Noah Baumbach uznawany jest za jednego z najciekawszych i najbardziej oryginalnych amerykańskich reżyserów. Adam Sandler, przez lata kojarzony głównie z komediowymi rolami, coraz częściej pokazuje swój talent do ról dramatycznych. W filmie "Jay Kelly" Baumbacha wciela się on w postać agenta wielkiej hollywoodzkiej gwiazdy. A ją z kolei gra... wielka hollywoodzka gwiazda, jaką od lat jest George Clooney. To znakomite trio zrealizowało film, który miał swoją premierę na ostatnim festiwalu w Wenecji, a kto wie, czy nie namiesza podczas ceremonii rozdania Oscarów. "Jay Kelly" jest już dostępny w serwisie Netflix.
O kulisach produkcji, rolach, które odgrywamy, nostalgii i gwiazdorskich zachowaniach z Noahem Baumbachem i Adamem Sandlerem rozmawia Kuba Armata.
Kuba Armata: "Jay Kelly" to z jednej strony zabawna, z drugiej wzruszająca i nostalgiczna opowieść o znanym aktorze, który zmęczony sławą udaje się w podróż. Celem są nie tylko Włochy, ale i odnalezienie siebie. Czy ta historia zrodziła się z twoich obserwacji związanych z wieloletnią współpracą z czołowymi aktorami i aktorkami?
Noah Baumbach: - Miałem w głowie obraz aktora, gwiazdy filmowej, który wyrusza w podróż. Pomysł na wyjazd z Los Angeles do Europy, a konkretnie do Włoch, wydawał mi się bardzo pociągający. Kiedy zaczęliśmy pracę nad tekstem wraz z moją współscenarzystką, a jednocześnie znaną aktorką Emily Mortimer, uświadomiłem sobie, że film o aktorze to tak naprawdę opowieść o performance i tożsamości. To był wytrych do tego, by stworzyć historię o tym, jak każdy z nas, na różne sposoby, przez całe życie próbuje dotrzeć do prawdziwego ja. Dąży do tego, by odkryć, kim tak naprawdę jest wśród wszystkich ról, jakie odgrywamy. To był moment przełomowy. Kiedy to do mnie doszło, mogliśmy rozwinąć tę historię.
Czy w roli wielkiej gwiazdy, która jedzie na włoski festiwal filmowy, by odebrać nagrodę za całokształt twórczości, od początku widziałeś George’a Clooneya? Można odnieść wrażenie, że "Jay Kelly" to także opowieść o nim.
Noah Baumbach: - To było dla mnie jasne od samego początku. Wiedziałem, że to musi być ktoś, z kim widzowie mają dłuższą relację. W filmie ludzie mówią do Jaya Kelly’ego: "Patrzę na ciebie i widzę całe swoje życie". Pewnie podobnie dla wielu jest z George’em, który od lat gra w filmach oglądanych na całym świecie. Znamy się długo, łączy nas przyjaźń i od zawsze chciałem znaleźć coś specjalnie dla niego. Coś, co zrobimy razem.
Jak Clooney zareagował, kiedy dostał od ciebie gotowy scenariusz?
Noah Baumbach: - Kiedy przeczytał scenariusz, od razu mi powiedział: "Stary, wpakowałeś się w kozi róg, bo jest bardzo niewielu aktorów, którzy mogliby to zagrać" (śmiech). Miał rację. Mało kto był tak popularny, dobry i tak długo utrzymywał się na szczycie jak on. George ma w sobie tę ponadczasową jakość. Zawsze miał. Wygląda jak gwiazda filmowa z każdej epoki. To też idealnie pasowało do filmu. Praca z nim była ekscytująca. Bohater, w którego się wciela, właściwie przez cały czas ucieka przed sobą. Jasne było, że George w tej roli odsłania coraz więcej siebie. Grając kogoś, kto próbuje się ukryć przed całym światem, pokazuje siebie samego. To, co George jako aktor robi w tym filmie, jest niezwykle wyrafinowane. On ma taki dar, że nawet w najtrudniejszych, najbardziej złożonych emocjonalnie scenach zawsze czujesz, że jesteś z nim. Robi to pięknie i z niezwykłą precyzją. Wydaje mi się, że to jest coś, co potrafią tylko prawdziwe gwiazdy filmowe.
Drugą ważną rolę w filmie gra Adam Sandler, który wciela się w postać agenta Jaya Kelly’ego. Dla mnie ta opowieść to takie przyjacielskie love story, jakie rozgrywa się pomiędzy bohaterami. Adam, jak zbudowaliście tę relację, bo słyszałem, że się dobrze znacie i lubicie czasem pograć razem w koszykówkę?
Adam Sandler: - Znamy się od lat i rzeczywiście sporo czasu spędziliśmy na boisku do kosza. George to zabawny, świetny facet. Jednak nigdy wcześniej nie spędziłem z nim tyle czasu co na planie tego filmu. Nigdy też nie byłem tak blisko jego rodziny. George zresztą pod tym względem jest niesamowity. Od razu wciąga cię do swojego życia. Kręciliśmy we Włoszech, w Londynie. On dosłownie wiedział wszystko. Polecał mi kolejne miejsca i rzeczy. Człowiek w takich chwilach zaczyna żałować, że George Clooney nie jest jego osobistym konsjerżem. "Dobra, George, to co dzisiaj robimy? Zaplanuj nasz dzień" (śmiech).
Z kolei w filmie role się odwracają, bo to ty jako agent musisz się wszystkim zajmować.
Adam Sandler: - Bardzo podobało mi się to, że mogę znaleźć się po drugiej stronie. Sam mam agenta, który się mną opiekuje, a tu mogłem być częścią ekipy gwiazdy, jaką jest Jay Kelly. Mój bohater stawia go na pierwszym miejscu, uwielbia go, jest dla niego. Pamiętam, jak mówiłem swojej rodzinie: "Słuchajcie, cokolwiek ten facet powie - zrozumcie, to moja praca" (śmiech). Byłem w tej roli zaślepiony. Trochę na zasadzie tego, jak wpatrzony jestem w swoją rodzinę. Na chwilę jednak musiałem przelać to na George’a. Zresztą to tak jak u większości ludzi na świecie - masz pracę, szefa. Zdarza się przecież, że szef mówi: "Mam gdzieś mecz twojego dziecka wieczorem, mamy deadline, siedzisz, dopóki nie skończysz". I właśnie tak wyglądało moje życie przez ten czas (śmiech). Postać, w którą się wcielam, naprawdę kocha tego faceta. Czuje się zaszczycony, że może być częścią jego kariery, że jest przy wszystkich wzlotach i upadkach. Widzi, iż ten czas to dla Jaya ważny, trudny moment, kiedy zmaga się z bólem, z myślami, które blokują go przed kolejnymi projektami. Czuje, że jego rolą - jako przyjaciela i partnera w tym filmie - jest pomóc mu przez to przejść.
Na ile film Noaha skłonił cię do refleksji nad sobą, nad balansem między pracą a życiem, tożsamością i tym, z czym tak naprawdę wiąże się zawód aktora?
Adam Sandler: - Kiedy widzę te wszystkie "gwiazdorskie" momenty, które pojawiają się w filmie, to myślę sobie: "Kurczę, czy ja się z tym utożsamiam?". Dostrzegałem to u ludzi, z którymi pracowałem, a pewnie sam czasami zachowywałem się podobnie. Powiedziałem sobie kiedyś, że muszę to zmienić, bo to bywa cholernie egoistyczne. W prawdziwym życiu staram się wciągać rodzinę, przyjaciół w to, co robię. Kiedy czytałem scenariusz Noaha i Emily, byłem pod dużym wrażeniem, ale miało to swoje wymagania. Czułem, że mogę już takiej szansy nie dostać, więc wszedłem w to na sto procent. Na tym na pewno ucierpiała rodzina. Choć kiedy mówię, że mam przed sobą kilka ciężkich dni z rzędu i mogę nie być dla niech tak dostępny jak zawsze, starają się to zrozumieć. Była w filmie jedna bardzo emocjonalna dla mnie scena. Noah świetnie się zachował, bo pozwolił mojej żonie czytać kwestie zza kadru. Dotyczyło to sceny rozmowy telefonicznej, kiedy musiałem to wszystko naprawdę poczuć. Z żoną jesteśmy bardzo blisko i dzięki niej mogłem sięgnąć po emocje, których wtedy potrzebowałem.
Noah Baumbach: - Będąc podczas tej produkcji tak blisko z Adamem, bardzo imponowało mi to, że jest niesamowicie hojny, lojalny, pełen gracji, a jednocześnie absolutnie oddany ludziom, którzy są z nim od zawsze - rodzinie, starym przyjaciołom. Ma po prostu wielkie serce i radzi sobie z tym wszystkim w naprawdę piękny sposób. Dlatego kiedy pisaliśmy tę postać, od początku myślałem o Adamie. Mimo że w prawdziwym życiu jest po drugiej stronie tego równania. Pomyślałem, że wspaniale będzie zobaczyć go w roli kogoś, kto opiekuje się drugim człowiekiem, jest bardzo wspierający, troskliwy, a jednocześnie sam doświadcza momentami pewnej dezorientacji, w którym kierunku powinien pójść.
Moją ulubioną sceną w waszym filmie jest ta, kiedy Jay Kelly po tym, jak dotarł na włoski festiwal, ogląda przygotowaną przez organizatorów montażówkę składającą się z fragmentów jego najlepszych ról. Ta scena nadaje filmowi niezwykłą, intymną tonację.
Noah Baumbach: - To było prawdziwe wyzwanie. Od początku pociągało nas to, że Jay stara się iść naprzód, ale przeszłość na niego napiera. Zawsze myślałem o tych wspomnieniach jak o wietrze, który wieje ci prosto w twarz. Nie zatrzymuje cię całkowicie, ale spowalnia, chwilami kieruje się gdzie indziej. Dopiero gdy Jay dociera do Włoch, może się z tym skonfrontować, a ta scena jest tego esencją. Dużo czasu spędziliśmy wraz z autorką zdjęć Leną Sandgren oraz scenografem Markiem Tisleyem, zastanawiając się, jak ten moment w filmie powinien wyglądać.
No właśnie, jak?
Noah Baumbach: - Nigdy nie chciałem, żeby to było coś odrealnionego czy efekciarskiego. Zawsze miało być fizycznie, Jay Kelly po prostu wchodzi w dane wspomnienie. Trzeba było jednak ustalić, co to tak naprawdę znaczy, jak to pokazać i jak to wpasować w cały film. Nie chciałem żadnych sztuczek, żadnego "wjeżdżania w tunel czasu". Zawsze czułem, że wspomnienia są czymś, co dotyczy nas wszystkich - one po prostu z nami są, cały czas. Nie mamy nad nimi pełnej kontroli. Coś je nagle wywołuje i już zaczynamy myśleć o przeszłości. Dokładnie to dzieje się z Jayem. Szukaliśmy więc filmowego sposobu, który będzie piękny, a zarazem szczery. Dużą inspiracją były stare filmy. Chcieliśmy oddać hołd temu, co najbardziej kochamy w kinie. Zatem zero green screena, zero cyfrowych sztuczek. Wszystko działo się naprawdę - na planie, w kadrze, bez oszustwa. Tylko kamera i to, co naprawdę tam zbudowaliśmy. Myślę, że nawet jeśli widz nie wie, jak to zrobiliśmy, to i tak czuje tę namacalność, realność. To wnosi do filmu coś, czego żadne cyfrowe efekty by nie dały. Dlatego w preprodukcji spędziliśmy naprawdę mnóstwo czasu, żeby dokładnie wymyślić, jak to wszystko zrealizować.
Adam, czy kiedy oglądasz swoje stare filmy, wspomnienia wracają?
Adam Sandler: - To tak, jakby ktoś wyciągnął stare rodzinne zdjęcia i nagle do mnie doszło: "O kurczę, pamiętam to!". To właśnie czuję, kiedy trafiam na stare filmy - swoje albo cudze. Oczywiście od razu widzę, że byłem wtedy dużo chudszy i wiem, że te czasy już nie wrócą (śmiech). Czasem ktoś z rodziny włączy któryś z moich starych filmów, ja wchodzę do pokoju, popatrzę chwilę - za długo nie usiedzę - i od razu wracają wspomnienia. Co się wtedy działo w moim życiu, co się działo na planie akurat tego dnia. Mam naprawdę masę wspaniałych wspomnień porozrzucanych po tych wszystkich filmach.
Ważnym artefaktem w filmie jest sernik. Jay Kelly ma wpisane w kontrakcie, że gdziekolwiek się nie pojawi, czy to jest plan filmowy, hotel czy samolot, ma czekać tam na niego porcja sernika. Wszyscy myślą, że go uwielbia, podczas gdy tak naprawdę go nienawidzi. Miałeś w swojej karierze podobną historię?
Adam Sandler: - Mam jedną historię, która mi to trochę przypomina. Jakieś dwadzieścia lat temu grałem w pewnym filmie. Wchodzę na plan do studia, a tam dosłownie ukrop. Było tak gorąco, że nie dało się wytrzymać. Zaczynam wrzeszczeć: "Gdzie, do cholery, jest klimatyzacja?! Tu jest za gorąco, pocę się, nie mogę myśleć!". Od tamtej pory ilekroć pojawiałem się na zdjęciach, było szesnaście, siedemnaście stopni. Wszyscy szczękali zębami. Kiedy zapytałem, co się dzieje, ktoś z ekipy nieśmiało odpowiadał: "No przecież powiedziałeś...". Ja na to: "Powiedziałem to JEDEN raz! Nie na zawsze!". To właśnie mój "sernik" (śmiech).