planem i technologicznymi zabawkami.

Tak, bo to taka przypadłość filmowców, że zawsze chcieliby zrobić coś inaczej niż ktoś inny już zrobił. A w "Angielskiej robocie" ciekawe było to połączenie różnych historii, z jednej strony afery obyczajowe wyższych sfer, małżeński kryzys, codzienne życie "rabusiów", w to wszystko wplątana MI6. Taka różnorodność daje pole do popisu.

Przed pokazem mówiłeś, że używałeś kamery cyfrowej.

Tak, to był zresztą mój pierwszy raz.

I jakie odnosisz wrażenia, sporo mówi się o przełomie, jaki może wnieść do kina powszechne użycie technologii cyfrowej.

Faktycznie, czułem zmianę. Wszystko wyglądało zdecydowanie inaczej, ale rezultat jest świetny. Oczywiście raz pracowało się lepiej, a raz gorzej, ale gdy potem zobaczyło się efekty, szybko można było się przekonać, że warto. To jest przyszłość kina, nowa drogą, którą w przyszłości pójdzie i nie warto się opierać. Teraz czas się do tego po prostu przyzwyczajać.

Czy ta technologia pomogła przywrócić Londyn lat 70. i zbudować klimat tamtego okresu?

Zdecydowanie. Dzięki kamera cyfrowym można było nadać zdjęciom charakterystyczną chropowatość i tonację barw. Także to właśnie ta technologia nadała filmowi ten oryginalny wygląd.

Zdecydowałeś się zaangażować do "Angielskiej roboty" tylko angielskich aktorów.

Tak. Możliwe, że gdy ogląda się ten film z napisami, można nie wychwycić pewnych detali, jak akcent, który oddaje jedna z istotnych cech kultury angielskiej. Społeczeństwo brytyjskie jest bardzo mocno zhierarchizowane, a angielscy aktorzy pomogli to pokazać i sami też to rozumieli. W moim filmie niemal każdy bohater mówi z różnym akcentem, który pomaga zidentyfikować, z jakiego miasta pochodzi, z jakiej sfery, klasy, nawet z jakiej części Londynu.

A czy spotkałeś któregoś ze swoich bohaterów?

Tak, jednego. Był niesamowity, rozmawialiśmy trochę. Fascynujące było to, że jeśli wyobrazisz sobie Jasona Stathama w wieku 70 lat, to on właśnie tak wyglądał!

Czyli Statham okazał się właściwym wyborem. Od początku widziałeś go w tej roli?

Jason już wcześniej wyrobił sobie swoją markę w filmach akcji, znałem go z ról w filmach Guya Ritchego i wydał mi się właściwy do tej roli. I nie żałuję, Jason jest świetnym aktorem, bardzo charyzmatycznym.

Muszę przyznać, że gdy po raz pierwszy zobaczyłam w "Angielskiej robocie" Davida Suchet, pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy było: "on wygląda jak Martin Scorsese".

Faktycznie, zwłaszcza te okulary są charakterystyczne.

Cała sytuacja wydaje się jeszcze zabawniejsza, gdy pamięta się, że bohater Sucheta też jest związany z przemysłem filmowym. Co prawda, dość specyficznym.

Tak, niskobudżetowym, w którym oszczędza się na ubraniach!

Czy to było zamierzone, czy tylko moje dziwne skojarzenia?

Szczerze mówiąc, nie zamierzałem tego, ale gdy teraz o tym myślę, to rzeczywiście. Tylko, żeby się też Martinowi nie skojarzyło...

Peter Weir powiedział kiedyś, że od samego początku jego celem było Hollywood. On podobnie jak ty stał się inicjatorem nowego kina w latach 70. w swojej rodzimej Australii. Czy ty również wiedziałeś, że w przyszłości chcesz tworzyć w Stanach Zjednoczonych?

Nie, gdy przyjechałem do Nowej Zelandii początkowo kręciłem filmy dokumentalne, reklamówki, z których potem sfinansowałem swoje pierwsze filmy. Gdy kręciłem "Smash Palace" nie myślałem, że będzie on dystrybuowany gdzieś poza Nową Zelandią. Nieoczekiwanie film odniósł sukces za granicą i zaczęli do mnie dzwonić z Hollywood i namawiać, żebym tam przyjechał i coś nakręcił. Pierwsza propozycja padła ze strony producenta Richard D. Zanuck. Ten projekt nigdy jednak nie powstał. Pierwszym moim hollywoodzkim filmem był "Bunt na Bounty" z Anthony Hopkinsem. I nagle okazało się, że za reżyserowanie można dostać całkiem niezłe pieniądze. Trafiłem do innej ligi. To wszystko było bardzo atrakcyjne, choć oczywiście tęskniłem za krajem.

Spodziewałeś się, że ta przygoda się przedłuży?

Gdyby podliczyć te wszystkie lata, to w Hollywood spędziłem większość część mojego życia. Moja żona jest Amerykanką, moje dzieci się tam urodziły. Nigdy tego nie planowałem, ale cóż - życie się zmienia.

Gdy w latach 80. przenosiłeś się za ocean, system pracy, jaki panował w Nowej Zelandii był zupełnie inny niż amerykański. Długo zajęło ci przyzwyczajenie się do hollywoodzkich reguł gry?

Przede wszystkim podobała mi się świadomość, że film, który robisz dla jakiegoś hollywoodzkiego studia prawdopodobnie zostanie pokazany na całym świecie. Dystrybucja tam jest faktycznie niesamowicie rozwinięcie, do tego nagle okazało się, że w swoim zawodzie mogę w końcu zarabiać. I pracować ze znanymi nazwiskami... Także chyba nie było mi się trudno przestawić.

A planujesz wrócić z jakimś filmem do Nowej Zelandii?

W pewnym sensie "Prawdziwa historia" była takim powrotem, bo dzieje się właśnie tam i była współfinansowana przez Nowozelandzką Komisję Filmową. W gruncie rzeczy wciąż jestem z tym krajem związany, podobnie zresztą jak z Australią. To wszystko jest czasem ciężko pogodzić. Lubię energię, która panuje w Hollywood, gdzie setki tysięcy ludzi jest w ten czy w inny sposób związana z przemysłem filmowym. Tam można spotkać fachowców z całego świata. Ja na przykład bardzo miło wspominam pracę z polskim operatorem Andrzejem Bartkowiakiem. Zresztą jego opowieści o waszym kraju były dodatkowym impulsem, żeby tu przyjechać.

Polska słynie z wielu znakomitych operatorów, którzy często przenoszą się do Stanów Zjednoczonych.

No tak, Kamiński u Spielberga, albo Sławomir Idziak. Świetni operatorzy. Podejrzewam, że oni zrobili też dobre filmy w Polsce, ale to Hollywood pozwala ci się otworzyć na świat. Jesteś lepiej opłacany, masz dostęp do o wiele lepszych technologii. Oczywiście dostrzegam też czarne strony Hollywood. To jedna strona, ale z drugiej - kocham to! I wciąż mnie to bawi.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje