Reklama

Reklama

Jestem dzieckiem szczęścia

Nina Terentiew to kobieta instytucja. Całe jej życie zawodowe to praca w telewizji. Odkryła takie osobowości, jak Justyna Steczkowska, Maciej Maleńczuk, Agata Młynarska. Ludzie się jej boją, ale cenią wyjątkową intuicję oraz talent do kreowania gwiazd.

W rozmowie z Martą Grzywacz z RMF FM Nina Terentiew opowiada, jak wyglądało jej pierwsze spotkanie z Wiolettą Villas, dlaczego jej żal Kasi Cichopek, skąd się biorą kaprysy gwiazd i jak im sprostać, co jej daje największą satysfakcję i dlaczego kobiety lubią facetów z baru, którzy "naprawdę są bardzo daleko od grzecznych chłopców".

RMF FM, Marta Grzywacz: Czy w tym roku znalazł się ktoś, kto odmówił Ninie Terentiew udziału w festiwalu Top Trendy?

Nina Terentiew: Kult nie przyjął zaproszenia. Taką mają zasadę, że nie biorą udziału w żadnych festiwalach. W niczym, co można nazwać komercją. Bardzo mnie to bolało, bo chciałam, żeby Kazik wystąpił na naszym festiwalu, ale rozumiem i szanuję wybory artystów. Niemniej dogadaliśmy się, że prawdopodobnie jesienią zorganizujemy koncert Kultu na antenie Polsatu. Kult będzie wtedy jedynym i wyłącznym gospodarzem.

Reklama

Rozumiem, że odmowa artysty jest wyzwaniem dla Niny Terentiew po wielu latach sukcesów...

- Tak wiele lat pracowałam z artystami, że wiem jakich granic przekraczać nie wolno. Można się obrażać na marnych artystów. Na dobrych artystów nie wolno się obrażać. Trzeba ich rozumieć, czekać i zdobywać ich zaufanie.

Kim była pierwsza gwiazda, którą spotkała pani w życiu?

- Wioletta Villas. Byłam wtedy młodą, początkującą dziennikarką, a spotkanie z nią nauczyło mnie wielkiej prawdy o gwiazdach: gwiazdy muszą grać gwiazdy, bo tego oczekuje od nich publiczność. Pamiętam, że umówiłam się z panią Wiolettą u mnie w domu, o godzinie 20. Miałyśmy się przygotować do jednego z moich pierwszych programów telewizyjnych. Mieszkanie wysprzątałam, wymalowałam się, wyszykowałam, czekam na gwiazdę. O godzinie 21 zadzwonił jej menager, że pani Wioletta spóźni się godzinę. O 22 zadzwonił jej menager powiedział, że pani Wioletta musi jeszcze wstąpić do kościoła i się pomodlić, ale już jest w drodze. O 23:30 pomyślałam, ze pani Wioletta o mnie zapomniała, więc zmyłam makijaż, założyłam szlafrok, nerwy mi odpuściły, pomyślałam: no trudno, nie przyszła, bywa. O 24:00, w godzinie duchów, zadzwonił dzwonek. W drzwiach stanęła Wioletta Villas w pełnym rynsztunku.

- Mimo, że była to zwykła kamienica na Warszawskim Żoliborzu, właściwie prywatna wizyta, pani Wioletta wyglądała jakby zeszła ze sceny. Miała wielkie włosy albo jeszcze większe, wielką suknię na krynolinie, przed sobą trzymała jakiś mały kwiatek i butelkę whiskey. W tamtych czasach butelka whiskey była czymś tak niezwykłym, że ja patrzyłam i nie wiedziałam, co to jest. Przeprosiła mnie, usiadła. Gadamy i ja mówię: "pani Wioletto, jeżeli na nagranie programu się pani spóźni, to ono się nie odbędzie". A ona na to: "nie, nie, to było nasze pierwsze spotkanie i chciałam, żebyś wiedziała, że masz do czynienia z wielką gwiazdą. Będziesz o tym opowiadała bardzo jeszcze długo, a na nagraniu oczywiście będę punktualnie". Tak też się stało - pani Wioletta była idealnie punktualnie, idealnie przygotowana, wszystko się odbyło. Ale te kaprysy gwiazd to otoczka. Tak funkcjonuje cały świat. Gwiazdy muszą żyć w gazetach, w kolorówkach. Gdyby tak nie było, gazety nie miałyby o czym pisać.

Gwiazdy mają czasem szalone wymagania. Jak im sprostać?

- W tej chwili zdarzają się wymagania dotyczące jedzenia. Ktoś nie je mięsa, ktoś chce mieć sałaty, ktoś chce mieć zawsze owoce, ktoś jogurty albo wodę mineralną taką a nie inną. Ale ponieważ ja sama też chce mieć taką wodę, a nie inną, to uważam, że nic strasznego się nie dzieje, jeżeli te życzenia spełnimy. To nie są cuda na kiju, od których ktoś mógłby umrzeć, albo musiałabym wydać na to nie wiadomo jakie pieniądze. Inny jest problem - młode, początkujące gwiazdki, które w głowie nie zawsze mają równo pod sufitem. Często mówię, że świat pełen jest upadłych gwiazdek, które kaprysiły zanim miały prawo kaprysić. Bardzo ważne żeby wiedzieć, kiedy jest już czas na kaprysy. Nie można najpierw kaprysić w nadziei, że się zostanie gwiazdą, bo wtedy wszyscy od takiej gwiazdy uciekają.

Którą z gwiazd pani stworzyła?

- Ja nie stworzyłam żadnej gwiazdy, ponieważ gwiazdy stwarza Pan Bóg. Gdybym nie wiem jak się zacięła, gdybym nie wiem ile razy pokazała kogoś, kogo publiczność nie chce, to nic by z tego nie było. Natomiast kiedy już publiczność zwróci na kogoś uwagę, ja mogę pomóc. Jestem taką akuszerką gwiazd.

- Kiedyś przez przypadek znalazłam się w jury "Szansy na sukces". Wystąpiła wtedy Justyna Steczkowska. Wyszło takie małe coś, w ohydnym cylindrze i ryknęło "Boskie Buenos", które było kultowe, bo należało do Koruni. Spojrzeliśmy po sobie z Wojtkiem Mannem i ten wzrok mówił jedno: "ona musi wygrać". On widział to, co ja, że to jest temperament, siła, głos i determinacja.

- Mam też niewyobrażalną sympatię i szacunek do Maćka Maleńczuka, ponieważ prosto z ulicy wprowadziłam go na antenę telewizyjną. Pewnego razu pojechałam do Krakowa na jakiś benefis w teatrze Stu, niedawno Kora mi przypomniała, że to był jej benefis. Po tych benefisach jest tradycja przyjęć, bankietów. Wiadomo, jak to w Krakowie - nic się nie kończy przed 7 rano. Nam, Warszawiakom ciężko się z tym pogodzić, ale lata praktyki pozwalają dawać sobie radę. Pamiętam koło 3 rano podszedł do mnie Maciek Maleńczuk, którego wcześniej obserwowałam na scenie z szeroko otwartymi oczami, bo nie widziałam dotąd takiego cuda, i zapytał czy chciałbym zobaczyć scenariusz na program telewizyjny. Powiedziałam, że oczywiście, a on mi pokazał taki wymięty, odręcznie zapisany zeszyt, który chciał mi wręczyć. Zaprosiłam go do Warszawy, ale byłam przekonana, że nigdy się do mnie nie odezwie, bo wiadomo jakim był artystą. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po tygodniu przyjechał, w stanie nie wskazującym na spożycie czegokolwiek, prócz wody mineralnej w pociągu, co prawda dalej miał ten zeszyt, niestety, ale porozmawialiśmy i tak narodził się pierwszy telewizyjny występ Maćka. To był przełom.

- Później obserwowałam z oddalenia różne jego poczynania, między innymi w jury "Idola". To jury było dla niego za wcześnie, bo on nie widział czy jest undergrundowym bardem czy artystą komercyjnym, który musi żyć z tego, co robi. Myślę, że bardzo długo był biedny i niezależny i sądził pewnie, że tak będzie zawsze. Ostatnio na "Pikniku country" poznałam jego żonę i trzy wspaniałe córki. Jak wyszły te dziewczyny w kapeluszach pomyślałam, że dla takich dziewczyn warto żyć. On jest super tatą, chociaż nadal jest tym strasznym facetem, którego nie chciałabym dla swojej córki. Ale widzę jak kobiety na niego reagują. Widziałam jego koncert w teatrze Krystyny Jandy. I te kobity od osiemnastu lat plus wpatrzone w niego... Pomyślałam, no, chłopie jednak jest coś w tobie niewyobrażalnego.

No właśnie. Co on takiego w sobie ma, że dostrzegła w nim pani przyszłą gwiazdę?

- On to ma w pewniej nonszalancji, w swoim bardzo niskim głosie, w swoich niekontrolowanych wypowiedziach. Maciek ma ogromną łatwość mówienia i nazywania pewnych rzeczy czasami w sposób dość ryzykowny, słynny cytat: "wszystkie kobiety to k****", zaczerpnięty od Bogusia Lindy, z filmu "Psy". Ma też łatwość pisania. Kiedy śpiewa swój utwór: "dawna dziewczyno spotkałem cię..." to świat jest pełen dawnych dziewczyn, które spotyka ich facet i one chciały by wiedzieć, czy on żałuje czy ona żałuje, czy było dobrze czy było źle. To jest taki facet z baru, a my kobiety lubimy facetów z baru, którzy naprawdę są bardzo daleko od grzecznych chłopców. W nim to wszystko jest i tyle.

Jeśli chcesz dowiedzieć się, co Nina Terentiew myśli o Kasi Cichopek i z kim się przyjaźni, kliknij po więcej!

A co daje pani pewność, że człowiek zdobędzie sukces na scenie? Lata doświadczeń czy intuicja.

- Gdybyśmy my, dziennikarze, krytycy literaccy, twórcy, dostali od Pana Boga receptę na gwiazdę: szczypta tego, szczypta tamtego, szczypta owego i dwie łyżeczki czegoś - to życie było by piękne. Albo beznadziejne, bo wytwarzalibyśmy klony gwiazd. Andrzej Wajda powiedział coś niezwykłego - co decyduje o tym, że mamy do czynienia z dwójką aktorów, obydwaj są tak samo zdolni, tak samo pracowici, tak samo się starają i nagle jeden jest gdzieś tam natychmiast wyniesiony, pokochany przez publiczność, a drugi mając te same atuty zostaje w tyle? Jak to powiedział wtedy Andrzej: "obok tego pierwszego przechodził Pan Bóg i musnął go swoją ręką". I czy nie jest właśnie tak? Bo jak to zbadać, dlaczego on czy ona?

Myślałam, że pani wie.

- Ja nie wiem, ja czasami czuję to intuicyjnie, a czasami się mylę. Nie poznałam się na waszym ulubionym zespole Blue Cafe. Przyszli i pokazali mi swoją płytę, a ja pomyślałam: eeee, jakiś ni to folk ni to co, a potem mieli swoje wielkie 5 minut. Nie czułam Brathanków, ale czułam Golców. Natomiast ktoś inny poczuł Brathanków, czy Blue Cafe. Każdy filtruje osądy przez swoją emocjonalność. I czasem się myli, a czasem nie.

Natomiast pani, jako jedna z pierwszych uwierzyła w Kasię Cichopek.

- Kasia z Krzysiem stworzyli idealną parę w programie "Jak oni śpiewają". Natomiast teraz, jeśli chodzi o Kasię Cichopek, to mnie bardzo boli serce. Bywa, że wszyscy ją podrzucają, potem nagle się rozstępują. Jednego dnia ją kochają, następnego nękają. Zostało już zbadane, że cokolwiek się napisze o Kasi Cichopek, wszyscy to czytają. W związku z tym, wszyscy o niej piszą, jednego dnia tak, drugiego dnia inaczej. A ona jest bardzo wrażliwą i bezbronną osobą.

- Strasznie mi jej żal, bo nie mam dla niej w tej chwili propozycji. Do szału mnie doprowadzają dziennikarze, którzy pytają czy Kasia będzie coś jeszcze robiła w Polsacie. Ja nie jestem zamknięta na Kasię Cichopek. Jak tylko będę miała dla niej tak dobrą rolę, jaką miała w "Jak oni śpiewają", to na pewno złożę jej propozycję. Ale powiedziałam jej, że to jest taki zawód, w którym trzeba czekać. Dziś jesteś, jutro cię nie ma. Jednego dnia jesteś w euforii, drugiego ocierasz łzy. To jest taki właśnie okropny zawód. Pamiętam jak o mnie kiedyś pisano, jak strasznie to przeżywałam i skarżyłam się mojemu synowi. A on odpowiadał: "Matka, jesteś osobą publiczną, więc każdy ma prawo napisać, że cię lubi albo nie, nie mamy na to wpływu".

Muszę się przyjrzeć, czy przez te lata wyhodowała pani sobie skórę słonia...

- Po latach wszystko jest łatwiejsze. Trzeba się z tym uporać, albo uciec i schować się. Tak zrobiła Edyta Bartosiewicz, niezwykła artystka, zbyt delikatna na współczesne czasy. Edyta nie wyobraża sobie, że nagle jej życie stanie się życiem nas wszystkich. To chyba dla niej jest za wysoka cena. Ona po prostu nie ma odwagi, a w tej chwili po prostu nie można nie mieć odwagi. Taki jest show biznes wszędzie na świecie.

Fajny jest ten show biznes?

- Bardzo fajny. Radość z dobrych chwil jest znacznie większa niż dół, gdy cię coś boli. Nawet teraz kiedy jadę windą i panie z księgowości mówią: "ale ten Maleńczuk był super, dziękujemy", to myślę o sobie: "zrobiłaś coś fajnego, kobito". A w medycynie jest fajnie?! W szpitalu jest fajnie? A w super markecie? Ktoś chce usiąść na innej kasie, bo jest bliżej wejścia i będzie więcej świeżego powietrza... Jesteśmy ludźmi i zachowujemy się tak, jak się zachowujemy. Walczymy, faulujemy...

Matkuje pani czasem tym swoim, dziewczynom, chłopakom?

- Artystom? Niestety tak. Czasami jestem bardzo, bardzo zmęczona, dzwoni telefon, ktoś chce wpaść, wiec mówię: "jedź, chociaż chciałabym powiedzieć nie przyjeżdżaj, bo jest zmęczona i chce mi się spać". A wiem, że otworzymy winko, że będziemy siedzieć, że będą upływać godziny, a ja o dziesiątej mam zarząd, no ale trudno.

- Strasznie fajnie jest jednak coś ludziom dawać. Banalna prawda, im jestem starsza tym bardziej takie banalne konstatacje wydają mi się prawdziwe, dobro ofiarowane wraca. Przed laty miałam straszny wypadek samochodowy. Byłam jedną nogą na tamtym świecie i do dziś pamiętam smak zupy tajskiej Mani Rodowicz. Ja leżę, prawie na marach, na wpół żywa, ręce, nogi podwieszone do wyciągów, dno dna i nagle ten boski zapach zupy tajskiej w powietrzu. Ta firmowa zupa Mani już nigdy nie miała takiego pięknego zapachu jak wtedy, kiedy była ofiarowana z serca. Odruch czystej, żywej serdeczności ma wielkie znaczenie. A poza tym, jak ktoś dzwoni i mówi że musi wpaść, to znaczy że musi.

Przyjaźni się pani z Agatą Młynarską, która jednocześnie jest pani podwładną. To jest łatwe, pogodzić te role?

- Można się przyjaźnić, jeżeli obie strony umieją oddzielić te dwa byty. To nie może być tak, że się przyjaźnimy i w pracy jak cokolwiek zawalisz, to jest bez znaczenia. Agata mi mówi, że mnie się strasznie boi, czasami myślę, że mnie kokietuje. A może trochę naprawdę się boi. Ja mogę jednego dnia powiedzieć Agacie, ze nie podoba mi się w jaki sposób pracuje, ale jeśli dowiem się, że jest chora, to od razu do niej pojadę. I odwrotnie. Jeśli się tych bytów nie miesza to można, ale to jest trudne i lepiej tego nie robić.

To jest też kwestia formy komunikacji. Czy pani jest w stanie spokojnie zakomunikować swoje niezadowolenie czy "wychodząc z nerw", potrafi pani urazić?

- Ja urażam nie wychodząc z nerw i to jest najgorsze. Mój syn mi mówi i pracownicy, że ja potrafię się odezwać takim zimnym, ohydnym głosem, takiej ohydnej... i tu różne epitety padają.... Oczywiście ja potem przepraszam. Widzę czyjeś oczy i myślę sobie: "Boże, ale jestem świnią". Mówię: "przepraszam, zagalopowałam się". Potem przytulam, ale nie powinnam w ogóle tego robić, bo robię to niesprawiedliwie. Tak nie można. Staram się być ostrożniejsza, ale nie zawsze mi się udaję.

Ile zapłaciła pani za własny sukces, za bycie gwiazdą? Cena była wysoka?

- To jest niesamowite, aż boję się powiedzieć... Jestem dzieckiem szczęścia. Bo jaką ja poniosłam cenę? Nie poniosłam żadnej ceny. Nie jestem samotna, mam wypróbowanych przyjaciół, mam super rodzinkę, mam fajną robotę, zweryfikował mnie rynek, jestem prezesem potężnej firmy. Gdzie ja mam te ceny? Aż odpukuję, żeby Pan Bóg sobie o mnie nie przypomniał i nie zdzielił mnie po uszach. Jestem zdrowa, no nie powiem, że szczęśliwa, bo to byłby już nadmiar bezczelności.

Dziękuję za rozmowę.

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

Nie przegap hitów pokazywanych w polskiej telewizji. Wszystkie znajdziesz w naszym programie!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje