Reklama

Kiedy dajemy, otrzymujemy w zamian więcej

- Wydaje mi się, że trzeba promować i wyróżniać ludzi, którzy podejmują się czegoś, co chciałby zrobić i czego powinien spróbować się podjąć każdy z nas, osobiście - mówi John Lee Hancock, reżyser filmu "Wielki Mike. The Blind Side".

4 czerwca 2010 roku, z pominięciem kinowej dystrybucji, pojawił się na DVD film "Wielki Mike. The Blind Side". Rola w tym filmie przyniosła Sandrze Bullock tegorocznego Oscara. Dystrybutorem wydawnictwa jest Galapagos Films.

Reklama

Reżyser John Lee Hancock opowiada o pracy nad filmem.

Czego dowiedział się pan o Quintonie i w jaki sposób zapatrywał się na podobieństwa pomiędzy jego historią a historią Michaela?

John Lee Hancock: Natknęliśmy się na Quintona w efekcie ogólnonarodowych poszukiwań aktora do tej roli. Obejrzałem taśmę z jego nagraniem. Quinton mógł poszczycić się zarówno posturą sportowca, jak i sportową przeszłością, ponieważ będąc w szkole średniej grał w drużynie futbolowej.

Ważniejsze było jednak to, że otaczała go swoista aura łagodności - a niełatwo było znaleźć połączenie takich właśnie cech. Kiedy więc przyleciał do Los Angeles na przesłuchanie - był to zresztą jego pierwszy lot - i stanął w drzwiach, pomyślałem: Może to właśnie on. Jak się okazało, miałem dobre przeczucie. Trafiliśmy w dziesiątkę.

Dlaczego warto było nagłośnić tę historię?

Wydaje mi się, że trzeba promować i wyróżniać ludzi, którzy podejmują się czegoś, co chciałby zrobić i czego powinien spróbować się podjąć każdy z nas, osobiście. Leigh Anne Touhy zatrzymuje samochód i pomaga jakiemuś dzieciakowi, bo widzi, że jest mu zimno. Jest takie stare porzekadło, które mówi o tym, że kiedy dajemy, otrzymujemy w zamian jeszcze więcej. To właśnie ta szlachetność, która zawiera się w dobroci względem innych jest czymś, o czym powinniśmy pamiętać w obecnych czasach kryzysu, trudnych dla ludzi czasach. To nie jest cecha, z którą należy się afiszować, niemniej jednak właśnie ona stała się dla mnie osnową tej historii.

Proszę opowiedzieć o przemianie Quintona.

Zadzwoniłem do Quintona i powiedziałem: Masz tę rolę, a jutro wsiadasz w samolot do Atlanty. Jeden z naszych producentów, Tim Bourne, nawiązał współpracę z Georgia Tech, czyli Georgia Institute of Technology, i Erikiem Ciano (dyrektorem ds. rozwoju sportowego, czyli opiekunem drużyn studenckich funkcjonujących na tej uczelni - red.). Dietetykiem Quintona został Sasha Spencer. W ten sposób stworzyliśmy dla niego zaplecze konsultantów. Quinton ciężko pracował, w efekcie czego stracił sto funtów (45 kilogramów - red.). Trenował też z drużyną futbolową Georgia Tech. On po prostu przeistoczył się w swojego bohatera, co w kontekście pracy nad filmem, a także z perspektywy Quintona, było oczywiście czymś wspaniałym.

A co z przemianą psychologiczną?

Jego twarz stała się młodsza i to sprawiło, że lepiej mógł wcielić się w rolę - ale też widać było, że wzrasta w nim poczucie pewności siebie. Zaczęło się od spotkania z Sandrą Bullock, podczas którego powiedział: Nie mogę uwierzyć, że znajduję się w tym samym pokoju, co ty. Potem okazało się, że na planie radzi sobie równie dobrze, jak ona. A ostatecznie stał się dla niej równorzędnym partnerem w ich wspólnych scenach. Ta przemiana była doprawdy niewiarygodna.

Proszę opowiedzieć, jak zapamiętał pan współpracę Sandry i prawdziwej Leigh Anne i ich wzajemne interakcje. W jaki sposób Sandra budowała tę rolę?

Sean [Sean Tuohy, mąż Leigh Anne - red.] widział je razem i doszedł do wniosku że "to za dużo Leigh Anne, od samego początku było ich za wiele". Wynika stąd, że również w przypadku Sandry była to niesamowita przemiana. Wystarczy sam fakt, że udało jej się oddać sposób mówienia i poruszania się swojej bohaterki, a także jej energiczność i usposobienie. Kiedy podczas kręcenia sceny pojawiał się jakiś problem, który zaburzał całość, patrzyliśmy po sobie i pytaliśmy się nawzajem: Co zrobiłaby Leigh Anne? Odpowiedź przychodziła natychmiast: Leigh Anne parłaby do przodu; zrobiłaby to, nie zaakceptowałaby tego. W takich chwilach szybko nanosiłem poprawki do sceny i po prostu podążałem za Leigh Anne.

Jak się pan bawił, mając wokół siebie tylu wielkich trenerów?

Tego nie jest w stanie zrozumieć nikt. Jestem wielkim fanem uniwersyteckich rozgrywek futbolowych. Połowa ekipy nie miała pojęcia, kim byli ci ludzie, ale ja czułem się jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Sześciu trenerów opowiadało najróżniejsze historie. Mogłem ich pytać, o co tylko chciałem. Byłem w siódmym niebie.

Usłyszał pan od nich jakieś ciekawe anegdoty?

Od trenera Lou Holtza dowiedziałem się, że kiedy prowadził drużynę University of Arkansas, jego rozgrywającym był Houston Nutt. Zapytałem go oczywiście, jak dobrym rozgrywającym był Houston. Holtz na to: Och, potrafił dobrze podać, ale ruszał się jak mucha w smole. Naprawdę? - dopytywałem się z niedowierzaniem. Tak - usłyszałem. - Gdyby wystartował w jednym wyścigu z ciężarną kobietą, skończyłby pewnie na trzecim miejscu. Lou Holtz miał milion takich historii.

Tłum. Katarzyna Kasińska

materiały dystrybutora

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje